Not logged in. · Lost password · Register
Forum: Play By Forum / Twórczość własna Twórczość własna RSS
[Elf]
Skrzynia opowieści
Mistral #1
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Subject: [Elf]
Gdzieś... kiedyś... za siedmioma górami, za siedmioma lasami... powstało kilka opowiastek. Dzisiaj ktoś odgrzebał starą zakurzoną skrzynię i wyjął kilka pergaminów. Zaczął czytać, z dozą ckliwości, wspominając stare czasy:

   Jak to mówią: powtarzanie czynności, uczy umiejętności. Widać, że ten tu nie był przyzwyczajony do machania mieczem. No bo czego możesz oczekiwać od kupca i kuriera? Są inne cechy, które pozwalają przetrwać.
   Mierzyli się wzrokiem.

   W ciągu tych kilku sekund, które potężny górski troll wykorzystał na rozmyślanie – czy ten oto jegomość nadaje by zrobić z niego placek i z której strony uderzyć, by zachowało się jak najwięcej mięsa – stojący naprzeciw niego elf zdążył już ocenić swoje położenie. Poczuł się nawet w jakiś sposób zmotywowany: "Zdaje się, że właśnie zostałem zaproszony na obiad" pomyślał, przełknął ślinę a komórki zaczęły żywo pracować.
 Dalsza analiza przebiegała nawet nie w myślach, ale w jakieś intuicyjnej bazie, sztabie polowym wszystkich części mózgu, a wyglądało to mniej więcej tak: Oczy przeleciały po umięśnionych rękach i nogach wapniaka, mniej więcej określono gruboskórność tamtego na pół centymetra naturalnej zrogowaciałej twardej jak skała zbroi, szybkość – trudna do przewidzenia – mogła być jednak niebezpieczna, a przy tym kondycją przewyższał go zapewne kilkakrotnie; elf odszukał dwa słabe punkty na ciele (właściwie to jakby jeden), który mógł dać jakąś nadzieję tzn. oczy (kopnięcie między nogi mogło być ryzykowne i zakończyłoby się zapewne kontuzją kopiącej nogi). Konkluzja: Nie, nie, zbyt wielkie ryzyko – nie – zakończył tę część rozważań kolejno wykluczając pojawiające się pomysły.
 Było jeszcze coś, co stwarzało szansę: niezwyczajna pośród gatunkami koordynacją myśli trolli, która dziwnym trafem przez lata ewolucji nie potrafiła wznieść się dużo powyżej zera. (...)

   Oderwana od ziemi maczuga trolla zdawała się mówić: koniec czasu, zaczynamy zabawę. (...)

   Sztab pracował jednak dalej: krzaki po lewej? Teraz torba podróżna - czerwone jabłko - wyjąć; teraz druga ręka: torba - szarfa. Jabłko, szarfa = proca. Zamach, młynek, dwa obroty, lekko, puścić. Pięć sekund.
Jabłko z prowizorycznej procy wystrzeliło w górę. Podążył za nim oczami. Troll spojrzał podejrzliwie na wybryki elfa, ale przezornie podążył oczami za jabłkiem. Było mierzone by spadając z góry, rozbryzgło się na jego twarzy. Sztab ocenił - idealnie; druga część planu; tylko ostrożnie.
   Jabłko poddało się w końcu prawom przyrody i zaczęło spadać prosto na trolla. Ten jednak zrobił krok w tył, wyciągnął rękę i... chwycił je. Potem triumfalnie spojrzał na elfa... spojrzał na elfa?... nie na elfa... nie ma elfa... Na miejscu, w którym spodziewał się zobaczyć obiad, nie było już nikogo, tak jakby nikt nigdy tam nie stał. Rozejrzał się wokoło, spojrzał nawet pod nogi, ale wszystko na próżno. Tylko jabłko podpowiadało, że menu właśnie się zmieniło.

   Jakieś pół godziny później, w zupełnie innej części lasu, elf zwolnił kroku, wyciągnął z torby tykwę i upijając kilka łyków, spojrzał na niebieskie niebo, wsłuchał się w śpiew ptaków i ruszył dalej.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #2
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Popołudniowy, zasłużony odpoczynek w drodze. Oparł się o drzewo i przymknął oczy. Słońce prażyło, ale wiał też odświeżający wiatr. Wsłuchiwał się w szum potoku, gdy nagle uwagę przykuł trzask gałązki. Lekko uniósł powiekę i... zerwał się na równe nogi. Zza drzewek wystawał grot strzały, dalej oczy; świst cięciwy - za późno na unik - przeszła centymetry od ucha.
Spojrzał jeszcze raz. Mylił się: oczy nie były utkwione w niego, ale skupione za nim.
- Arghhh... - strzała dosięgła cel.
Odwrócił głowę. Ork dostał w ramię, wypuścił miecz, chwycił sztylet. Znowu świst cięciwy, strzała w szyi. Tamten powoli osunął się na kolana i padł.
Trzask gałązki za plecami, lekkie kroki. Odwrócił głowę, cisza... Spojrzał znów za siebie. Strzały zniknęły.
- No, no - zaśmiał się.
Podszedł do ciała, nie było potrzeby sprawdzać pulsu. Chwycił miecz, spokojnie odniósł go kawałek i wrzucił do strumienia. Wrócił, wziął sakiewkę i sztylet i wrzucił do strumienia. Wrócił i spojrzał na ciało.
- Chyba przejdę się jeszcze kawałek.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #3
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Subject: Wierność
Spojrzał na nią ukradkiem; ona gdzieś tak samo na niego. Znali się już z takich spojrzeń. To było trochę dziecinne, że wybierał ten gościniec, aby na nią spojrzeć, a ona że schodziła na dół na cały czas, który tu spędzał. Znali się, choć poza wymianą grzeczności w drzwiach, albo czasami na szlaku, nie zamienili ani słowa.
Tym razem to ona podeszła i...
- Wiesz, zrobiłabym wszystko, co będziesz chciał - powiedziała niepewnie.
Odebrał to jako wstęp do rozmowy, na którą on nie miał odwagi. Spojrzał na nią uważniej; co go ucieszyło to to, że była naprawdę ładna i że mówiła teraz poważnie. ...ale wciąż czegoś brakowało.
- Na jak długo? - spytał smutno.
- Aż usłyszę "dość, odejdź" - choć jej głos był ciągle pełen dumy, tracił jednak na pewności.
- ...to chyba nie wystarczy... wybacz, proszę - ściszył głos. Patrzył przez chwilę w podłogę. Nie rozumiał sam siebie. Wiedział tylko, że nie chce, by myślała, że to jej wina.
Spojrzał na nią. Stała tam i oddychała głęboko. Wydawało mu się, że próbuje go zrozumieć, ale również ona nie wie jak. Lekko otworzyła jeszcze usta... ale zaraz powoli się zamknęły. Skrzyżowała ręce na piersiach, pokiwała głową i zadumana odeszła powoli przed kominek.

Wracał się do miasta. Przy wiosce przyplątał się pies. Nigdy go tu nie widział, pewnie bezpański.
- Odejdź. Wracaj. Poszedł, kyszsz... - próbował bronić się przed towarzystwem. Pies zrobił tylko zdziwioną minę jakby nie rozumiał, ale gdy tylko ruszył on, ruszył i pies.
Za wioską wziął patyk; pies zamerdał ogonem; patyk poleciał daleko, w wysoką trawę - pies za nim; ...a on w przeciwnym kierunku. Banalne.
Wieczorem rozpalił ogień i zaczął piec zająca. Wtem lekki szelest... za późno, żeby się ukryć, więc podciągnął tylko nogą miecz. Zza krzaka wyłonił się patyk, a potem psia głowa.
- To ty kundlu? - uśmiechnął się i sięgnął po mięso. - Chodź, masz, jedz.
Było już późno, gdy skończyli. Okrył się płaszczem, gotowy na sen. Pies jeszcze się umył. Potem podszedł, położył głowę na jego nogach i spojrzał pytająco.
- Widzę, że jesteś mądrzejszy niż ja. Dobrze, możesz zostać - powiedział on i pogłaskał towarzysza. Zamyślił się... zwrócił głowę w kierunku, do którego zmierzał. Powiedział w dal:
- Mam nadzieję, moja droga, że nie stracisz odwagi. Jutro znowu będę... - i zasnął.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #4
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Krasnoludy to bardzo uczuciowy ludek. Nie znoszą, gdy się im wypomni, że to elfi kowale posiadali większy kunszt. Właśnie się o tym przekonywał. Ktoś pukał do jego drzwi. Na szczęście drzwi miały metalowe okucia, a przecież i krasnolud potrzebuje trochę czasu, by rozwalić takie kowalskim młotem.
   Wyjrzał przez okno. Wysoko - powiedział sobie - ale za to niebo jest dziś piękne - dodał spoglądając w dal. To mu przypomniało kołysankę, którą często śpiewała mu matka. Usiadł pod ścianą, chwycił zasłonę i ciął ją na długie, cienkie paski. Podchwycił rytm młota i zaczął śpiewać:
 
Aimé, aimé keitihlin, [uderzenie młota]
arueô äroueý arueô mathina, [uderzenie młota]
näsilia ér tí lathen orí, [uderzenie młota]
   färittha cieé kréstan lorí. [uderzenie młota][uderzenie młota]

Pnéu matiín legi,
Pnéu matiín lige, [uderzenie młota]
arunômé ferathiene
elboritha irrése. [uderzenie młota]

Aáa...[uderzenie młota] aáa...[uderzenie młota]

Aimé, aimé keitihlin, [uderzenie młota]
arueô äroueý arueô mathina, [uderzenie młota]
näsilia ér tí lathen orí, [uderzenie młota]
   färittha cieé kréstan lorí. [uderzenie młota][uderzenie młota]

Ereú neräam eví,
Ereú neräam áse, [uderzenie młota]
beren ô nanamerôa
ísora sardetheé.[uderzenie młota]

Aáa...[uderzenie młota] aáa...[uderzenie młota]

Aimé, aimé keitihlin, [uderzenie młota]
arueô äroueý arueô mathina, [uderzenie młota]
näsilia ér tí lathen orí, [uderzenie młota]
   färittha cieé kréstan lorí. [uderzenie młota][uderzenie młota]

Nimroné uluä mí,
nimroné uluä mí,[uderzenie młota]
ivie ô mifollí nebe
mýrto läs otrése.[uderzenie młota]

Aáa...[uderzenie młota] aáa...[uderzenie młota]

Aimé, aimé keitihlin, [uderzenie młota]
arueô äroueý arueô mathina, [uderzenie młota]
näsilia ér tí lathen orí, [uderzenie młota]
   färittha cieé kréstan lorí. [uderzenie młota][uderzenie młota]

   Śpiewa zamilkł, ale uderzenia młota stale trzymały się swojego rytmu. Wreszcie wypadł górny zawias i w górnej części drzwi powstała spora szpara. Jeszcze jedno... drugie... trzecie... uderzenie i drzwi zwaliły się z hukiem na podłogę. W drzwiach stanął, ciężko dysząc, tutejszy kowal. Spojrzał jednak na zwisającą z okna prowizoryczną linę, wyjrzał przez okno, ale że elf był już na dole ostatni raz dychnął ciężko, po czym obrócił się i z niezwykłym dla tej chwili spokojem, zaczął powoli schodzić schodami w dół.


   Elf tego nie widział, dlatego pospieszył prosto przez bramę do sąsiedniej miejscowości.  Po drodze minął strażników i usłyszał szepty mieszkańca, który ich prowadził:
- Kowal zupełnie zwariował i rzucił się z młotem na jakiegoś cudzoziemca.
Właściwie zrobiło mu się go żal. Odliczył kilkanaście monet, owinął w kawałek materiału i rozglądną się. W końcu zatrzymał jakiegoś młodzika z uczciwą twarzą:
- Chcesz zarobić kilka miedziaków? - spytał.
- Jasne, psze pana - odpowiedział zainteresowany.
- Mam tu jeszcze parę spraw do załatwienia, a bardzo się spieszę - mówił wyciągając zawiniątko z kieszeni i wkładając mu do ręki. - Dostarcz to do gospody "Pod wieżą" i powiedz, że to za mojego przyjaciela, za drzwi - wyciągnął jeszcze kilka drobniaków, wcisnął mu w rękę. - A to za fatygę.
- Dziękuję, psze pana - powiedział, lekko się skłonił i pognał w kierunku gospody. On zaś poprawił torbę i pognał w drugą stronę.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #5
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
- Nie, proszę, nie - próbował się bronić, ale niska koboldzia kobieta tylko patrzyła rozbawiona. - Nie mogę zabrać twoich dzieci do twojego męża. Rozumiem, że jestem wam winny przysługę, ale... to całe trzy dni drogi przez niezbyt gościnne tereny.
Jeszcze raz spojrzał na nią błagalnie, a wyraz jej twarzy nic a nic się nie zmieniał. Chwilę pooglądał sufit, ściany, stoły karczmy: Przez wzgląd na starą przyjaźń.  - powiedział sobie pod nosem i zaśmiał się:
- Ana, jesteś nieustępliwa jak zawsze. Dobrze, na trzy dni zostanę niańką. Niech będą gotowi o świcie.
- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Przygotuję wszystko na podróż. Zatem, do jutra?
- Do jutra - rzekł i poszedł do swojego pokoju.

   I
Najstarsza Aika miała 17 lat. Mimo to jej twarz cechowała mądrość i dostojność, tak że młodsze rodzeństwo z pewnym szacunkiem jej słuchało. Młodsza Ikha z lekkim przebiegłym uśmiechem i ciągle otwartą buzią - jak ją do tej pory najczęściej widywał, jeśli nie płatała jakiegoś figla, to trzymała się grzecznie blisko starszej siostry. W końcu Rikjo, który zajęty studiowaniem ksiąg o naturze zwykle przybiegał w ostatniej chwili.
Rano gdy przyszedł dzieci czekały a Ana już się z nimi żegnała:
- Rikjo, tu jest wasz prowiant.
- Ikha, żadnych psikusów panu Miri, rozumiemy się? ...no.
- Aika, pilnuj żeby im się nic nie stało - wydało się mu, że tym razem Ana wskazała nie tylko na dzieci, ale również na niego.
- Do zobaczenia, panie Miri. - Rzekła w końcu z lekkim skinięciem głową. I ruszyli.
- Poczekajcie na mnie. - powiedział Mirid. Dzieci miały w sobie tyle energii, że musiał się wysilić, aby dotrzymać kroku ich krótkim nóżkom. - Już południe. Za następnym zakrętem zrobimy postój.
- Tak, panie Miri.
Czekali tam na niego.  Woda z potoku była już przyniesiona, jednak nie zaczęli jeść póki i on nie siadł razem z nimi. Ikha z zainteresowaniem przyglądała się kupce kamieni.
- Są ładne - powiedziała zwracając się do niego.
- To jest granica ziem księstwa. Teraz wchodzimy na obce ziemie - wyjaśnił. Mała w zamysleniu potaknęła i wróciła do kamieni. Zdrzemnął się chwilę powierzając najmłodszych Aice.
Po pół godzinie ruszyli dalej. Trakt kupiecki ciągnął się przez całe znane ziemie. Gwarantował nocleg raz na dwie-trzy noce i zakup prowiantu raz na tydzień. Można tu było spotkać innych podróżników, mniej lub bardziej przyjaznych. Zdarzały się czasem grupy rozbójników, jednak te bały się patroli.
Szedł juz krok w krok z dziećmi, jednak myślami był gdzie indziej. Wydało się mu, że staje się coraz bardziej zmęczony, jakby jakaś magiczna siła ciągnęła go w ku ziemi. Nogi powoli odmawiały mu posłuszeństwa. Zaczął się ukradkiem rozglądać, czy kątem oka nie ujrzy wśród drzew jakiegoś orczego maga.
- Aika, zatrzymamy się tu na chwilę - mrugnął porozumiewawczo. -  Idę poszukać "jagód".
Zostawił tarczę i przytrzymując krótki miecz przy nodze, zniknął w gęstwinie. (...)
Wrócił z zającem w ręku.
- Dziwne, żadnych śladów - powiedział trochę do siebie, trochę do Aiki. - No, ale mamy kolację - dodał jeszcze na swoje usprawiedliwienie.
W takiej podróży postoje wyznacza zwykle słońce i siły podróżników. Teraz te dwie rzeczy dosięgały swojego kresu. Chociaż koboldy są szybkie i zwinne całodzienna wędrówka dawała się im w kość. Łatwo to było dostrzec.
Przecież to jeszcze dzieci, a do tego przecież jutro też jest dzień - powiedział licząc w myślach godziny podróży.
- Czas na nocleg - zwrócił się do idącej obok Aiki. - Na tamtej polance rozbijemy obóz.
- Ufff, nareszcie... - odetchnął Rikjo i przerzucił gruby tom na drugie ramie.
On położył plecak przy drzewie i zaczął grzebać w palenisku. Znów wrócił myślami do tajemniczego zmęczenia:
- Był tu ktoś jakieś półtora dnia temu. Innych śladów nie ma. - Jednak to go nie uspokoiło. - Aika, tu niedaleko jest żródło. Przynieś wodę, a ja popilnuję dzieci i przygotuję zająca. Bądź czujna.
Rikjo zajął się już zbieraniem drewna, a on sięgnął po plecak, by wydobyć przybornik.
- Ja też pójdę - wykrzykła Ikha, lekko się chowając za siostrę.
- ...no dobrze, idź - zgodził się zaskoczony jej nagłą gorliwością. Wydawało mu się, że czegoś się bała i wolała zostać blisko siostry. Cóż, pewnie dziecięca fantazja. Spojrzał jednak jeszcze w kierunku, w którym się oddalały, po czym wziął się za zająca.
W jednej chwili osłupiał... zrozumiał tajemnicę tego dnia.
- Ikha! - zawołał i spojrzał za dziećmi. - Chodź tu.
Ikha złapała siostrę za kieszeń i schowała się za nią. Po chwili jednak wyjrzała ostrożnie. Aika nie rozumiała, jednk gdy on czekał, popchnęła siostrę w jego kierunku. Sama też szła tuż za nią. W chwilę potem dołączył Rikjo, który również przerwał pracę.
Zajrzał raz jeszcze do plecaka, a następnie wyciągnął stamtąd dwa ciężkie graniczne kamienie. Aika spojrzała na małą z wyrzutem... Rikjo stale nic nie rozumiał... Mirid spojrzał na Ikhę czekając jakiegoś komentarza... Widac było, że to wszystko zawstydzało Ikhę, jednak podniosła na niego oczy i...
- Są śliczne, prawda? - powiedziała.
Do tej pory jakoś hamował śmiech, lecz to już było za wiele. Tak, dwa "śliczne" kamienie w jego plecaku. ...oparł się o drzewo i zaczął się śmiać. Po chwili usłyszał, że śmieje się również Ikha. Siadła na trawie i łapała się za brzuszek.
Aika wyraźnie się uspokoiła, pokręciła tylko głową i wróciła z Rikjo do przygotowywania kolacji.
- Lepiej zostawmy Weilbicielkę śliczności i Łowcę magicznych orków ich własnym światom, bo inaczej pójdziemy spać głodni.
Gdy Aika wróciła do obozowiska, ognisko było już rozpalone, a Rikjo leżał z książką jak najdalej od miejsca, w którym Ikha wyjaśniała "panu Miri" miejsce "ślicznych kamieni granicznych w jej fantastycznym świecie".
- ...one tak błyszczą jak malutkie gwiazdki (...) a pani krawcowa uszyła z tego strasznie wygodne spodnie (...) ale nie mógł tatka wcale trafić, a on tylko go bił po rękach kijkiem (...) i wtedy ta jaszczurka wyskoczyła z domu i pobiegła do karczmy (...) takie długie, długie uszy... eeh, no jak pan (...) łukowaty, że też bym chciała taki umieć zrobić...
Aika spojrzała na niego z politowaniem - Ja to zrobię - powiedziała szeptem i ostrożnie wyjęła mu z rąk zająca.
- ....wielkie zielone drzewo z dziurą (...) byśmy się bronili i nie dali otworzyć spiżarki naszej mamy (...) zrobiliśmy procę (...) a Rikjo przeczytał calusieńką książkę (...) i wtedy wlewa się do takiego jeziora, które się nazywa Morze (...)o mało, co by został u niego (...) zjadłam wszystkie...
Itd. itd.
Nie przerwała nawet gdy miała w ręce kawałek pieczonego zająca. W końcu, gdy oczy zaczęły się jej zamykać, uznała się za pokonaną i wsunęła się pod płaszcz Aiki i Rikja, którzy dawno już spali.  Już po chwili usłyszał jej miarowy oddech. Wtedy i on pozwolił sobie na sen.

   II
Obudziło go szarpanie za ramię. Zobaczył nad sobą Ikhę.
- Chce mi się siku, panie Miri - powoli cedziła słowa. Potem czekała już tylko, aż on się ruszy i zabierze ją w jakieś ustronniejsze miejsce.
Nie było rady; musiał wstać i iść z nią na granicę niskiego zagajnika. Kawałek dalej słyszał szum potoku. Odszedł kilka kroków, tak aby mógł widzieć drogę a jednocześnie pozostawać blisko małej. Spoglądał raz to w kierunku, z którego przyszli, raz tam, gdzie zmierzali; raczej z przyzwyczajenia, niż żeby kogoś wypatrywał. Na niebie pojawiały się już oznaki nadchodzącego świtu. Jeszcze jakieś pół godziny i mgła zacznie się podnosić, a po kolejnych dwóch będą mogli wyruszać. Za sobą usłyszał kroki.
- Już skończyłam - powiedziała i zaraz ruszyli.
Wróciła pod płaszcz Aiki, a on owinął się swoim. Sen jednak odszedł. Siedział więc patrząc w ciemność lasu bez myślenia o czymś konkretnym.
Wzrok padł na kamienie graniczne. Na pewno nie będzie tego niósł przez dwa kolejne dni. Sięgnął po plecak i wydobył małe dłuto do grawerowania liter w kamieniu. To wszystko jedno czy się obudzą czy nie; i tak za chwilę trzeba będzie wstawać. Przyłożył dłutko do jednego z kamieni, a drugim uderzył. Nawet się nie poruszyli, a obok jego nogi wylądował odprysk wielkości mniej-więcej koboldziej dłoni. Uformował je w formę elipsy, wybił w środku dziurę, poodbijał ostre krawędzie i zaczął wygładzać. W krótkim czasie było gotowe.
Rozejrzał się teraz za skórą zająca. Wisiała na gałęzi. Była doskonale oprawiona, więc tylko uciął z niej dwa pasy szerokości palca. Podszedł do ogniska i włożył je na chwilę w miejsce, gdzie popiół był jeszcze gorący. Wszystkie przebarwienia powinny były zniknąć - pomyślał i poszedł nad strumień. Po drodze przewiązał kamień paskami i uformował je tak by tworzyły bransoletę. Włożył to jeszcze do wody, a przy okazji sam się rozebrał i umył.
- Całkiem, całkiem, a jeśli mała ma szczęście, kamień będzie błyszczał przy delikatnym świetle - spojrzał w górę szukając księżyca.
Od rana wszyscy byli w doskonałych humorach. On cieszył się lekkością plecaka, Ikha cieszyła się nową bransoletką, Rikjo biegał wręcz z plecakiem i książką, a Aika miała spokój. Wieczorem siedzieli do późna, a potem zmęczeni zanużyli się pod okrycia.
On oparł się o drzewo i zamknął oczy.
Po kwadransie spod płaszcza Aiki zaczął ktoś wychodzić. Na początku myślał, że to znowu Ikha z jedną z zachcianek. Kształt wziął jednak książkę i ostrożnie stąpając skierował się w stronę lasu. Gdyby nie książka, mógłby to pominąć, ale... Postanowił po cichu sprawdzić, co się dzieje. Zostawił płaszcz i boso ruszył za tamtym.
Był to Rikjo. Zbierał coś na małej polanie, którą musiał wypatrzyć za widnego. W ręce miał buteleczkę, flakonik z jakąś cieczą. Wrzucał tam drobne listki dopóki ciecz nie zrobiła się różowa. Wtedy wyprostował się i poszedł po książkę. Był to sygnał, że już wraca, więc skryty obserwator cicho wrócił pod swój płaszcz.
Rikjo jednak na tym nie skończył. Podszedł wprost do ogniska i włożył butelkę w żar. Gdy tylko pojawił się lekki dym, wyciągnął ją i przelał zawartość do swojej tykwy i schował wszystko do swojej torby.
Dopiero zrozumiał jak takie dziecko mogło nieść prowiant i ciężką książkę tyle mil.
- Ciekawe jakie jeszcze tajemnice skrywa ta trójka - pomyślał, założył nogę za nogę, ręcę za głowę i spojrzał w gwiazdy.

   III
Obudziły go krzyki. Rozejrzał się i zobaczył, że Aika przerwała przygotowywanie śniadania i patrzała na polanę, skąd dobiegły głosy. Obejrzał się i zobaczył Ikhę i Rikjo zbliżających się do obozu. Choć słyszał ich kryzki, nie mógł jednak zrozumieć o co im chodzi. Wyglądali na wystraszonych. Chcieli przebiec obok, ale chwycił ich za ramiona. Zatrzymali się.
- Co się stało? - zapytał.
- wzięliśmy... sakwę... tam... krasnoludy... biegną... mają... broń... - dyszał Rikjo. Podał mu niewielką jednak dość ciężką sakiewkę, ale ta w jednej chwili znalazła się w rękach Ikhi.
- Trzeba to oddać właści... - nie dokończył, bo z lasu z krzykiem wypadło czterech krasnoludów w pełnym ekwipunku. Ikha wyrwała się mu i uciekła z sakiewką. Obejrzał się za nią, ale była już za daleko. Puscił Rikjo. Chłopak chwycił plecak, odpił trochę z tykwy, wrzucił książkę i rzeczy na plecy i pobiegł za nią.
Krasnoludy zbliżały się, a on stał tam jeszcze podziwiając ich ciężkie lśniące zbroje i topory. Aika zdążyła już wrzucić do torby swoje rzeczy (z żalem zostawiła gorący miedziany kociołek). Spojrzała na niego i spytała:
- A więc?
- Chyba będzie lepiej jak dołączymy do dzieci - powiedział spokojnie, z niezwykłą zręcznością zebrał rzeczy, obrócił się na pięcie i pobiegli. Po chwili rozległ się trzask łamanego kociołka, ale kroki nie ustały.
Gdy dogonili dzieci, mieli już sporą przewagę nad prześladowcami.
- Ikha, stój - doskoczył do niej i chwycił za ramię - Oni tak łatwo nie zrezygnują. Daj mi to, proszę - powiedział sięgając po sakiewkę. Dała bez oporu. Obrócił się jeszcze do Aiki:
- Ukryjcie się tam i czekajcie na mnie - wskazał na zagajnik. Sam natomiast zostawił rzeczy i pobiegł szybko z powrotem.
Usłyszał ich zza zakrętu i wbiegł w krzaki. Jak się okazało krasnoludów było już tylko trzech. Jeden musiał zostać by pilnować dobytku. Pozostali biegli truchtem, a oceniając kondycję tych krasnoludów mogli jeszcze tak bardzo długi czas. Koboldy niestety nie. Zajrzał jeszcze szybko do sakwy, ścisnął ją w dłoni, a gdy nadbiegli cisnął im przed nogi.
- To wasze pieniądze, wziąłem tylko dwie monety za szkody w obozie. W ramach przeprosin zostawiamy wam śniadanie - krzyknął i wykorzystując chwile dezorientacji wbiegł głębiej w las.
- Oddałem sakiewkę, a to na nowy kociołek - powiedział dając Aice monety. - Niestety, wdzięczność krasnoludów i ich poczucie humoru są nieprzewidywalne, więc powinniśmy wybrać mniej uczęszczany szlak.
Kawałek dalej weszli na zwykłą ścieżynkę. Nikogo nie trzeba było ponaglać, bo każdy chciał być już jak najdalej od tamtego miejsca. Ścieżka może była szeroka ledwie na jedną osobę i dwukrotnie wymagała przeprawy przez potok, ale była bez wątpienia krótsza. Zrobili tylko jeden postój na odpoczynek, a późnym popołudniem odważyli się na obiad. Byli blisko.

Tych terenów nie znał. Gdzieś tu koboldy miały swoją osadę, do której rzadko kiedy wpuszczali obcych. Aika ruszyła z przodu, on tuż za nią, a na końcu szli Ikha i Rikjo. Niedługo natknęli się na koboldzi posterunek.
Jego nie chcieli puścić dalej, więc zdecydowali się, posłać po Aikę po ojca. Nazywał się Erko i był jego dobrym znajomym. Choć w tej części były jaskinie on zajmował się polowaniem. Można śmiało powiedzieć, że niewielu koboldów mogło mu dorównać. Był czymś w rodzaju dowódcy oddziału, chociaż miał zaledwie trzydzieści sześć lat.
Pozdrowili się serdecznie.
- Ana przesyła pozdrowienia i to - podał list. - Za miesiąc, gdy będziesz wracał do domu, nie zapomnij zboczyć kawałek z drogi. Mój dom stoi przed tobą otworem.
Mógł wreszcie zostawić mu dzieci. Wiedział, że każde z nich znajdzie tu coś dla siebie. Aika wreszcie podszkoli zdolności strzeleckie, Rikjo będzie miał dużo czasu na eksperymenty z minerałami i roślinami, a Ikha... gdyby miała się nudzić, niech drży cała okolica.
Przyjął jeszcze posiłek i wodę. Pożegnał się z dziećmi, pokłonił się Erkowi. Gdy już znikli mu z oczu, otworzył notes.
- Zamówienie na jedwab, wyspa, ogromne pająki. Zawsze to jakiś relaks. Czemu nie...
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #6
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Wybrał się do Górniczej osady. Przywitał go stary znajomy, jeden z szychtarów tamtejszej kopalni. Często pijali razem herbatę i dogadywali ceny. Tym razem oznajmił:
 - Niestety, mieliśmy zawał w części z adamantium. Surowce nie są jeszcze gotowe... Co gorsza, będziesz musiał poczekać jeszcze jakieś dziesięć do piętnastu dni.
- No cóż, tak bywa. ...hmmm. Wracać mi się nie opłaca. Zostanę raczej tu - myślał głośno. - Czy mogę skorzystać z twojej gościnności? - spytał jeszcze elf.
- To jasne. Wiesz, że jesteś zawsze mile widziany.
    Ruszyli w kierunku karczmy. Szli przez chwilę w milczeniu, a on podziwiał nowe domy, całą nową ulicę pełną straganów, minęli nawet drugą gospodę.
- Nie byłem tu ledwo rok, a widzę, że wioska rozwija się w zastraszającym tempie - zagadnął on, gdy już dochodzili.
- Ach, prawda. Od kiedy zaczęły się polowania na cudowną wodę, stale ktoś tu przybywa - odpowiedział górnik. Na twarzy elfa malowało się zdziwienie.
- Polowania? Na wodę? - spytał z nutką powątpiewania.
    Nie doczekał się jednak odpowiedzi, gdyż w tej samej chwili z karczmy wyszło dwóch drabów. Wlekli za sobą jakąś zapłakaną kobietę. Przeszli z nią kawałek utwardzonym chodnikiem, a potem wrzucili ją w błotnistą kałużę.
    Górnik chciał już wejść do karczmy, ale wtedy zorientował się, że nie ma już przy boku swojego towarzysza. Odwrócił się i spojrzał za elfa. Ten stał w miejscu gdzie się zatrzymał, głęboko i powoli oddychał, a jego gniewne oczy spoglądały w plecy odchodzących mężczyzn.
   Wreszcie, gdy zniknęli on spojrzał na tamtą. Kilka sekund musiała leżeć w błocie, a teraz zaczynała się już podnosić. Podszedł do niej. Chciał pomóc, podać rękę, podnieść ją.
   Wystraszyła się. Zatrzymała się w bezruchu unosząc trochę głowę. Przez chwilę przez łzy przyglądała się jego czystej ręce, bardzo szybko spojrzała mu w oczy, a potem jakby coś sobie przypomniała, jej ruchy stały się szybsze. Nie przyjęła jego pomocy; wstała sama i milcząc, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, odeszła szybko w stronę biedniejszej części wioski.
    Spoglądał jeszcze chwilę w tamtym kierunku. Wydawało się mu, że doceniła jego gest, a przecież właśnie wbrew temu uciekała przez tę jego chęć niesienia pomocy. Zrobił to, co rozumiał, że powinien, a mimo to pozostawał bezsilny; to go bolało.
    Z zamyślenia wyrwały go słowa szychtara:
- Była kiedyś wielką panią i miała wielkie posiadłości. Dzisiaj już nic jej nie zostało. Wejdźmy, opowiem ci o niej... i o wodzie, bo od tego się wszystko zaczęło.
   W karczmie ludu, co nie miara. Rycerze, wojacy, barbarzyńcy, a nawet jak się później dowiedział złodzieje i kupcy. Wszyscy mówili tylko o jednym: o wyprawie po wodę. Kto rozsieka strażników, kto zaczerpnie najwięcej, w końcu kto kupi jaki pałac, tytuł czy wioskę. Jeszcze tylko dwa dni...
Zamówił obfitą kolację, kilka jajek, trzy kromki chleba, masło, owczy ser, gorące zioła i wino. Jego towarzysz zadowolił się piwem. Nie było miejsca, więc musieli się dosiąść do jakiejś grupki obcokrajowców. Powspominali dawne czasy, on opowiedział wieści z wielkiego świata, a w zamian górnik szczegółowo wyjaśnił miejscowe i okoliczne plotki. W końcu jednak padło pytanie:
- Ta kobieta... - zapytał on.
- Ona... można powiedzieć, że jest w jakiś sposób przyczyną tego wszystkiego. No cóż. Żal mi jej. Chyba czas wyjaśnić to zamieszanie z Wodą. Cały nasz region tym żyje. Naprawdę nic nie słyszałeś?
- Nie - powiedział i pokręcił głową coraz bardziej zainteresowany.
- No dobrze, posłuchaj. Wszystko zaczęło się jakieś pięć lat temu:
>>(Następna wiadomość od Ciebie)>>  Ona jest szlachcianką i była zaledwie kilka lat po ślubie. Zaczęła zapadać na dziwną chorobę. Nie mogła swobodnie oddychać, męczył ją kaszel, za każde zmęczenie musiała płacić bólem. Zwykli lekarze nie wiedzieli pomóc; nie pomagały bardzo dobre maści, których recepty przekazuje się w naszych wioskach z pokolenia na pokolenie. Po długich prośbach jej męża sam lekarz królewski zgodził się ją leczyć. Jednak już po dwóch tygodniach intensywnego leczenia powiedział z całą stanowczością:
"Ja je nie mogę pomóc." I jak sam powiedział nie wie dlaczego, dodał jeszcze: "Może woda co leczy rany..."
"Jaka woda?!" spytali i tak się wszystko zaczęło.
    Ona chciała, prosiła, aż w końcu jej mąż zaczął szukać. Księgi, posłańcy, tropiciele. Nawet sam często wyjeżdżał na poszukiwania. ...a majątek topniał. W końcu została mu grupka najwierniejszych, najlepszych najemników, których zostawiał sobie na wyprawy. W końcu znaleźli. Dzień drogi od naszej osady jest dolinka, a w tej dolince system korytarzy. Od naszych chłopów dowiedzieli się, że nikt tam nie przychodzi od wielu lat z  powodu wilków, które rozszarpią każdego kto się tylko próbuje zbliżyć. Powiem ci, że jak długo tu żyję, tak było a przecież mam już czterdzieści lat. Ale oni...
   Cóż mogło znaczyć nawet dziesięć wilków dla doświadczonych, zaprawionych w łowach myśliwych. Ruszyli bez strachu i jeszcze przed południem dotarli do tego miejsca. Konie robiły się niespokojne, dlatego zostały z tyłu a oni sami podkradli się pod jaskinię. I wiesz co zobaczyli? Spodziewali się całej sfory, no nie wiem, z piętnastu przynajmniej sądząc po strachu tamtego chłopa; znaleźli trzy, słyszysz? Trzy wilki. napięli kuszę, jeden drugi strzał i praktycznie po sprawie. Dwa ciężko ranne wilki wczołgały się do jaskini, trzeci spojrzał w ich kierunku i wszedł za nimi.
   Górnik już tak gestykulował rękoma, że w końcu trafił sąsiada krasnoluda. Groźne: Czego?! tamtego tylko na chwilę zatrzymało jego monolog. Szybkie: Przepraszam, ja przypadkiem. pozwoliło mu wrócić się do opowieści. Elf słuchał w napięciu.
   Wzięli tarcze, miecze, mace i ruszyli spenetrować jaskinię. Co się później stało, przechodzi ludzkie pojęcie. W jaskini skoczyły na nich tamte wilki, zupełnie zdrowe. Potrafisz sobie wyobrazić? Dostały z kuszy, ze stu kroków i rozbiły oddział weteranów. Tylko trzech przeżyło, wśród nich mąż tej kobiety. - pokazywał na drzwi karczmy przypominając sobie o tej w błocie - To ona mi opowiedziała tę historię, prosząc żebym ratował jej męża. A gdzie tam? Rycerze nie mogą, a ja coś zrobię? - pytał pół siebie, pół elfa.
   Aha, właśnie. Bo tu się wszystko dopiero zaczyna. On i jeden z najemników byli tak ciężko ranni, że jeszcze parę godzin i by się wykrwawili. Jedyny który nie ucierpiał wszedł do jaskini - podobno smród zgnilizny nie do wytrzymania - a tam znalazł źródło. Ja tego nie widziałem, ale mówią, że trochę gęstsze od wody i jasnozielone, jakby olejek czy co. W niecałe  dwie-trzy minuty przestali krwawić, a następnego dnia już byli zupełnie zdrowi. Podobno woda zaspokaja też głód.
   Najemnicy pochowali towarzyszów, nabrali w bukłaki cieczy żeby móc ją sprzedać - tamten nabrał dla żony, - trochę na drogę i ruszyli. Nikt z nas nie wiedział, czy im się udało, to tam nie chodziliśmy. Podobno żonie dowiózł niewiele, bo część sprzedał jakiemuś szlachcicowi. Dało to poprawę jedynie na dwa tygodnie, a potem znowu zdrowie zaczęło jej podupadać. Tamci za cudowną wodę kupili sobie dworki, wioski, ale nie byli z tym spokojni. Pamiętam co mi powiedziała jego żona: "Przez te trzy tygodnie, oddalił się ode mnie bardziej niż by mógł przez dziesięć lata rozłąki. Męczyło go bycie ze mną, cały czas mówił o wodzie; był jakby nieobecny. Widziałam, że ręce zaczynają mu się trząść."
   Po trzech tygodniach wszyscy trzej spotkali się u niego. Postanowili wyruszyć "po wodę". Ona nie dała za wygraną. Wymusiła, że pojedzie razem i pojechała. - tu zrobił pauzę i widać było, że przywołuje jakieś wspomnienie - W ogóle nie zwracali już uwagi na ludzi. Pędzili do jaskini na złamanie karku, zajeździli konie, a ona... wlokła się za nimi jak pies.
   Nie chcieli jej dopuścić nawet do jaskini, chociaż przyjechali tu po lek dla niej. Podobno stali się tak agresywni, że bała już tam zostawać. Przyszła do nas smutno powtarzając: "Ma takie puste oczy". Ale nas, głupców nie to interesowało, ale woda. I w dwa dni po tym jak przyszła do wioski ruszył tam pierwsza ekspedycja z naszej osady, domagać się prawa do wody. Wyrżnęli naszych w pień. Sześciu niewinnych ludzi. - Zamilkł. Oparł łokcie na stole, złożył dłonie i oparł je o czoło. Początkowy entuzjazm znikł, oddychał głęboko. Potem jakby przypominając sobie o obecności elfa westchnął i kontynuował:
   Wieść o wodzie się rozniosła, a do osady zaczęli ściągać wojownicy i myśliwi. Jego żona stale płakała, prosiła żeby go nie zabijali. Niektórzy ludzie honoru odchodzili na jej słowo, innych przekupywała pieniędzmi za majątek. ...aż nic jej nie zostało. Stała się biedniejsza niż nasi żebracy. Zaczęli nią pogardzać i bardzo często lądowała w kałuży. My z żoną pomagamy jej czasem, póki nam nie brakuje damy chleba, ale nic więcej nie możemy zrobić.
    W końcu zaczęły przyjeżdżać zorganizowane grupy nasłane przez bogaczy, ale niezależnie od tego czy to było pięciu czy dziesięciu, wszyscy ginęli. Stało się coś co musiało się stać - bogacze zjednoczyli siły. W mieście jest ze trzydziestu najemników, a pojutrze ma się przyłączyć kolejnych dziesięciu. Żal mi się jej robi...
    Ot cała historia - zakończył. - Nie wiem, co będzie się działo z naszą osadą, ale wydaje mi się,  że będą chcieli postawić jakiś zamek.
- Niezwykła historia. Może to ci wasi bogacze dbają, żeby nic się nie przedostało za granicę kraju. Jeśli wszystko, co mówisz jest prawdą, to z takiej wody byłaby straszna broń.
- Tego się z żoną boimy. Adamantyt, żelazo i woda w jednym miejscu. Chyba się przeniesiemy w jej rodzinne strony.
Elf pokiwał głową w geście zrozumienia. Po drodze do domu, kupili jeszcze trochę jedzenia i resztę wieczoru spędził u nich. Siedzieli do późna wspominając stare czasy i wartościując obecne czasy. Potem położył się spać. >> (Następna wiadomość od Ciebie) >> - Proszę - krzyknął podnosząc się trochę znad kołdry. Przez drzwi wsunęła się głowa górnika.
- Śpisz? - zapytał.
- Nie. Leżałem i myślałem o tych ludziach - odpowiedział siadając na łóżku.
- Małżonka posyła śniadanie - wszedł niosąc tacę z chlebem, ser, mleko i jakąś zieleninę. - Jakich ludziach? Ach... "strażnikach jaskiń"?
- Tak na nich mówią? - spytał elf. Górnik twierdząco kiwnął głową.
- Niektórzy. Wiedziałem, że cię to zainteresuje. Coż, poczekamy zobaczymy, jak mawiał mój ojciec. A może chciałbyś zobaczyć te jaskinie? - zapytał z uśmiechem. Na twarzy elfa odmalowało się zainteresowanie, a oczy prosiły mów dalej. - Za domem kowala zaczyna się ścieżka. Pół dnia i jesteś na miejscu. Skały są nad doliną. Zejść się da, ale wejść jest ciężko , wiec będziesz bezpieczny. Co ty na to? - spytał i dodał jeszcze - ale musisz pójść sam, bo ja mam akurat pracę z tym zawałem. Jutro zejdzie się tam mnóstwo ludzi oglądać polowanie, ale tej nocy będziesz mógł zostać sam.
Chwila zastanowienia i szybka odpowiedź - Chętnie. Wrócę pojutrze.

    Pozałatwiał jeszcze parę spraw, zjadł obiad i choć już było południe, ruszył swobodnie wolnym krokiem. Ścieżkę znalazł tak, jak mu powiedział szychtar. A na skały dotarł bez wiekszych problemów. Znalazł się na łysej polanie, gdzie - jak zauwazył - dość często musiał ktoś nocować. Spojrzał w dół i bez trudu poznał to mroczne miejsce. Wszędzie wokół porozrzucane szczątki zbroi, broni, pochodnie. Spojrzał w niebo. Zaczynało się ściemniać, więc kawałek dalej zaczął przygotowywać obozowisko.
    Nie zdążył jeszcze nazbierać chrustu, a już było ciemno. Wracał więc z tym co miał, gdy nagle między drzewami przed łysą polaną zobaczył przemykający się cień. Zatrzymał się jak rażony piorunem. A co jeśli to któryś z tamtych? - przebiegło mu przez myśl. Jednak odwaga zmieszana z ciekawością wzięły górę. Delikatnie odłożył chrust i zaczął skaradać się w tamtą stronę.
   Nie, nie był zauważony. Gdy jednak podszedł bliżej usłyszał delikatne chlipanie. Oto ta kobieta, którą spotkali wczoraj, a o której słyszał tyle rzeczy klęczała na skraju polany z twarzą wtuloną w ręce i łkała cicho. Nie jest to raczej dobry moment na rozmowę. Lepiej niech zostanie chwilę sama - osądził po chwili. W tym samym momencie płacz ustał, kobieta choć dalej na klęczkach, wyprostowała głowę i spojrzała w dół. W końcu zdecydowanie zaczęła rozpinać swoją zwykłą chłopską koszulę, rzucając w dół krótkie spojrzenia. Zrobiło mu się głupio, bardzo głupio ...i już miał odejść, gdy w jej ręku coś zabłysło. Głos uziązł w gardle, a jednocześnie nie potrafił się ruszyć. Kleczała bokiem do niego, ale wyraźnie widział, że jej ręce zaciskają się teraz na sztylecie: uniosła je na wysokość oczu, wyprostowała ręce, a te zaczęły drżeć. I... zatrzymała się. Każda sekunda wydała mu się godziną, a ona tam trwała, bezlitosna dla niego, skupiona na własnych odległych myślach. Widział,  jak oddychała głęboko, a przecież każdy oddech zachowywał jej życie. W końcu ręce bezwładnie spadły na uda. (...) Podniosła się energicznie, chwyciła sztylet i z całej siły rzuciła w dolinę. Śledziła go wzrokiem, aż nie spadł zupełnie na dno zatrzymując sie w jakiejś rozpadlinie. Zapięła koszulę i chciała również ruszyć w dół. Zaledwie przeszła jednak kilka kroków, zachwiała się i spadła na ziemię ...zemdlała. >>(Następna wiadomość od Ciebie)>> Otworzyła oczy. Było już jasno, a ona sama leżała teraz w zupełnie innym miejscu niż updała. Od dogasającego ogniska biło jeszcze ciepło żaru. Teraz dostrzegła elfa, który siedział po drugiej stronie strugając patyk na strzałę. Przerwał na chwilę, gdy zobaczył, że się wreszcie obudziła. Wskazał wzrokiem na stojący przy niej kubek i odciętą kromkę chleba, po czym spuścił oczy i wrócił do pracy.
   Chwila niepewności... potem nic nie mówiąc usiadła, spojrzała jeszcze raz na niego, ale nawet nie podniósł głowy. Odważyła się sięgnąć po wodę. Upiła parę łyków i wgryzła się w chleb. Na twarzy elfa pojawił się niedostrzegalny uśmiech, ale głowy nie podnosił. Wreszczcie gdy doszła do połowy kromki, zaczęła się rozglądać wokół, a w końcu spojrzała na jasne niebo i spytała:
- Długo spałam?
- Znalazłem Cię wczoraj wieczorem, praktycznie w nocy, a teraz jest już prawie południe. Sądzę, że jakieś piętnaście godzin - powiedział przerywając pracę i podnosząc głowę, by mogła widzieć jego twarz. Wydawała się zaskoczona, ale powstrzymała wybuch emocji w sobie. Potem wskazała na strzałę i spytała:
- Jesteś myśliwym? Przyszedłeś tu na "polowanie"? - w jej słowach dało się wyczuć pozostałości goryczy, która jednak ustępowała upokorzona przed długimi miesiącami ciężkich doświadczeń.
- Nie, to dla zabicia czasu. - odpowiedział unosząc w jednej ręce strzałę w drugiej nożyk. - Jestem kupcem. ...nie, nie jestem tu, aby zabijać i nie potrzebuję tej "wody" - dodał.
Gdy usłyszała o wodzie lekko się wzdrygnęła. Znowu wgryzła się w chleb i pozostała milcząca.  Tym razem on przerwał ciszę:
- Co chciałaś zrobić tam w dole? Bo szłaś do jaskini, prawda?
Przygladała mu się jeszcze chwilę sprawdzając czy może mu zaufać, a jego obojętność wobec wody i prostota pozwoliły jej się otworzyć:
- Chciałam jeszcze ten jeden raz zobaczyć mojego męża - to słowo wymówiła z radością a zarazem z bólem - a potem odejdę. Nie chcę patrzeć jak go zabijają. Jak najdalej stąd. Nie wiem, co słyszałeś o tej wodzie, ale według mnie to gorsze niż trucizna. Wiem, co przeżyłam przez ostatnie lata.
   Wróciła się pamięcią da czasu narzeczeństwa, opowiedziała o chorobie, o szlachetności swojego wybranka, a potem Stał się pusty, jakby woda wysuszała jego duszę.  Okazało się, że tamci trzej nie zabijają wszystkich, ale tylko tych, którzy zbyt zbliżają się do źródła. Woda ich syci, woda ich żywi, ale ona z nich czyni niewolników. Czasem przychodzi tu popatrzeć na swojego męża w tajemnicy przed wszystkimi. W końcu odważyła się na jeszcze jeden gest ufności wobec niego. Sięgnęła po rzemyk na szyji i wyciągnęła go zza koszuli. W dole zawieszona była mała ciemnozielina fiolka, którą chwyciła w rękę.
- ...ja nigdy jej nawet nie skosztowałam. Wiedziałam od początku, że to co mi daje to zwykła woda z miodem. Wtedy ukradłam klucz, który zawsze nosił przy sobie;  zakradłam się nocą do szafy gdzie chował rzeczy i odlałam pełną fiolkę. Zachowałam to aż do teraz, ale nigdy nie odważyłam się wypić ani kropli. A teraz jej nienawidzę... - domówiła te słowa, otworzyła korek i zaciskając wargi przechyliła fiolkę w żar ogniska.
Elf aż podskoczył a ona zawyła z bólu, gdy płomień buchnął na wysokość człowieka. On zerwał się na nogi doskoczył do niej, chwycił w pasie i odciągnął kawałek. Gdy się uspokoiła chwycił bukłak i powoli oblewał rękę wodą. Potem chwycił swoją torbę i zdjął materiał, w który zwykle owijał chleb.
- Daj rękę - powiedział nastawiając szatkę. Zrobiła to posłusznie i już po chwili miała prowizoryczny opatrunek. Była chyba w lekkim szoku.
- Rana nie jest głęboka i zagoi się szybko. Musisz tylko jeść, żeby nie stracić sił - powiedział myśląc tak na oparzenie jak i na wczorajsze omdlenie. Nie słuchała go jednak.
- Nie wiedziałam... nie wiedziałam... - mówiła do siebie. Podeszła do kupki z drewnem, które nazbierał na ognisko, spytała wzrokiem czy może. Kiwnął głową. Wrzyciła trochę cieńkich gałęzi, a na to trzy grubsze i czekała, aż się rozpali.
- Dziękuję. Dałeś mi nadzieję. Nigdy ci tego nie zapomnę - powiedziała. - Nie mam nawet co ci dać.
- Nie trzeba - wzbraniał się przed wdzięcznością, której nie potrafił zrozumieć.
- Czy możesz coś dla mnie zrobić? Proszę, zostaw mnie na chwilę samą - powiedziała stając przed nim - Nie bój się nie jestem złodziejką, nic ci nie zginie.
- Dobrze, przejdę się kawałek i zaraz wrócę - powiedział, odczekali chwilę, a potem odszedł.

    Gdy wrócił już jej nie było. Jak daleko sięgał wzrokiem nie mógł jej dostrzec. Zostawiła go, odeszła, ...ale dokąd? Chyba nie do... Pobiegł najszybciej jak umiał. Przeczucie go nie myliło. Była już w dole u podnóża skał. Schodziła dosyć powoli, gdyż w jednej ręce trzymała płonący kij.
- Poczekaj! - krzyknął, ale ona tylko przyspieszyła. Był przekonany, że idzie do jaskini, aby po raz ostatni spojrzeć w twarz mężowi. Ale nie o to się bał, ale bał się u niej jakiegoś obłędu z wyczerpania i łez. Podążył za nią.
   Był już w połowie, gdy ona była już na dole. Pobiegła przed wejście. Kątem oka widział, że czegoś szuka. Wreszcie znalazła - porzucona pochodnia. Zapaliła ją i rozświetlając ciemności znikła w ciemnościach jaskini. >>(Następna wiadomość od Ciebie) >> Wreszcie ostatnie niepewne kroki na ścianie, skok w dół i był na polanie. Nie było czasu rozniecać ognia, a ten kijek który zostawiła również nie dawał teraz nadzieji. Nie innego miał wyjścia, jeśli chciał ją dogonić, jak tylko wbiec do jaskinii bez światła. Powiedział coś cicho pod nosem, czego się nawet nie godzi powtarzać i wszedł.
   ...i prawie, że zemdlał od stęchlizny i zgnilizny. Przez kilka kroków szedł przy ścianie opierając się ręką, po czym zatrzymał się zupełnie i zwrócił śniadanie. Zmysły były jakby stępiona, tylko rozum mówił: Uciekaj jak najszybciej. Odrzucił tę myśl. Mimo wszystko powoli dochodził do siebie, w końcu podniósł głowę. - O Pani, znowu się wpakowałem. Lepiej się pospieszyć. -  powiedział i spojrzał w głąb korytarza. Daleko, daleko zobaczył nikły płomień. Ruszył w tamtą stronę w każdej chwili spodziewając się ataku. Ten jednak nie nadszedł, a on szybko zbliżał się do światła. Gdy był już blisko zatrzymała się. Znalazła to czego szukała.
   Stała przy wejściu do czegoś, co wyglądało jak komnata. Rozróżniał przed sobą prostokątne rzeźbiona ściany i wtedy zobaczył ruch. Było tam coś co wyglądało jak wielka balia na pranie, a musiała mieć ze dwa metry średnicy. Właśnie w tamtym miejscu dwie sylwetki podnosiły się z ziemi. Trzeci tylko podniósł główę i gdy zobaczył, że napastnicy to tylko dwie osoby z powrotem się położył. Pozostali zaczerpnęli rękoma wody napili się ze smakiem i dopiero potem odwrócili twarzami do kobiety. Jeden z nich chwycił tarczę i miecz, drugi trzymał wielki oburęczny topór. Byli nadzwyczajnie szybcy i sprawni w ruchach, a zmierzali prosto na nią. Wtedy się obróciła, spojrzała na elfa (a w jej oczach zobaczył zmęczenie, ale i zaciętość) i wybiegła im naprzeciw. Nie mógł już nic więcej zrobić...

   Zatrzymała się bokiem w połowie komnaty, rozstawiła nogi, pochodnię uchwyciła jak się chwyta miecz przygotowany na cios. Jak ocenił, była bez najmniejszych szans ze strażnikami źródła. Nie wiedział dlaczego, ale coś nie pozwalało mu teraz odejść zanim nie zobaczy tego na własne oczy. Póki bije serce, jest jeszcze nadzieja - mówiło coś w jego wnętrzu, ale tak naprawdę nie miał już złudzeń. Zostawało jej jakieś pięć sekund życia. Zbliżali się, ugięła kolana i wtedy wyprowadziła cios (Za wcześniej - pomyślał z żalem), ale pochodnia wystrzeliła z jej rąk. Wszystko w jednej chwili ucichło. Tamci zatrzymali się śledząc pochodnię, która przelatywała nad ich głowami, z płomieniem który wykonując w powietrzu szerokie koła zostawiał za sobą smugę dymu... raz... dwa... i wtedy powietrze rozdarł dziki krzyk. Pochodnia zmierzała prosto do balii. Trzeci z nich zerwał się i skoczył, za późno jednak.  Łapiąc pochodnię wpadł razem z nią do wody.
   Co było potem trudno opisać. Ognisty podmuch przeszedł przez wszystkich rzucając ich na ziemię. Za nim nastąpił przenikliwy gwizd jakby wysysał całe źródło, aż do dna. Gdzieniegdzie skały zaczynały spadać z sufitu. Podniósł głowę i zobaczył, że ona jest nieprzytomna. Tamci dwaj natomiast uparcie czołgali się w stronę gdzie kiedyś była balia, a teraz pozostawał tylko  mały ogień rozświetlający ich poparzone twarze. Nie było czasu na myślenie. Podszedł i chwycił jej lekkie wygłodzone ciało, jeszcze raz spojrzał na tamtych i wybiegł. Na początku szybko, bez zastanowienia, ale gdy wbiegł do zupełnie ciemniej części, musiał zwolnić. Krok po kroku, po drodze którą zapamiętał, po zapachu stęchlizny, która znów odurzała, dawała jednak nadzieję na ratunek, zbliżał się do wyjścia. W końcu delikatne światło oznajmiło koniec jaskini. Przyspieszył, a ono wdzięcznie narastało ukazując znowu tę dolinę, skały i drzewa. Jakby wieki minęły od chwili, gdy je mijał.
   Odszedł jeszcze kawałek od wejścia położył ją na trawie. Oderwał część koszuli, zamoczył w wodzie z kałuży i położył jej na czoło. Uchyliła oczy i spojrzała na niego. Chciał coś powiedzieć, ale jej usta poruszały się tylko bezwiednie. Nachylił się i przyłożył do nich ucho:
- Uratuj... uratuj... go... - wyszeptała z wielkim wysiłkiem, aż w końcu spojrzała na wejście do jaskini.
Wahał się. Przed chwilą o mało co nie stracili życia, a teraz miałby tam wracać. I jak go przyjmą tamci? Jeśli się komuś robi coś takiego, lepiej się do niego nie zbliżać - myślał sobie.
- Uratuj... go... proszę... - mówiła i próbowała się podnosić, jednak siły odmawiały posłuszeństwa i zaraz znów opadła na trawę.
Wyprostował się i spojrzał na jaskinię. Długo myślał. W końcu podjął decyzję. Rozglądnął się za pochodnią. Znalazł jedną, dwie, trzy, cztery. Trzy odłożył na kupkę przy jaskini, a jedną zabrał ze sobą na wspinaczkę po ścianie. Po pół godzinie był wyczerpany, jednak dotarł do szczytu. Odnalazł obozowisko, pozbierał rzeczy, przerzucił torbę przez ramię i zapalił pochodnię. Zejście w dół wymagało trochę uwagi, jednak nie tego się obawiał.
Podszedł zobaczyć jak się czuje tamta. Gdy go zobaczyła z pochodnią i torbą na ramieniu zupełnie się uspokoiła. Położyła głowę na trawie i wpatrzyła się w niebo. Zostawił torbę, za to wziął ze sobą tarczę i pozostałe pochodnie. Porozstawiał je w nieznacznej odległości od siebie w korytarzu.
   W końcu doszedł do komnaty, ale to co tam zobaczył zmroziło mu serce. Dwóch mężczyzn, wytrawnych wojowników jak zdążył to już ocenić, siedziało teraz na pozostałościach balii i chlipało jak baby. Nic ich nie obchodziło. Gdy podszedł do nich nawet się nie obrócili, ale jakby na przemian głaskali rękoma podłogę i bili w nią pięściami. Nie wiedział co robić.
Zaskoczyło go jeszcze jedno: nie mieli na sobie takich ran, jak by się mógł spodziewać po wybuchu. Gdy się im później przyjrzał zobaczył, że jeden ma popaloną połowę twarzy i nie zgina nogi w kostce; drugi miał bezwładną rękę i ciągał za sobą nogę. Gorzej było z rozumem i tu tylko czas mógł leczyć rany. Byli tak otępiali, że po prostu chwycił ich za rękę i powoli wyprowadził na zewnątrz.

   Odpoczęli zaledwie godzinę. W tym czasie spenetrował jaskinię. Nie było nawet śladu trzeciego, a na wodę już nie było nadziei - Na szczęście - powiedział sobie. Bał się w ogóle pomyśleć, co się będzie działo jutro po południu, więc zabrał ich z powrotem do wioski. Weszli tam pod osłoną nocy.
   Długo musiał opowiadać to wszystko i tłumaczyć swojemu przyjacielowi, bo tamten kiwał głową w niedowierzaniu. Potem jednak i on powiedział, że cieszy się, że to się tak skończyło i postanowił, że pomoże tamtym w ucieczce. Załadował ich na wóz i odwiózł do pobliskiego miasta. Tam bez problemu dostali rano wóz i dwa konie. Elf ruszył z nimi, prawdopodobnie gdzieś daleko. Nikomu nigdy nie zdradził miejsca, gdzie ich ukrył, jednak podobno odwiedza ich teraz od czasu do czasu.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Mistral #7
Member since May 2010 · 996 posts · Location: Południe Europy
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
/me zamknął kuferek. Może znalazłoby się coś jeszcze, ale część pergaminów była niekompletna, pożółkła i rozpadająca się ze starości. Wiedział co-prawda co zawierają, ale nawet jeśli obrazy stawały mu przed oczami, to część słów przepadała bezpowrotnie, czyniąc z przygód spotkań i wrażeń nieprzekazywalne części jego samego.
[Image: http://idarionis.com/mainpagedata/banery/banminiarch.jpg]
"So remember to keep your mind sharp and your teeth clean!"
Arlington Public Library terminal
Close Smaller – Larger + Reply to this post:
Verification code: VeriCode Please enter the word from the image into the text field below. (Type the letters only, lower case is okay.)
Smileys: :-) ;-) :-D :-p :blush: :cool: :rolleyes: :huh: :-/ <_< :-( :'( :#: :scared: 8-( :nuts: :-O
Special characters:
Go to forum
This board is powered by the Unclassified NewsBoard software, 20120620-dev, © 2003-2011 by Yves Goergen
Page created in 582.6 ms (528.1 ms) · 80 database queries in 8.9 ms
Current time: 2020-10-31, 08:29:36 (UTC +01:00)