Not logged in. · Lost password · Register
Forum: Play By Forum / Twórczość własna Twórczość własna RSS
Kronika sesji...
... ze świata Forgotten Realms
Minkiel #1
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Subject: Kronika sesji...
Razem z Gwaihirem, i paroma naszymi znajomymi tydzień w tydzień gramy sesje RPG'owe. Zamieszczam tutaj pierwszą kampanie, która stanowi opis pierwszych dziesięciu wieczorów.
Co prawda nie jest to moja twórczość, bo ja jedynie spisałem to co mój znajomy wymyślił, jednakże pozwalam sobie wrzucić to tutaj.


Pierwszy rozdział nie jest mojego autorstwa, ale stanowi nieodłączny wstęp do pozostałych części.
Wiem również, że w kronice występuję niespójności, które wynikają po pierwsze z tego, że to pierwsze duże opowiadanie jakie napisałem, a po drugie z tego, że to była nasza pierwsza kampania, z której dużo ludzi przychodziło i odchodziło bo każdy chciał spróbować jak te sesje wyglądają.

Tak czy siak, jeśli kogoś najdzie ochota to zapraszam do lektury. Jest tego trochę, a to jeszcze nie wszystko - bo cześć musi przejść przez mojego redaktora naczelnego ;)

Wrzucę  jak znajdzie się jedna chętna osoba, która chce czytać dalej albo  jak będę miał spokojną chwilę w domu:)


Legenda:
Glow to postać Gwaihira.
Ostis, a później Gothen to moje postacie.

Reszta niestety Wanderer niet...

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
This post was edited on 2009-11-23, 11:22 by Minkiel.
Minkiel #2
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Subject: Pierwsze zadanie
I tak utknęliśmy tam gdzie... Tam gdzie... Zresztą, sami wiecie co mam na myśli. Burzowe Wzgórze, bo tak się ta dziura na rubieżach królestwa Cormyru zwała, nie mogło się poszczycić ani zacnym piwem, ani krasnymi dzierlatkami, nawet bardowie jakoś nie chcieli tam zaglądnąć.

Tam właśnie spotkała się nasza piątka: Ostis, paladyn (niby człowiek, a jednak coś w nim było nie z tego świata). Zazwyczaj towarzystwo paladyna skłoniło by mnie do mniej lub bardziej taktownej zmiany stolika, ale Ostis to był swój chłop - przynajmniej na tyle, na ile swój może być paladyn. Dalej Mytery, wojownik, też człowiek. W młodych latach w krasnoludzkiej górniczej kolonii widziałem, możecie mi wierzyć, niejednego piwożłopa, ale z Myterym żaden nie mógł się równać. A przy tym umiał znośnie machać toporem, choć może czasem zbyt ochoczo łapał go w dłonie. Melweros, leśny elf, tropiciel jak i ja sam - skryty i nieufny jak większość leśnych elfów, ale dobry kompan - godzien zaufania i tym znośniejszy łucznik, że jedyny w naszej kompanii. Następnie Sai, mnich, przybysz ze wschodnich krain - Tempus jeden raczy wiedzieć jak zawędrował do Cormyru, ale zrobił to na nasze szczęście. I ja, Brevis Erhard, krasnoludzki tropiciel, z przeszłością, której wolę nie przywoływać i sejmitarem u boku.

Dawno wyruszylibyśmy z tej nudnej jak flaki z olejem wioski, ale prawo Cormyru zakazywało zbrojnym grupom podróżować bez odpowiedniego glejtu - dodam, że wcale drogiego. Opróżnialiśmy więc kolejne kufle popłuczyn uchodzących w tutejszej karczmie za piwo, ignorując zaczepki zawsze rozochoconych drwali, i słuchając Ostisa marzącego o pięknej pełnej zbroi płytowej, aż pewnego dnia każdy z nas znalazł - w różnych miejscach, w różnych okolicznościach - listy o krótkiej treści - "O zachodzie słońca w karczmie".

Lekko podekscytowani zebraliśmy się na miejscu jeszcze przed wschodem, zastawszy oczywiście na miejscu drzemiącego już na stole Myterego. Drwale byli już jak zawsze rozochoceni, karczmarz wycierał kufel szmatą w takim stanie, że jego starania musiały odnosić skutek odwrotny do zamierzonego, kąt sali zaś okupował dość bogato odziany krasnolud - zapewne kupiec - i jego ochrona, której miny jasno wskazywały, że ich szef ceni sobie swoją prywatność.

Zaledwie zasiedliśmy za stołem, do karczmy weszło dwóch zawadiaków o słusznej posturze i zakazanych gębach, szczęśliwie nieuzbrojonych, jeśli nie liczyć małej pałki w ręku jednego z nich. Rozglądnęli się dość tępym wzrokiem po izbie, po czym podeszli do naszego stolika. Nie powiem, że szukali zaczepki - bo to chyba niezbyt trafne określenie na podrzucenie mnie do góry i rzucenie na najbliższą ławę - ciekaw jestem, czy tępy drab byłby równie zuchwały, gdyby Ostis akurat nie przebywał przy ladzie. Mytery jednak, dobry druh, a przy tym zdrowo już wstawiony, nie puścił płazem zniewagi dokonanej na kompanie - stanowczo poklepał ręką po toporze przed nosem drugiego drania, po czym odwrócił się celem udania w krzaki za gospodą - jednak osiłek chyba nie poczuł się zastraszony, bo spróbował ciosu. Pominę dalszą awanturę, wspomnę tylko, że zadbałem o to, by gość, który miał czelność rzucać krasnoludem nigdy więcej nikogo nie znieważył (co spotkało się z niezrozumiałym dla mnie brakiem aprobaty - karczemna bójka czy wielka bitwa, krasnolud swój honor ma!). Dość rzec, że drugi zawadiaka zwiał gdzie pieprz rośnie, drwale mieli trochę ubawu, karczmarz trochę sprzątania, a krasnoludzki kupiec nagrodził nas oklaskami i zaprosił do siebie.

Jak zapewne się domyślacie, Grungi, bo tak kazał się tytułować ów kupiec, szukał chętnych do pracy, a nasza postawa zrobiła na nim wrażenie (choć nawet on potępił "niepotrzebny" rozlew krwi - no, ale to nie nim rzucano po sali jak piłeczką). Chciał byśmy odnaleźli karawanę handlarzy niewolników, maskujących się mundurami armii Cormyru - zrozumiecie chyba liczne obawy z naszej strony i sporą dociekliwość - napad na oddział Cormyrskiej armii byłby pewnie ostatnim naszym wyczynem. W końcu jednak daliśmy się przekonać historii o Lisie - dziewczęciu o włosach płonących niczym miecz Ostisa i przyjacielu Grungiego Simiku, porwanych z nieznanych przyczyn przez grupę drani wśród których - jak ostrzegł nas Grungi - znajdowała się przynajmniej jedna osoba potrafiąca czarować. A właściwie może nawet bardziej przekonała nas spora zaliczka, obietnica dalszego wynagrodzenia w razie powodzenia oraz konie, które mogliśmy pobrać ze stajni przy karczmie. No, przynajmniej zwało się to końmi, były to w istocie chabety marne jak lokalne piwo, ale zawsze zdolne nas unieść - przynajmniej po tym, jak Melweros zajął się doprowadzeniem do znośnego stanu ich oporządzenia. Warto jeszcze wspomnieć tajemniczy flakon, który Grungi wręczył Ostisowi, stwierdziwszy, iż może się przydać.

Wiedzieliśmy od Grungiego, że nasza zwierzyna będzie chciała przeciąć przełęcz w pasmie Burzowych Rogów, co daje nam szanse zaczajenia się na rozstajach, którymi będą musieli przechodzić, a gdzie mieli dotrzeć następnego dnia. Mogliśmy nawet spróbować podejść jeszcze tej nocy ich obóz w jednej z odnóg. Nie tracąc czasu ruszyliśmy w kierunku rozstajów. Nie chcąc tracić czasu - konie w mroku podróżują dość wolno - postanowiliśmy rozjaśnić sobie drogę moim sejmitarem. Zapomniałem jednak, że moja kompania nie widziała go jeszcze, zwłaszcza po zmroku - nagły błysk jasnego światła, którym się jarzył, oślepił niektórych, początkowo jeszcze bardziej nas spowalniając, z czasem jednak ustawiliśmy się w poprawnym szyku, ze mną lekko z tyłu, i koniec końców udało nam się naprawdę szybko dotrzeć do rozstajów. Z braku planu postanowiliśmy, że należałoby sprawdzić, czy jednak nie mamy do czynienia z armią Cormyru, a przy tym rozeznać się w siłach przeciwnika.

Posłaliśmy przodem Melwerosa, który miał przyglądnąć się obozowi i wrócić. Gdy nie wracał cholera wie jak długo, zaniepokojeni ruszyliśmy jego śladem, zostawiając Myterego na straży rumaków. Musieliśmy być już blisko, gdy ujrzeliśmy naszego kompana pędzącego co sił w nogach i poganiającego nas do ucieczki. Spowrotem w naszym przyczółku dowiedzieliśmy się, że dranie też mają tropiciela, i to wcale nieźle umiejącego się schować - gdyby strzelał z kuszy tak dobrze, jak się chował, nasza drużyna byłaby mniejsza o elfa. Szczęśliwie zanim został wypatrzony, Melweros zdołał nieźle rozeznać się w obozowisku - na podstawie jego opowieści Mytery i Ostis upewnili się, że nie mamy do czynienia z regularną armią - ta rozmieściłaby namioty dookoła paleniska, a nasza zwierzyna rozstawiła je w jednej linii z boku, wraz z wozem i karetą, w których zapewne wieziono niewolników. Również tropiciel miast regularnych straży nie pasował do armii Cormyru.

Do tej pory mieliśmy się za sprytnych, ale teraz sytuacja się skomplikowała. Handlarze wiedzieli już, że przynajmniej jedna osoba interesuje się ich obozem, w dodatku dotarło do nas, że nie mamy pojęcia co robić. Można by spróbować zatarasować drogę - ale nie mieliśmy siekiery. Bezpośrednia bitwa była zbyt dużym ryzykiem. Próbowaliśmy skonstruować pułapkę z użyciem drzew i liny, ale tylko szczęściu zawdzięczamy, że nikt z nas nie zrobił sobie przy tym krzywdy. Świt nadchodził wielkimi krokami, a my wciąż nie mieliśmy pomysłu. W końcu Mytery nie wytrzymał i oświadczył, że on nie będzie tu siedział jak ten kołek - wsiadł na konia i ruszył prosto w paszczę lwa, wraz z Ostisem, który ochoczo podchwycił ideę bezpośredniego starcia z niebezpieczeństwem. Nie mając za bardzo innego wyjścia ruszyliśmy za nimi.

Od celu dzieliły nas może dwa zakręty, gdy Melweros ujrzał na poboczu nieruchomą, najwyraźniej śpiącą postać, w której rozpoznał tropiciela, który go wcześniej nakrył. Pechowiec dość boleśnie i ostatecznie przekonał się, że elf umie radzić sobie z łukiem.

Dwa zakręty dalej ujrzeliśmy obozowisko. Składały się na nie dwa duże namioty, dalej w linii kareta i wóz stojące przy ogniu oraz ukryte z tyłu za nimi dwa mniejsze namioty, oraz stojące nieopodal konie. Przed wozem stał krasnoludzki wojownik w półpłytówce, tylko na nas czekając. Szybko wszczął alarm, a w tym czasie drużyna rozbiegła się - Mytery i Ostis w kierunku większych namiotów, Sai w kierunku karety, z której dochodziły jękliwe wołania o pomoc, ja ku krasnoludowi, Melweros zaś został z tyłu i założył pierwszą strzałę na cięciwę. W czasie gdy ja walczyłem z krasnoludem, paladyn podpalił jeden z namiotów swym ognistym mieczem, zaś Mytery zabrał się za tratowanie drugiego. Widać było, że wróg nie spodziewał się tak głupiego postępku z naszej strony - większość karawany krzątała się w namiotach usiłując czym prędzej przywdziać zbroje. Z jednego z namiotów za wozami wybiegł wojownik i pobiegł wprost do karety, po drodze mijając Saiego, którego cios w przebiegającego niestety chybił.

Z karety wyłonił się nagle mag, a Melweros natychmiast przywitał go pociskiem.
- Tylko ruda się liczy! - wrzasnął trafiony i wyczarował magiczny portal. W tym momencie dosięgła go kolejna strzała Melwerosa. Osunął się na ziemię wręcz zbyt artystycznie, jednak z karety szybko wysunął się wojownik. W tym samym czasie Mytery i Ostis podejmowali już wojowników z większych namiotów, każdy po dwóch, a z jednego z namiotów za wozami wyłonił się kapłan, przerażający i zły niczym sama śmierć, w pełnej zbroi płytowej, takiej jak ta, o której marzył w Burzowym Wzgórzu Ostis. Krasnolud z którym walczyłem cały czas uśmiechał się wrednie, zwłaszcza po dwóch moich średnio udanych ciosach. Ciął mnie okrutnie, trochę głębiej i byłoby już po mnie. Utrzymałem się jednak, i jakież musiało być jego zdziwienie, gdy chwilę później pozbawiłem go głowy...

Wojownik, który wychylił się z karety dzierżył w rękach rudą dziewczynę. Rzucił ją w kierunku portalu - w tym samym jednak momencie Sai rzucił się jak długi, złapał ją w locie i przeturlał się trochę dalej, w pobliże leżącego w kurzu maga. Kapłan z namiotu z tyłu rzucił na siebie jakieś zaklęcie wzmacniające i pobiegł kierunku karety, a od strony dużych namiotów doszedł nas wrzask Ostisa - musiał zostać raniony. Nagle dojrzałem maga, który ręką ze sztyletem próbował dosięgnąć rudej. Pogalopowałem ku nim najszybciej jak mogłem, dobijając maga na sekundy przed tym, jak dobiegł tam zły kapłan z zamiarem uleczenia go. Tymczasem wojownik z karety rzucił się do ucieczki, jednak po drodze dosięgnął go jeszcze cios Saiego, a później śmiertelna strzała Melwerosa.

Nagle ujrzeliśmy galopującego zza karety Ostisa. Choć ranny, zdawał się promieniować dziwną mocą. Dopadł do złego kapłana i ku zaskoczeniu wszystkich jak gdyby nigdy nic pozbawił go głowy. Nagle zrozumieliśmy tę bijącą od niego moc - flakon od Grungiego.

Mieliśmy bitwę za zakończoną, gdy zza karety, z kierunku, z którego wyłonił się wcześniej Ostis, nadbiegł z krzykiem płonący, zapewne za sprawą miecza naszego paladyna, wojak, zapewne chcący ratować się ucieczką - ucieczką, którą szybko zatrzymała jeszcze jedna strzała Melwerosa.
Udało nam się odbić rudą, którą Melweros jako wprawny zielarz szybko zaczął ratować - była bardzo osłabiona i widocznie odurzona jakimiś specyfikami. Mytery jak się okazało powalił swoich przeciwników za wozem. Simik, przyjaciel Grungiego, był już niestety martwy. Na wozie znaleźliśmy 6 kobiet, którym pozwoliliśmy zabrać karetę i konie do zaprzęgu. Przy ciele kapłana znaleźliśmy dziwny amulet, a Ostis zabrał dla siebie jego zbroję - nawet paladyn ma czasem marzenia, które zrealizuje nawet kosztem obdarcia trupa. Zdobyliśmy jeszcze kilka zbroi półpłytowych, w większości uszkodzonych, miecze doskonałej jakości i świeże, znacznie bardziej rącze konie, co pozwoliło nam pozostałych użyć jako jucznych. Zabraliśmy Lisę na wozie i wróciliśmy do wioski.

Grungiego zasmuciła wieść o śmierci przyjaciela, ale nagrodził nas hojnie za uratowanie Lisy. Zaproponował też odeskortowanie jej do ojca, z pomocą tajemniczego gnoma Oswalda i jego statku powietrznego... Ale to już inna historia...

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #3
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Po odprowadzeniu Lisy do Grungiego wszyscy padli z wyczerpania... Emocje poprzedniego dnia oraz niebezpiecznej nocy dały się we znaki. Nawet nasz woj zdążył wypić tylko jedno piwo zanim ułożył się na swej pryczy, zamknął oczy i odpłynął w błogim śnie.
Następnego dnia spotkaliśmy się wszyscy w karczmie. Pierwszy przy stole był krasnolud. Ten zanim okazał swą wdzięczność zaproponował jeszcze jedną misję dla nas, ale o tym za chwilę... Zaproponował, że spełni jedną prośbę każdego... Gdy usłyszałem życzenia kompanii, do której przyszło mi należeć wzniosłem swe oczy z wdzięcznością ku niebiosom, za zdrowy rozsądek i odrobinę dobrego wychowania każdego ze współtowarzyszy. Na szczęście nikt nie poprosił o złotowłosą księżniczkę w czekającą w alkowie z workiem rubinów w posagu. Nikt też nie zażyczył sobie smoka na własne usługi. Ufff... co za ulga. Ja ze swej strony poprosiłem o miksturkę o działaniu jak ta, którą dostałem przed wyruszeniem na misję. Mytery o topór, bardziej pasujący do jego gabarytów niż ta siekierka, którą wymachiwał obecnie ów potężny człowiek. Grungi nie zastanawiając się długo spojrzał na jednego ze swych służących i powiedział krótko:
- Przynieś swój topór.
- Yyyy... mój? - zapytał zdziwiony.
Uśmiechnąłem się ukradkiem, gdy zobaczyłem minę Krasnoluda do którego skierowane były te słowa. Spojrzał z niedowierzaniem na swojego zwierzchnika po czym z sekundy na sekundy widać było jak bladł, a w oczach pojawiają się małe aczkolwiek niewątpliwie nienawistne iskierki... Mimo tego przedstawienia posłusznie odwrócił się na pięcie i wyszedł, a po chwili ujrzeliśmy go wchodzącego i mocno obruszonego. Z lekką rezygnacją podał broń (o ile podaniem można nazwać wbicia ostrza w pieniek stojący obok stołu). Grungi uspokoił ruchem ręki swojego podwładnego.
- Czy jesteście chętni podjąć moje następne wyzwanie?
- Co trzeba zrobić? - zapytaliśmy.
W tym momencie zobaczyliśmy schodzącą po schodach Lisę. Prawdę mówiąc, wczoraj nie wyglądała wiele lepiej. Była otumaniona i odurzona jakimiś ziołami, które nie sposób było rozpoznać, ale tak smutna i tak przygnębiona jak w tej chwili nie była... Sprawiała więc wrażenie jakby wcale nie cieszyła się z tego, że została uratowana. Widząc nasze pytające spojrzenia zaczęła tłumaczyć szybko:
- Czarodziej, który był porwany razem ze mną był bardzo ważny...
- Jeszcze nie czas na to Liso... - przerwał Grungi - Ten człowiek był naszym przyjacielem i poniekąd przewodnikiem. Bardzo żałujemy, że nie udało się go uratować.
Po krótkiej chwili milczenia krasnolud zaczął.
- Przejdźmy do rzeczy. Lisa musi dostać się do swego ojca w Silvermoon w dość krótkim czasie. Jak widzicie jest w sporym niebezpieczeństwie, zatem potrzebna jej będzie eskorta i opieka. Pytam was więc - czy jako poszukiwacze przygód jesteście zainteresowani moją kolejną ofertą?
Mytery chciał coś powiedzieć, ale Grungi dał znak, że jeszcze nie skończył.
- Oczywiście jeżeli dotrzecie wszyscy na miejsce, ojciec Lisy nie poskąpi nagrody. A wiedzcie, że jest raczej zamożnym człowiekiem. Ja natomiast ze swej strony mogę dorzucić kilka wskazówek oraz sto sztuk złota.
- Rozumiem, ze pokażesz nam dokładną drogę do Silvermoon...? - zapytałem.
Krasnolud wyciągnął wielką mapę i rozłożył ją na ławie. Stukając w nią palcem wskazał miejsce docelowe. Wcześniej wykonał kilka niezbyt skomplikowanych obliczeń i wywnioskował, że konno powinniśmy tam dotrzeć w jakieś 3 tygodnie, ale...
- Jest inny sposób. Niedaleko stąd na północ jest małe miasteczko, wieś w zasadzie. - kontynuował krasnolud - Mieszka w niej mój znajomy, który jest w stanie dostać się do Silvermoon w przeciągu tygodnia. Chwalił mi się kiedyś, że jest konstruktorem maszyny latającej...
Na te słowa nasz (jak dotąd) nieustraszony tropiciel zerwał się na równe nogi.
- CO?! Nigdzie nie polecę!! - wrzasnął. I jak wstał... tak usiadł, bo bardzo szybko został usadzony potężną ręką Myterego.
- Oczywiście nie musicie skorzystać z tej oferty, jednak droga konna do Silvermoon wiedzie przez tereny cieszące się naprawdę złą sławą. Poza tym będziecie dużo szybciej u celu. Ale wiedzcie, że ja do niczego nie namawiam...
- Leciałam już tym statkiem - wtrąciła Lisa - Poza lądowaniem jest całkiem przyjemnie - niepewnie uspokajała.
- Jak powiedziałem - decyzja należy do was, ja jedynie daję wskazówki. Jeżeli namyślicie się na lot nad pustynią Oswald startuje za jakieś cztery dni.
- Nad pustynią.... - jęknął Melveros. Tylko tyle zdążył jęknąć, bo ponownie został zgłuszony przez Myterego.
- Obiecałem wam nagrodę, jednak oczekuję, że zapewnicie całkowite bezpieczeństwo Lisie. Słowo Paladyna mi wystarczy... - Popatrzył na mnie wiercącym wzrokiem. Spokojnym głosem odparłem, że mogę jedynie obiecać, iż będziemy starać się z całych sił by nie stała się jej krzywda. Jednak pewności mieć nie mogłem, że na naszej drodze nie stanie przeszkoda, która pokona nas wszystkich. Krasnolud pokiwał tylko głową i wręczył nam list do Oswalda, który jak słusznie przypuszczaliśmy miał go przekonać, aby zabrał nas na statek.
Po kilku kłótniach, słownych przepychankach, godzinie ustaleń, doszliśmy w końcu do wniosku, że wyruszamy nazajutrz. Po opuszczeniu karczmy rozeszliśmy się więc. Melveros i Onami zajęli się przygotowaniem zapasów i innych niezbędnych rzeczy na wyprawę. Ja po oskubaniu ze zbroi płytowej tego nieszczęsnego grzesznika zdecydowałem się udać do płatnerza, aby ją dopasować. Mytery zebrał zbroję półpłytową i ruszył ze mną. Wracając do owego nieszczęśnika... bogowie, dajcie mu wejść do krainy światła… na początku miałem trochę wyrzutów sumienia okradając umarłego, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że kapłanowi więcej się ten skarb nie przyda... Cóż było począć? Toż nie wypadało tego zakopać i skazać na zmarnowanie. Gdy dotarliśmy do płatnerza udało nam się go przekonać, że jest w stanie naprawić obie zbroje jeszcze tego samego popołudnia. Wystarczyło tylko by rzucił okiem na posturę Myterego i przez niego noszoną. W zdecydowanej większości wcześnie udaliśmy się na spoczynek. Oczywiście za wyjątkiem naszego woja, który nie mógł oprzeć się pokusie zapicia pały... Jak zwykle zresztą... Cóż… przyzwyczailiśmy się już do tego.
Wczesnym rankiem zrzuciliśmy jeszcze pijanego Myterego z posłania i mogliśmy przystąpić do pakowania manatek. Po dokonaniu tej fascynującej czynności udaliśmy się po Lisę. Nie rozczulając się, pożegnaliśmy Grungiego i wyruszyliśmy w stronę miejsca, w którym miała znajdować się maszyna latająca.
Drogę do wioski udało nam się przebyć bez przeszkód i większych ekscesów. Na szczęście... Pomimo, że wygraliśmy ostatnie stracie, do tej pory odczuwałem skutki potyczki, ale przecież nie wypada okazywać słabości. Jeszcze przed zmierzchem czwartego dnia, za wzgórzem zaczęła się rysować dziwna, acz potężna konstrukcja. Zrobiła niesamowite wrażenie na wszystkich, włączając Lisę, która kiedyś przecież już ją wypróbowała. Odniosłem wrażenie, że jakoś tak mimowolnie wszyscy zwolniliśmy. Zbliżając się do maszyny zauważyliśmy żywą i niezwykle ruchliwą postać. Bez wątpienia był to gnom. Chciliśmy się przywitać jednak gospodarz nas uprzedził.
- Witajcie przybysze!! Kogóż to niesie w moje strony? Bo wiecie... Ja jestem Oswald a tu za plecami to mój stateczek, ładny prawda?? Widzieliście już kiedyś taki?
- Nie, jesz....
- Aaa.. Bo mój jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju... Nie żebym się chwalił i takie, tam ale wiecie... A tak w ogóle to czemu się jeszcze nie przedstawiliście? hmm...
- Jesteśmy od Grungiego przyliśmy z prośbą...
- Nie znam żadnego Grungiego.. Któż to jest? A nic tam, lepiej wam opowiem jak to… - w międzyczasie podałem pismo od naszego zleceniodawcy, a Lisa szepnęła mu kilka słów do ucha - Aaa Grungi!! Czemu nie mówicie od razu? Mnie tyle przygód z nim łączy, może wam opowiedzieć? Pewnie, że wam opowiem...
Godzinę później udało nam się przebrnąć przez potok słów płynący z ust Oswalda. I jakimś cudem znaleźliśmy sobie i swoim bagażom miejsce na pokładzie maszyny latającej. O wschodzie słońca mieliśmy ruszać. Wieczorem urządziliśmy sobie jeszcze małe zawody drwalskie. Niestety (a może na szczęście) nie było zwycięzcy.
Wraz z gnomem leciało jeszcze trzech jego pomocników. Melveros stwierdził, że tym razem dotrzyma towarzystwa Myteremu i wspólnie schleją się przed startem. Onami patrzył spod oka na maszynę, ale mimo wszystko wyglądał na spokojnego. Rankiem, tak jak to było zaplanowane, maszyna oderwała się od ziemi i powoli lecz konsekwentnie wznosiła się do góry. Obeszło się bez zawirowań, wstrząsów i podobnych, ścinających krew w żyłach akcji, których tak się wszyscy obawialiśmy. Lecieć mieliśmy około tygodnia zatem było trochę czasu, aby się rozejrzeć po statku. Onami zniknął w bibliotece, niewielkiej ale całkiem nieźle zaopatrzonej, a Melveros uczył się od kierownika statku sztuki alchemii.
W spokojnej, sielskiej wręcz, atmosferze błogo płynął nam czas. Kolejny wieczór był zupełnie cichy, podobny do kilku poprzednich. Wszyscy rozeszli się do swoich kwater na spoczynek. Nagle przez sen poczułem wstrząs. Jeden, potem kolejny. Nie wiem jak to się stało, że nawet nasz tropiciel zapadł w tak głęboką drzemkę, że zbudził się dopiero, gdy zleciał ze swego posłania i wylądował na niezbyt miękkich deskach podłogi. Podobnie było zresztą z większością załogi. Tylko nieliczni zdążyli usiąść i chwycić się brzegu łóżka. Jak na komendę wypadliśmy z kwater na korytarz. Nie zajęło nam dużo czasu zorientowanie się, że spadamy. Biegiem ruszyliśmy w stronę mostku, ale po drodze usłyszeliśmy krzyki. Dochodziły z jadalni. Mytery wpadł tam razem z drzwiami, a za nim cała reszta. Oczom naszym ukazała się kreatura właśnie robiąca potężny zamach na jednego ze służących Oswalda... Ten zaś leżał już półprzytomny, podtrzymywany przez Lisę. O jasny gwint.. ! Niech Pelor ma nas w swej opiece jeżeli jej się coś stanie. Cios nocnego przybysza praktycznie rozpłatał na pół pomocnika.. Jednak nie było czasu aby zastanawiać się nad tą stratą. Skoczyliśmy w stronę potwora. Onami rzucał pociskami niczym czarodziej natchniony, Melweros zaś szył ze strzał jak strzelec wyborowy... Nasz kapłan stanął na wysokości zadania - uleczył najpoważniejsze rany Oswalda i tamował krwotoki. Lisa była w szoku wywołanym widokiem tego, co pozostało z gnoma na jej kolanach i nie mogła się nawet poruszyć. Doszło do starcia. Mytery już zamachiwał się toporem, gdy w ostatnim momencie zdał sobie sprawę, że to coś co miało około trzech metrów wysokości jest szybsze od niego i właśnie chce to wykorzystać. Ostatnim wręcz wysiłkiem udało mu się sparować cios, jednak impet zamachu potwora odrzucił go do tyłu. Wykorzystując chwilę nieuwagi Myterego stwór chciał uderzyć z całych sił. Dosłownie ułamek sekundy później usłyszałem świst lotek koło mojego ucha. W tej samej chwili potwór znikł... Na moment.
Pojawił się kilka stóp za moimi plecami, a ja jedyne co zdążyłem zrobić to odwrócić się i zobaczyć broń w zamachu. Na moje szczęście przeciwnik wychylając się odczuł skutki wbitych w niego strzał i cios nie miał już takiej mocy, ani precyzji... zwinnym ruchem udało mi się unkinąć ciosu.(Już zapomniałem jak to jest nie nosić na sobie prawie trzydziestu kilogramów żelastwa). Dalej wyprowadziliśmy ciosy, poleciały magiczne pociski a stwór znikł już na dobre. Jednak nie był to koniec naszych problemów. W akcji tej trwającej chwil kilka zapomnieliśmy prawie, że cały czas spadaliśmy... I tu najtrzeźwiejszym umysłem wykazał się Onami, który pobiegł do pokoju alchemicznego, gdzie bezpłędnie odszukał miksturę leczniczą. A zaraz potem przybiegł z nią i wlał do Oswaldowego gardła (za ten chwalebny czyn oberwał otwartą dłonią od Lisy, która jak się wydaje nie zrozumiała intencji Onami). Ten na początku się zakrzusił, lecz udało mu się przełknąć resztę płynu. Już po chwili było widać gojącą się ranę i wracającego do życia gnoma, jednak ciągle był zupełnie nieświadomy tego co się dzieje. Zanieśliśmy go na mostek gdzie zobaczyliśmy trupa kolejnego pomocnika. Oswald oprzytomniał i pociągnął za jedną z kilkudziesięciu lin zwisających z sufitu... Poczuliśmy, że jest jeszcze szansa. Niestety... było za późno... Grzmotneliśmy w piasek pustyni poważnie rozbijając cześć kadłubu. Oczywiście nikt nie był w stanie utrzymać się na nogach podczas katastrofy. Szczeście w nieszczęsciu nikomu nie stało się nic poważnego.
Była noc. Tkwiliśmy pośrodku pustyni i na tą chwilę nie wiedzieliśmy co nam tutaj grozi, nie grozi i czego się mamy spodziewać. Nagle poczułem w sobie emocje. Czułem już wielokrotnie ten rodzaj dziwnego podekscytwania, czy może niepokoju. Odbierałem zło zbliżające się w naszą stronę. Przekazałem to drużynie, a dzięki wiedzy zdobytej od Oswalda o naszym położeniu zdecydowaliśmy się na wymarsz. Gnom zapewnił nas, że da sobie radę z niebezpieczeństwem zbliżającym się w tą stronę, czmykolwiek by ono nie było. Uwierzyliśmy mu na słowo, bo spacjelnie innego wyjścia nie było. Bardzo szybko zabraliśmy nasze rzeczy i poszliśmy w wyznaczonym kierunku. Do skraju pustyni mieliśmy jakieś dwa dni drogi i około dwóch godzin przewagi za grupą pościgową. Jednak nie opuszczało mnie to niepokojące przczuczucie, które zdawało się wręcz kumulować.
- Nie uciekniemy im... - Odważyłem się powiedzieć głośno - Przygotujcie się do walki.
Drużynie nie trzeba było dwa razy powtarzać, wiedzieli, że to nie są przelewki. Melveros wykorzystał swe umiejętności by zakamuflować się za jedną z wydm. Reszta natomiast stała w zwartej grupie. Po około trzydziestu minutach ujrzeliśmy wrogów. Było ich aż jedenastu, a przynajmniej tak nam się wydawało. Szli zwartym szykiem, w taki sposób, że każdy zasłaniał się wielkim puklerzem, a między nimi pratycznie nie było miejsce na uderzenie. W drugiej zaś linii stało pięciu kuszników. Gdy podeszli na odpowiednią odległość ruszyliśmy z Myterym, Melvoros posłał już dwie strzały zza pleców przeciwników, oni jednak nie obrócili się w jego kierunku, a kroczyli w naszym. Onami wymamrotał coś pod nosem i zaczął rozpościerać delikatną, efemeryczną wręcz poświatę... W biegu, jak spod ziemi wyrósł nam jeszcze ten sam potwór, z którym mieliśmy nieprzyjemność na statku... Jakoś tak odruchowo sięgnąłem po jedną z mikstur od Oswalda, gdyż sytacja nie wyglądała wcale zabawnie. Potwór próbował atakować, ale ja nie byłem w stroju nocnym, a w swej nowiuteńkiej zbroi, zdartej z kapłana - toż to nie byle co. Ostrze odbiło się. Poczułem napływ sił... czułem, że mógłbym teraz przebiec pustynie trzy razy w poprzek bez przystanku i bez zadyszki. Zaatakowałem i prawie podręcznikowym ciosem trafiłem. Trochę nim poruszyło. Mytery kontem oka dostrzegł rozgrywającą się sytuację postanowił zainerweniować. Wyprowadził atak swym wielkim toporem i również trafił w niezłym stylu. Ręcę Lisy i Onamiego iskrzyły od magicznych pocisków... A monumentalny stwór znów znikł w wyniku zadanych ran. Popatrzyłem na wojownika i zobaczyłem na jego twarzy coś w rodzaju "No... jeszcze tylko jedenastu". Tak więc przystąpiliśmy do rzeczy. Nie najgorsze wszyskolenie żołnierzy nie pozwalało nam się przebić przez mur tarcz. A kusznicy strzelali.
Nagle usłyszeliśmy grad strzał lecący w kierunku naszych przeciwników. To był ich koniec... Dwadzieścia bełtów z dwóch salw praktycznie zmiotło sześciu żołnierzy. Melveros ustrzelił kapitana... A szeregowi bez dowódcy stali się raczej zwierzyną niż bojownikami. Niespodziewana pomoc pojawiła się w odpowiednim momence. Wybiliśmy niemal wszystkich wrogo nam nastwionych. Zostawiliśmy jednego przy życiu, aby wyciągnąć z niego informacje.
Naprzeciw nam wyszedł jeden z niziołków z oddziału kuszników.
- Oddajcie nam tego - wskazał palcem skrępowanego już człowieka.
- Chcemy zapytać go o kilka rzeczy. - odrzekłem
- My wszystkiego się dowiemy.
Oddaliśmy więźnia w ręcę bandy niziołków, a na naszych oczach zobaczyliśmy jak w bestialski i... radosny (?!) sposób pastwią się nad nim. Widząc okrutne zachowanie chcieliśmy coś zrobić, ale po zaangażowaniu przypdkowych sprzymierzeńców przypuszczać można było, że gdyby im przerwano, ktoś mógłby podzielić los owego nieszczęśnika.
Po chwili tortur dowiedzieliśmy się, że chodzi tylko o to by pojmać Lisę. Stwór, z którym dwukrotnie się spotkaliśmy to wynajęty zabójca. Żołnież nie wiedział nic więcej... Wyciągnąłem swój miecz i zrobiłem krok w kierunku więźnia, bo nie jestem zwolennikiem cierpienia. Chciałem mu go oszczędzić. Jednak opór postawił Mytery, który chciał im go zostawić. Na szczeście w spór wplątł się Onami, który sztyletem rozchlastał gardło człowiekowi. Popatrzyłem w oczy przywódcy:
- Dziękuje wam za pomoc, a teraz niech lepiej każdy idzie w swoją stronę.
Nie dowiedzieliśmy się co robili niziołkowie samotnie na środku pustyni, ani dlaczego nam pomogli. Lepiej było w pewne sprawy nie wnikać, gdyż sytuacja i tak nie była zbyt sprzyjająca.
Odeszliśmy jako już w spokojna i wyciszona drużyna. Każdy oddał się refleksji nad tym, co działo się w ciągu minionej doby i miał skrytą nadzieję, że to finał złych przygód. Przynajmniej na kilka dni. Ale w mojej głowie odezwał się jakiś głos: "To jeszcze nie koniec...". Nie odezwałem się.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #4
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Następne dwie doby minęły w upale naprzemiennie z przenikliwym, nocnym chłodem. Na tym odcinku jedyną niedogodnością były warunki pogodowe – nocne i dzienne. Wieczór i noc spędziliśmy już na skraju pustyni. Przed spaniem sięgnąłem do kieszeni po jedną z mikstur. Nie zaznałem spokoju tej nocy... Widziałem we śnie karawanę kupców idącą po śniegu i przebiegającą przez nią bandę Orków. Ogarnęła mnie okropna złość której nie byłem w stanie opanować. Dziwny dreszcz przebiegł moje ciało. Karawana nie miała szans wobec przeważającej liczby orków. Chwilę później zostały tam poszarpane ludzkie ciała, potraktowane w iście bestialski sposób. Chciałem się obudzić i biec w tamtą stronę ale nie mogłem... Dalej przeniosłem się w inne miejsce... W rzadkim lesie między dwoma sporymi skałami widziałem ucztujących orków. Było ich bardzo wielu i wyglądali na niezwykle zadowolonych z jakiegoś powodu. Istoty kopały i podawały między sobą uciętą głową krasnoluda wydając przy tym charakterystyczny skrzek. Wydawało mi się, że słyszę jęk ludzkiego bólu, jednak nie byłem tego pewien. Nagle znalazłem się pod jedną ze skał, gdzie zobaczyłem wnękę. W środku było kilku orków, za nimi wejście do następnej sali. Całe szczęście, że byłem dla nich niewidoczny. W owej drugiej komnacie znajdował się tron, a nim siedział ktoś wielki z koroną na głowie. Dopiero po chwili dostrzegłem, że oparcia pod ręce w tronie zbudowane były z dwóch czaszek. Wokół siedziska krążyły cztery Wargi z kolczastymi obrożami. Nie widziałem jeszcze nigdy Wargów. Słyszałem opowieści o ich rozmiarach, wyglądzie oraz sile i byłem przekonany, że rozpoznałem prawidłowo... Przywódca w koronie uspokajał je wzrokiem, choć widać było, że rozpiera je energia. Zła energia.
Biegnijcie – zwrócił się do nich – i zajmijcie się wszystkim, co spotkacie na swojej drodze. Tak jak zwykle..
Wybiegły.
Nagle cisza i ciemność...A zaraz potem słońce. Piękna pogoda. Leśna polana. W niewielkiej odległości od siebie widziałem ludzi kucających z sitami. Szukali czegoś. Byli tak zaabsorbowani swoim zajęciem, że nie rozglądali się wokół siebie. Nie spodziewali się niebezpieczeństwa. Ja tak. Nie myliłem się. Zobaczyłem wśród drzew biegnącego warga..
Cisza...
Obudziłem się rano. Nie mówiłem kompanom o moim śnie. Stwierdziłem, że przyjdzie na to pora... Byliśmy wciąż na skraju pustyni i zapowiadało się na załamanie pogody. Zastanawialiśmy się czy nie przeczekać jeszcze jednego dnia, ale doszliśmy wspólnie do wniosku, że jak nie burza śnieżna to piaskowa... z dwojga złego wybraliśmy śnieg. Nie chcieliśmy udusić się piaskiem, a śnieg przynajmniej nie trzeszczy w zębach... Jak przewidzieliśmy, około południa zaczęło się prawdziwe śnieżne piekło. To niesamowite, że tak blisko pustyni może panować taka zamieć. Tempo marszu mieliśmy niemiłosiernie wolne - ciężkie zbroje i ekwipunek dawały się we znaki. Krok za krokiem i tak aż do wieczora.
To było naprawdę ciężkich kilka dni. Przeprawa w śnieżycy, brnąć w śniegu sięgającym nie niżej niż po kolana. Jednak drużyna twardo parła do przodu... Po trzech dniach znaleźliśmy się w miejscu masakry z mojego snu. Widzieliśmy roztrzaskaną karawanę. Rozpoznałem to miejsce od razu. Więc jednak nadzieja, że był to tylko sen okazała się złudna. Pozbieraliśmy ciała zmarłych (a właściwie strzępy ciał) w stos i spaliliśmy. Wiedzieliśmy już, że nie mamy czasu do stracenia. Przypominając sobie obrazy poprzedniej nocy zdecydowałem, że powinniśmy czym prędzej zmierzać do Martwych Śniegów. Ruszyliśmy. Z przełęczy na której znaleźliśmy się po chwili marszu roztaczał się widok na okolice. Melweros wypatrzył w oddali budynek i dym snujący się z jego komina. Nie zastanawialiśmy się długo. Podążaliśmy w jego kierunku. Droga okazała się jednak dłuższa niż nam się pierwotnie wydawało. Widok z tego miejsca był doskonały, więc jeżeli ktoś miał nas zobaczyć, widział nas już od samej przełęczy, zatem nie było sensu bawić się w podchody. Budynek był coraz bliżej. Tuż przed zmierzchem dotarliśmy na miejsce. Jak się okazało zostaliśmy jednak dostrzeżeni. Na szczęście był to tylko energiczny bard, który wyszedł przed bramę by nas wypytać. Gdy nie znalazł w nas wrogów zdecydowanie się rozpogodził i nawiązał dyskusję z Melwerosem. Zdawało się wręcz, że uważa go za swojego kompana sprzed lat. Ten zaś nie miał pojęcia o co i o kogo chodzi. Niziołek zaczął podśpiewywać pod nosem i prowadził nas do gospodarzy. Weszliśmy do dość sporego pomieszczenia, które bardziej przypominało zbrojownię niż salon. Przy ławie siedziało dwóch rosłych i muskularnie zbudowanych mężczyzn. Wbrew pozorom przywitali nas z grzecznie i chyba nawet z cieniem sympatii. Rozsiedliśmy się wygodnie, każdy wyciągnął nogi daleko przed siebie i cieszył się ciepłem bijącym z kominka. Chyba nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak zmęczeni jesteśmy. Gdyby nie ciepła strawa zaoferowana przez gospodarzy, posnęlibyśmy w mgnieniu oka. Zdecydowanie postawiła nas na nogi. Dodać trzeba, że dom, jak na prowadzony przez dwóch mężczyzn nie wyglądał najgorzej. Zastanawialiśmy się którym z toporów mieszali bigos nam poda, ale skoro znalazły się drewniane miski, to może jakaś łyżka też. Za to wystrój sali wyraźnie mówił, że mieszkają tutaj prawdziwi mężczyźni. Na ścianach prezentowało się mnóstwo toporów wszelakiego rodzaju. Począwszy od jednoręczny, małych często używanych do miotania, aż do wielkich dwuręcznych, które nie jestem pewien czy byłbym w stanie udźwignąć...
Gdzie zmierzacie? - zapytał jeden z nich.
Eskortujemy tą panią do Silvermoon -wskazałem na Lisę. - Spotkaliśmy kilka przeszkód, dlatego też zmuszeni jesteśmy podążać tą drogą. A kim wy jesteście mości gospodarzu ?
Kiedyś byliśmy wojownikami, jednak nie mamy już sił do wojaczki, więc założyliśmy karczmę na odludziu. No i mamy spokój, a raz za czas gości.
Całkiem niedawno była tutaj karawana kupców zmierzająca na północ – wtrącił drugi.
Widzieliśmy ich na przełęczy – oznajmiłem – Orki... Byli bez szans.
Być może mi się wydawało, że obaj drgnęli nieco. Jakby do wspomnień. Złych wspomnień... Choć być może z czystej nienawiści do tej plugawej rasy.
Mam przeczucie - obniżyłem ton głosu. – Spodziewam się, że Król Orków...
Ciiicho... szaleńcze… Nie wypowiadaj tego imienia głośno…
Zrozumiałem.. Nie należało przy nich rozmawiać o tym osobniku.
Dalsza część wieczoru przebiegła nadzwyczaj mile. Bard wręcz zachwycił nas swoją muzyką. Był naprawdę dobry w tym co robił. W końcu mieliśmy chwilę na rozmowy i trochę odpoczynku po specyficznej przeprawie w specyficznej śnieżycy. Po kilku godzinach odpoczynku i sporej dawce miodu i wina wszyscy śpiewaliśmy razem, Onami nawet zaczął tańczyć z bardem. Nie przypuszczaliśmy, że tak dobrze mu to pójdzie. Uznać można, że pląsa tylko trochę lepiej niż czaruje. Część drużyny spiła się wręcz do nieprzytomności. Brevis i Mytery ostatecznie skończyli pod stołem. Melweros twardo się trzymał lecz jego w końcu sen zmógł na ławie. Ja odprowadziłem Lisę do pokoju i sam poszedłem wypocząć. Położyłem się na swoim posłaniu i usnąłem jak dziecko.
Zbudziły mnie odgłosy szamotaniny. Wstałem więc, a gdy zrozumiałem, że naprawdę dzieje się coś niedobrego ruszyłem biegiem. W pokoju Lisy nie było nikogo. Wyrwałem ze snu Melwerosa i pobiegłem na dół. Drzwi do pokoju niziołka były otwarte, a na łóżku leżał on sam z poderżniętym gardłem. Ściany były obryzgane krwią, a dwóch ludzi leżało zaszlachtowanych pod ścianą. W kącie siedziała zakrwawiona Lisa. Nie chciałem analizować co się tutaj stało. Zostawiłem to tropicielom. Są zdecydowanie lepsi ode mnie w te klocki. Zająłem się Lisą. Na szczęście krew na niej nie była jej własna. Zaprowadziłem ją do jej pokoju i próbowałem uspokoić, ale nie było to łatwe. Była zupełnie roztrzęsiona i nie docierało do niej nic... Po chwili, kiedy stwierdziłem, że mogę ją zostawić na chwilę samą udałem się do Melwerosa.
- Co się tutaj stało? - Zapytałem.
- Przeszukałem pomieszczenie. - zaczął - Ci dwaj to byli zabójcy. Weszli przez okno i poderżnęli gardło bardowi. Przyciągnęli tutaj Lisę, lecz ta zasztyletowała obu...
- Co?! - Ona? Sama.. dwóch zabójców ?
- Wszystkie ślady na to wskazują...
Podczas rozmowy dołączyli gospodarze i reszta drużyny, wszyscy równie zdziwieni. Właścicielom gospody było wyraźnie wstyd, że w ich miejscu nie potrafili zapewnić gościom bezpieczeństwa. Oczywiście nikt z nas nie winił ich za całe zajście. Jak mogli przewidzieć atak tej właśnie nocy?
Wróciłem do Lisy. Tej na szczęście udało się zasnąć. Zostałem jednak przy niej. Nie chciałem, by była sama tej nocy. Nazajutrz mieliśmy wyruszać.
Rano w milczeniu pozbieraliśmy swoje rzeczy i czym prędzej obraliśmy kierunek na Martwe Śniegi. Jedyna pozytywna sytuacja związana z wydarzeniami ubiegłej nocy wiązała się z tym, że zabójcy przyjechali konno pod gospodę. Teraz nie były im już potrzebne, więc zabraliśmy je ze sobą, co niezwykle ułatwiło nam podróżowanie. Pozbywszy się ciężkich zbroi i ekwipunku przyspieszyliśmy tempo marszu. Pogoda również nie była już taka uciążliwa. Idąc traktem dotarliśmy do rozstaju dróg. Na południe wiodła ścieżka do wioski, która wydawała mi się zagrożona. Jednak ta właśnie była nam po drodze.
Jak się okazało, nie mogło się obyć bez przeszkód... Idąc leśną, wąską drogą ujrzeliśmy gobliny z napiętymi łukami ukryte za zwalonym drzewem. Z boku wychynęły kolejne. Ehh… cóż za prymitywna rasa z tych goblinów. Cóż mogli zdziałać mając przewagę jedynie dwóch do jednego? Aż dziw, że nie zaczęli uciekać od razu, a dopiero kiedy drastycznie ich ubyło. Walka nie trwała długo. Cóż… wiadomo, że gobliny nie należą do rasy zbyt rozumnej..
Nie zwlekając poszliśmy dalej. Do Martwych Śniegów trafiliśmy już bez niespodzianek. Po drodze jeszcze spotkaliśmy pierwszych ludzi klęczących nad strumykiem, przesiewających drobne kamyki... Opowiedziałem drużynie o mojej wizji. Teraz już wiedzieliśmy, że jeszcze jest szansa i trzeba interweniować. Musieliśmy tylko znaleźć kogoś, kto będzie w stanie nam pomóc w obronie miasteczka.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #5
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Martwe śniegi. Wreszcie. Nie mogę powiedzieć, że droga była usłana różami, ale udało nam się dotrzeć do wioski. Gdy tylko przekroczyliśmy bramy miasta opadła nas banda dzieciaków wręcz nie do wytrzymania. Melweros widząc, na co się zanosi, sprytnie przesmyknął bokiem niezauważony.... A dzieciaki łapały za nogi, wypytywały, skubały. Ehh, czasem chęć czynienia zła przerastała chęć czynienia dobra. Jednak tym razem udało nam się opanować. Oczywiście każdemu z nas uszczupliła się nieco sakiewka, ale na szczęście nie były to zbyt duże kwoty. W końcu przedarliśmy się przez zgraję maluchów. Udało nam się też od nich wyciągnąć (co nie było trudne) kilka informacji o miejscowości. Wiedzieliśmy już, wioską rządzi dostojna Pani o cnym imieniu Lodorężna. W mieścinie jest jedna karczma, ale praktycznie nie ma żadnych szans znaleźć tam miejsca, gdyż wobec napływu chmary poszukiwaczy złota, miejsc wolnych brak. No nic... Musieliśmy poradzić sobie w inny sposób. Drużyna wiedziała już o moich przeczuciach, więc wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Widok z przełęczy przekonał mnie o wiarygodności wizji. Tylko... drużyna miała do mnie zaufanie, ale jak przekonać innych ludzi do tego samego? Wiedziałem, że łatwe to nie będzie, ale musimy próbować ostrzec kogo się da. W pierwszej kolejności udaliśmy się do komendanta straży, by dowiedzieć się jak silny atak wioska może wytrzymać. Co dziwnego - do Komendanta straży udało nam się dostać bardzo sprawnie. Człowiek ten nie był urzędasem rezydującym w pomieszczeniu niedostępnym dla gości. Był otwarty na wizyty lecz sprawiał wrażenie przygnębionego. Mimo wszystko przywitał nas przychylnie, a nie jak kolejną hołotę zdążającą do miasta.
- Witajcie przybysze.
- Witaj i Ty Panie...
- Co was sprowadza do Martwych Śniegów ?
- Komendancie... Mamy podstawy twierdzić, że miastu grozi poważne niebezpieczeństwo.
- Co wy też nie powiecie? - mruknął pod nosem.
- Panie... Czy jesteś w stanie ściągać wszystkich ludzi do wnętrza palisady ?
- Rycerzu, popatrz na tę bandę idiotów szukających złota... nie jestem w stanie stanie zrobić zupełnie nic w tej chwili. Do dyspozycji pozostało mi pięciu strażników, bo reszta również oszalała na punkcie złota.
- Od kiedy to miejsce tak wygląda ?
- Jakiś miesiąc temu jeden z mieszkańców, znalazł samorodek w strumieniu... Dzięki kupcom wiadomość bardzo szybko się rozeszła po okolicy i do Martwych śniegów przyszły wręcz tłumy, które prawdopodobnie widzieliście po drodze.
- Tak widzieliśmy.
- Kretyni... Ciągle nie zdają sobie sprawy, że nawet jeśli coś znajdą, to przyniesie im to jedynie straty. Na pewno znajdzie się ktoś, kto będzie chciał przejąć zdobycz w swoje ręce. To przeklęte złoto sprowadziło nieszczęście na spokojne wcześniej miasteczko.
- Panie, chciałem jeszcze tylko zapytać, czy można w tej chwili spotkać Panią Lodorężną?
- Tak, ale to nie będzie proste. Pani nie wpuszcza zazwyczaj ludzi bez szlacheckiego tytułu.
- Rozumiem. Dziękujemy za informacje komendancie. Powodzenia.
Wyglądało na to, że Pani Lodorężna jest osobą pełniącą władzę absolutną tutaj. Nie było wyjścia - musieliśmy udać się do niej. Tak, jak uprzedził nas komendant, przeprawienie się do szlachcianki nie było łatwe. Już przy wejściu przywitało nas dwóch strażników, z którymi rozmowa nie bardzo układała się po naszej myśli, aż do momentu w którym Onami przedstawił mnie jako rycerza pochodzenia szlacheckiego z sławnego rodu Benecolów...
- Panie, toż to Ostis Benecol ! - prawie krzyknął do tępawo wyglądającego mięśniaka z halabardą Onami.
Lisa parsknęła pod nosem i wyglądała jakby miała niezły ubaw z zaistniałej sytuacji. Ja natomiast nie wiedziałem, jakie pobudki kierowały naszym czarodziejem, ani skąd, do cholery, wymyślił tak głupi ród i nic mnie to nie obchodził, bo... Podziałało ! Jeden ze strażników znikł za drzwiami, drugi zaś kazał nam czekać przed. Po krótkiej chwili pokazał się i przyniósł wiadomość, że Pani zgadza się na wizytę, lecz teraz nie ma dla nas czasu...
- Przyjdźcie tuż przed zmierzchem - oznajmili.
Nie mieliśmy zamiaru już się więcej sprzeczać. Osiągnęliśmy co chcieliśmy. A i nam potrzebne było poszukać miejsca do zakwaterowania. Rozeszliśmy się po mieście. Melweros i Brevis udali się do apteki, kapłan stwierdził, że najwyższy czas oddać się medytacji i poszedł pomodlić się do świątyni, a Onami i ja udaliśmy się do kupca... Ten gdy tylko nas zobaczył, potraktował nas nad wyraz miło.
- Wyjdźcie stąd! - Niziołek jak widać nie tolerował innej rasy.
- Chcieliśmy zostawić trochę gotówki u Ciebie.
- Nie stać was na mnie. Jestem jedynym kupcem w tym mieście i ja tutaj dyktuję ceny. A teraz wynocha! - powtórzył.
- Zachowaj choć trochę szacunku Niziołku. - Onami próbował dalej.
- Słuchaj mieszańcu - nie jesteście w stanie zaspokoić moich wymagań, ani Ty, ani ta puszka obok Ciebie - Oj... pogniewałem się.
- Uważaj na słowa… - Mój przyjaciel chyba stracił już cierpliwość, bo chciał inkantować jakiś czar.
- Groźby... No dalej... zobaczymy kto będzie pierwszy.
Złapałem Czarodzieja. Wyszliśmy, nie żegnając się.
Przed zmrokiem spotkaliśmy się wszyscy w umówionym miejscu. Jak się okazało - dalej nie mieliśmy niestety noclegu.
- Najwyżej prześpimy się przed palisadą pod namiotami. - słusznie rozwiązał problem Melweros.
Udaliśmy się więc do Pani Lodorężnej. Strażnicy nie zmienili warty, więc ominęliśmy jedną żmudną rozmowę. Wpuścili nas do środka i kazali czekać na Panią w niewielkim pomieszczeniu. Nie trwało długo zanim ujrzeliśmy otwierające się drzwi i szlachciankę zapraszającą do środka.
- Witajcie przybysze... Rozumiem, że to Ty, mości rycerzu jesteś Ostis Benecol - Lisa znowu uśmiechnęła się kącikiem ust. Przełknąłem ślinę i potwierdziłem. Zabiję Onami. Albo przynajmniej trwale skaleczę.
- Co was sprowadza do Martwych śniegów ?
- Pani - zacząłem - Przychodzimy ostrzec. Mamy podstawy twierdzić, że orki zaatakują w niedalekiej przyszłości Martwe Śniegi…
- Atakowały nas niejednokrotnie - przerwała - Poza tym skąd te przypuszczenia.
- Wiem, że moje uzasadnienia są niezbyt przekonujące, ale… Chodzi o to, że miałem wizję - wydawało się, że patrzy jak na wariata, cóż, nic dziwnego... sam zareagowałbym podobnie - i wiem, że zupełnie nic by nie znaczyły, gdyby nie to, że część z nich już się spełniła... - Odetchnąłem, gdy spojrzała na mnie poważniej.
- Zdaję sobie sprawę, że Twoje słowo jest sporo warte, ale postaw się w mojej sytuacji. Co według Ciebie powinnam zrobić ?
- Pani, gotowi jesteśmy Ci pomóc, jednak potrzebujemy wsparcia... Sami nie potrafimy nawet zlokalizować niebezpieczeństwa.
Szlachcianka zamilkła na chwilę.
- Dobrze więc... Porozmawiam z naszym kapłanem. Myślę, że jest jedyną osobą, która może wam pomóc w tej chwili. A póki co, zorganizuję wam nocleg w moich komnatach.
Do dyspozycji mieliśmy cztery komnaty - dwie dwuosobową i dwie czteroosobowe. Tropiciele wypełnili jedną z dwójek. W drugiej natomiast spałem ja z Lisą. Tylko spałem...
Nazajutrz rano poszliśmy wszyscy do świątyni. Kapłan był już poinformowany o naszym przybyciu i wiedział o sytuacji. Stwierdził, że może nam pomóc, ale potrzebuje informacji o wizji. Opowiedziałem ile pamiętałem, a pamiętałem dużo. Kapłan odszedł na chwilę i w pewnym momencie zobaczyliśmy snującą się lekką mgiełkę. Wpatrywaliśmy się w nią, a obraz robił się coraz wyraźniejszy. Widzieliśmy las i kilku ludzi schylających się nad potokiem. Gdzieś dalej krążyły cztery wargi, które zataczały coraz mniejsze kręgi. Nagle - wszystkie jak na sygnał skoczyły na ludzi, a kiedy już były o włos od nich - mgiełka zniknęła.
- Na razie tyle - rzekł kapłan - Pokażcie się tutaj jeszcze przed południem.
Kilka godzin minęło nam dość szybko. Pokręciliśmy się trochę po wiosce, pogadaliśmy z kilkoma interesującymi ludźmi, ale żaden z nich nie przyciągnął naszej uwagi na dłużej. Nim słońce stanęło w zenicie udaliśmy się z powrotem do świątyni.
- Jest jeden problem.
- Słuchamy...
- Mam dla was przewodnika, tylko że... wasz przewodnik nie jest w swojej postaci. – Poczekajcie, przyprowadzę go tutaj.
Po kilku oddechach Kapłan przyszedł ze skrzynią. Nagle wyłonił się z niego ogon, następnie dwie łapy, a na końcu mały łebek...
- Ma imię ma Dragor, i będzie waszą przewodniczką - powiedział kapłan.
- O nieee... Mam iść z tą bandą patałachów ?! - odezwało się zwierzątko.
- Ten piesek idzie z nami ? - Zapytał oburzony czarodziej.
- Nie jestem pieskiem ! - rzuciła Dragor - Lathanderze... Co za drużyna mi się trafiła? Jeden tylko wygląda porządnie... - popatrzyła na mnie
- Szczeniątko zaczęło szczekać - drwił dalej Onami.
- Nie pójdę nigdzie z nimi – oburzyła się.
- Nie to nie - damy sobie radę i bez Ciebie.
Po dłuższej utarczce słownej cudem wręcz udało nam się dojść do jako takiego porozumienia, pozwalającego na tyle by wyruszyć. Podziękowaliśmy kapłanowi za pomoc i wyszliśmy ze świątyni.
- To co, gotowi jesteście? Ile na was można czekać ? Idziemy... TAM ! - Dragor wskazała idealnie na wprost 4 metrowej palisady. Westchnęliśmy tylko i obeszliśmy mur dookoła. Dragor prowadziła nas prosto w góry. Teren nie był na tyle trudny, żeby trzeba było się wspinać i udało się iść w całej zbroi. Jak zwykle wypuściliśmy tropiciela przodem, aby badał teren i ewentualnie alarmował o złej sytuacji. No i jak zwykle się przydało... Usłyszeliśmy krzyk Melwerosa i dostrzegliśmy go stojącego na wzniesieniu z napiętym łukiem. Nie było nad czym rozmyślać. Biegiem dotarliśmy do wzgórza, z którego ujrzeliśmy watahę goblinów. Z tej perspektywy dostrzegliśmy dwie postaci wyższe niż dobrze nam znane kreatury. Podeszliśmy bliżej i łatwo już rozpoznaliśmy postawną sylwetkę berserkera, który wpadł w szał bojowy. Gdyby nie to, że każda sekunda była tu cenna, chętnie byśmy postali i popatrzyli jeszcze na ten popis szermierskich umiejętności. Wojownik wywijał długim mieczem parując, unikając, uderzając, ale gobliny ciągle napierały i wydawało się, że człowiek jest już na skraju wytrzymałości. Z boku wyskoczyły na i nas jeszcze dwie mniejsze grupy. Jedna z nich została doszczętnie spalona przez ognistą kulę Lisy. Druga natomiast, niezbyt była liczna, toteż Mytery i Brevis sprawnie sobie z nią poradzili. Widząc zmęczonego berserkera rzuciłem na niego prosty czar leczący, ale w szale nie dostrzegł, że jestem jego sojusznikiem. Zaatakował. Nie zdołałem uniknąć ciosu, bo każda próba inkantacji kosztuje trochę wysiłku i koncentracji. Na szczęście zbroja wytrzymała. Poszamotaliśmy się jeszcze trochę z goblinami, ale ostatecznie wyszliśmy bez poważniejszych obrażeń. Po walce już nadszedł czas na małą refleksję - kim są dwie postaci wędrujące samotnie przez tak niebezpieczny teren jakim są te właśnie góry? Gdy kurz bitewny opadł na dobre, przedstawiliśmy się sobie nawzajem. Wojownik przedstawił się jako Goren, drugą postacią zaś był bard, zwący się Glow. Od Gorena dowiedzieliśmy się, że wędruje po górach od jakiegoś czasu. Orki porwały jego znajomego, więc idzie go odszukać. Słysząc to Mytery parsknął śmiechem...
- Ty chyba oszalałeś ! Jakbyśmy się tutaj nie pojawili to gobliny by Cię zabiły, a próbujesz iść naprzeciw Orkom.
- Dam sobie radę. - Zdawało się, że po szaleńczej walce nie doszedł jeszcze do siebie.
- Jak dobrze znasz te góry? – zapytałem
- Jestem tutaj od pełni księżyca. Rozeznałem się trochę w terenie. W którą stronę zmierzacie?
Spojrzałem na Dragor. Ta rozglądnęła się na boki i w równie energiczny, jak za pierwszym razem sposób krzyknęła: „TAM!!”. Goren rozpromienił się nieco gdyż i jemu w tę właśnie stronę było po drodze. Ale nie ruszyliśmy przed siebie tak po prostu. Berserker nagle i niespodziewanie podszedł do Lisy, przerzucił ją przez bark i ruszył przed siebie nie zważając na nic, ani na nikogo. Nie spodobało mi się to. Krzyknąłem, ale to nie pomogło, więc podbiegłem do przodu. Mytery ruszył ze mną. Skończyło się na tym, że Lisa wylądowała w błocie, a Mytery stwierdził, że nowy gość jest szaleńcem i nie będzie z nim podróżował. Rozkazaliśmy my więc dziwnemu towarzyszowi się uspokoić, pohamować emocje i trzymać ręce przy sobie, na co ten tylko wzrokiem niewinnego dziecka mówiąc: "No co, chciałem tylko pomóc". Lisa szybko doszła do siebie i oszczędziła mu nawet swoich magicznych zdolności. Udało nam się osiągnąć względne porozumienie i ruszyliśmy w końcu dalej...
Teren był już naprawdę trudny, a marsz w zbrojach niemożliwy. Zdjęliśmy je więc z Myterym i szliśmy dalej. Po ciężkim dniu przyszła pora na rozbicie obozu. Zrobiliśmy to w miarę sprawnie i standardowo ustaliliśmy dwuosobowe warty. Wszyscy… poza Gorenem, który uznał, że jest zmęczony i musi się wyspać. Pozostali oczywiście byli pełni sił... O dziwo noc była spokojna. Rankiem pozbieraliśmy co nasze i poszliśmy dalej. Po stosunkowo niewielkim odcinku, drogi Gorena i Dragor zaczęły się rozchodzić nieco. Stanęliśmy więc przed dylematem. Z jednej strony wiedzieliśmy, że Dragor pokazuje nam kierunek, gdzie znajduje nasz cel w linii prostej, a nie do końca drogę, którą powinniśmy iść. Z drugiej strony - jak wielkim zaufaniem mogliśmy obdarzyć wojownika, o którym nie mieliśmy żadnej wiedzy. Po przeanalizowaniu sytuacji, stwierdziliśmy, że musimy zaryzykujemy i pójdziemy za Gorenem. Jedynym, który oponował był Mytery. Nie obdarzył tego człowieka nawet namiastką zaufania i wcale się z tym nie krył. Jednak Goren przekonał nas znajomością terenu, zdecydowaliśmy się zatem na pozostanie jeszcze przez jakiś czas z nim. Dragor trochę się oburzyła i zniknęła gdzieś, ale poznaliśmy ją na tyle, żeby wiedzieć, że jej też zależy na wyprawie. Przed południem jeszcze dotarliśmy do wąskiego wąwozu o praktycznie pionowych ścianach. Jako, że miejsce było idealne na pułapkę, zaczęliśmy się nieco obawiać. Glow, któremu zaufaliśmy od początku, wziął na stronę wojownika i próbował się rozeznać w jego prawdziwych intencjach. Po jego powrocie i krótkiej wymianie zdań podjęliśmy decyzję. Melweros jak zwykle podjął się obstawianiu przodów. Szedł w odległości około stu kroków przed nami, ale wąwóz był wąski i kręty w związku z czym dość często znikał nam z oczu. Szliśmy tak około godziny, z duszami na ramieniu. Nikt nie odważył się odezwać. Choć wszyscy dobrze zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś zaatakował z góry, mieliśmy bardzo małe szanse na ujście z życiem. W pewnej chwili Melweros zatrzymał się i zaczekał aż dołączymy. Droga rozdzielała się na dwie, a po prawej stronie w pionowej ścianie znajdowały się drzwi. Na widok tychże - Goren zareagował nad wyraz optymistycznie
- Za tymi drzwiami jest labirynt prowadzący na drugą stronę góry.
- Jak w domu - szepnął Brewis.
- Znasz przejście na pewno? Jesteś pewien, że się nie zgubisz? - zapytałem.
- Szedłem tu już kilka razy. Przeprowadzę nas na drugą stronę. Mam przecież w tym swój interes.
Otworzyliśmy drzwi. Powitał nas chłodny powiew górskich jaskiń. Nasze oczy nie przyzwyczajone do ciemności odmówiły współpracy. Instynktownie wyczuliśmy wąski tunel, który takim właśnie był, gdy rozświetliliśmy go nieco światłem pochodni. Pierwszy wszedł Goren, za nim dwaj tropiciele, potem Lisa z Torisem, a tyły zamykałem ja wraz z Myterym. Korytarz robił się coraz węższy i nie byliśmy w stanie iść już dwójkami. Po kilku zakrętach Goren nie wydawał się tak pewny jak wcześniej, ale nie mieliśmy już odwrotu. Skręciliśmy w lewo i naszym oczom ukazała się wykuta w skale sala. Zatrzymaliśmy się zaglądając, co znajduje się w środku... W centrum leżał duży, otwarty grobowiec, po jego bokach zaś, promieniście rozmieszone były mniejsze i również otwarte. Z największego wystawał lśniący miecz, który zauważyliśmy mimo panującej tutaj ciemności. Nagle dokoła nas zaczęły pojawiać się duchy nieumarłych. Rząd za rzędem i tak bez końca. Strach sparaliżował nas wszystkich. Z pomiędzy duchów wyszedł jeden z koroną na głowie i rzucił w naszą stronę:
- Weszliście na teren nieumarłych. Nikt kto wszedł tutaj, nie może wyjść żywy.
Nikt nie był w stanie się odezwać. Wyglądało na to, że każdy z nas pogodził się już z ostateczną klęską. Krąg wokół zacieśniał się coraz bardziej. W tej beznadziejnej sytuacji, w której się znaleźliśmy walkę podjęła Lisa.
- Oni są ze mną… i będziemy pierwsi, którzy wyjdą stąd cali.
Mimo jej pewności, dostrzegliśmy jak z czoła płynie jej kropla potu, a to wszystko co się tutaj dzieje pochłania jej siły bez reszty. Dokoła niej zjawy jakby odsunęły się trochę.
- Na co czekacie? Uciekajcie głupcy! - rzuciła przez zęby.
Najpierw powoli zaczęliśmy się wycofać, ale im dalej byliśmy tym biegliśmy szybciej. Lisa zemdlała, więc wzięliśmy ją na ręce. Goren pod wpływem adrenaliny przypomniał sobie drogę i wydostał nas na światło dzienne...
Był wieczór. W odległości około dwóch godzin marszu przed nami widzieliśmy przerzedzony las, za nami była kilkuset metrowa ściana. Prawdopodobnie tędy wiodłaby nasza droga, gdyby prowadziła nas Dragor. Ruszyliśmy w kierunku lasu. Na miejscu zobaczyłem dwie dość duże skały. Od razu poznałem to miejsce... To właśnie tutaj bawiły się Orki. Gdzieś niedaleko powinno być wejście do jaskini. W końcu znaleźliśmy zamaskowany portal. Lisa była dalej słaba, ale odzyskała przytomność. Melweros podał jej jakiś wywar z ziół, który nosił ze sobą i trochę wróciły jej siły, ciągle jednak nie mogła sprawnie chodzić. Musieliśmy dostać się do lasu. Nocleg w otwartym terenie to nie był dobry pomysł. Ślamazarnym tempem wręcz osiągnęliśmy granicę drzew. Ustaliliśmy dwuosobowe warty i próbowaliśmy odpocząć. Rano dowiedziałem się, że na zmianie Glow i Melwerosa pojawiły się niedaleko dwa orki, ale w obawie, że te wezwą pomoc, nie wychylali się bez konieczności. Zapewne była to słuszna decyzja. Od skał dzieliły nas najwyżej trzy godziny marszu. Niestety w drużynie przejścia minionego dnia nie przeszły bez echa. Mytery dość ostro (bo rzutem topora w drzewo obok tropiciela) chciał dać do zrozumienia Melwerosowi, że jego obowiązkiem jest patrolowanie, ten odpowiedział zamachem miecza (bo nie wiedział, że topór nie był skierowany w niego). Zaczęła się bójka, w której polała się krew. Udało się jednak uspokoić obu, jednak jak się okazało – obaj byli ranni. Wydawało się, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc kapłan uleczył część ran i ruszyliśmy ku celowi. Szliśmy skrajem lasu, przypuszczając, że orki nie patrolowały tego terenu. Założeniem drużyny był cichy marsz. Ale... jak dwóch wojowników i paladyn w ciężkiej zbroi miało iść po cichu? Było ciężko i nie do końca skutecznie, ale nikomu nie stała się krzywda.
Nagle ujrzeliśmy Elfa biegnącego co sił w nogach w naszym kierunku, a dwadzieścia kroków zanim - dwa wargi. Przygotowani błyskawicznie do walki, ruszyliśmy z pomocą Melwerosowi. Zdążyliśmy dotrzeć, nim wargi go dopadły. Były naprawdę wielkie i silne. Zadawały potężne ciosy łapami (o zębach nie wspominając), co oczywiście odczuliśmy na własnej skórze. Ale wobec przewagi liczebnej miały niewielkie szanse. Ale to dopiero dwa... w wizji były cztery albo pięć… Walka była jeszcze mniej cicha niż nasze przejście przez las, więc przyspieszyliśmy kroku. Obiegliśmy skałę dookoła, kiedy w końcu trafiliśmy na wejście do jaskini. Na warcie stało pięciu orków. Dwóch łuczników, dwóch wojowników i przełożony, jeśli można to tak nazwać. Nie zastanawiając się pobiegłem do przodu... I swej głupocie nadziwić się nie mogłem… Nie pomyślałem o pułapkach zastawionych przed wejściem? Nie zrobiłem nawet dziesięciu kroków, kiedy wisiałem już trzy metry nad ziemią, całe szczęście, że przynajmniej wyjąłem miecz. Ułamek sekundy później dostrzegłem berserkera w tej samej pozycji, zwisającego głową w dół. Kilka kroków za mną był Mytery, rozciął więc sznur, w który byłem zaplątany. Spadłem na ziemię jak długi i chwilę trwało, zanim udało mi się wstać i pobiec dalej. Niestety to nie był koniec niespodzianek czekających na nas. Dwa orki stojące ponad wejściem przecięły liny napięte za skałą i runęły na nas trzy belki. Brewis i Mytery zrobili zwinne uskoki, a ja znów wylądowałem na ziemi. Właśnie w takich sytuacjach zastanawiałem się nad skutecznością i sensem noszenia zbroi płytowych... Ale dość szybko przypomniałem sobie ile razy uratowała mi już życie ta wcale lekka kupa żelastwa.
A wracając do walki - Onami i Lisa szybko uporali się z łucznikami, Mytery i Brewis usunęli dowódcę, a dwóch pozostałych wycofało się do tyłu. Weszliśmy więc do środka, gdzie czekało na nas około dziesięciu orków. Na środku pomieszczenia w którym się znaleźliśmy był stół. Orki ustawiły się czwórkami pod dwoma ścianami, a ci dwaj, którzy uciekli z góry, schowali się za stołem. Ostatnie doświadczenia wiele mnie nauczyły, więc powziąłem kolejne heroiczne wyzwanie próbując wyskoczyć na stół. Nie muszę chyba dodawać, że skończyło się to akrobatycznym wręcz przewrotem nad stołem i lądowaniem na plecach. Tak mi się jakoś wydawało, że słyszę chichot orków. Mina im jednak szybko zrzedła, gdy poczuli płomienie na sobie. Jednak dobrze, że leżałem, bo w dużej mierze dlatego ominął mnie ten ognisty podmuch.
W tej chwili rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Poczułem magię płynącą od Onami, dzięki której na mojej zbroi pojawiła się niebieskawa poświata. Orki były mocno poturbowane od kuli ognistej, ale z pomocą przybyły im dwa wargi. Kapłan wywijał swoim kijem zadając potężne ciosy, które powaliły jednego z wargów. Byłem pełen szacunku dla Torisa. Jak się okazało nie jest tylko osobą od leczenia, ale naprawdę sporo czasu musiał poświęcić na trening sztuki walki. W pewnym momencie pojawił się wojownik-berserker, który prowadził nas do tego miejsca i który przed chwilą jeszcze zwisał w pułapce zastawionej przez Orki. Na naszych oczach zmienił się w znajomego nam z latającego statku zabójcę Zentów. W tym wcieleniu nie był nam już tak przychylny jak wcześniej – zatakował Lisę, Onamiego i Melwerosa. Pamiętam jeszcze kilka chwil, kiedy walczyliśmy z dwoma wargami i przybyłym władcą orków, ale niewiele później dostałem serię potężnych uderzeń, które zwaliły mnie z nóg... Pierwsze co sobie przypominam po tej luce, to mdłości związane z powracającą przytomnością. I klęczącą nade mną Dragor, wypowiadającą słową jakiegoś skomplikowanego zaklęcia. Gdyby nie ona, ehh... lepiej nie myśleć. Nie poznałem jej na początku, bo przybrała swoją ludzką postać. Była paladynem w pięknej magicznej zbroi płytowej, co zdążyła nam już wcześniej objaśnić. Onami zdawał się zmaleć, gdy zobaczył jej zdolności. Dragor uleczyła nas wszystkich i to dzięki niej wracaliśmy do świata żywych po trudnej walce. Melweros w złości odciął głowę Gorenowi, albo raczej tej szkaradzie, która kiedyś nim była. Przejrzeliśmy jaskinię i pozbieraliśmy wszystko, co mogło się jeszcze komuś przydać. W sali władcy orków znaleźliśmy szczegółowe plany Martwych Śniegów. Widać, że właśnie przygotowywał atak.
Powrót do wioski był spokojny i powolny. Mimo zebranego złota jakoś nie czułem się dobrze. Dopiero teraz docierało do mnie ile zawdzięczam naszej przewodniczce...

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #6
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Wieść o naszym powrocie do Martwych Śniegów rozeszła się bardzo szybko. Nie wiem jak to się stało, że wszyscy wiedzieli o naszej wyprawie i jej celach. Do wioski weszliśmy około południa. Po spokojnym powrocie, rzec by można, że czuliśmy się nawet wypoczęci. Żadnych goblinów, żadnym orków, zabójców, ani wargów. Zwykła przechadzka po górach była raczej spacerem aniżeli wyprawą. W pierwszej kolejności udaliśmy się do Pani Lodorężnej w celu zrelacjonowania wyprawy. Szlachcianka serdecznie nam pogratulowała i z wdzięczności podarowała dwa pierścienie, które emanowały magią. Z przykrością stwierdziła, że sale w jej domostwie są zajęte, ale jest już miejsce dla nas w karczmie czeka na nas niespodzianka. Pożegnaliśmy panią Lodorężną bo następnego dnia około południa mieliśmy ruszyć w kierunku Silvermoon.
W karczmie czekała naprawdę miła niespodzianka. Pani wydała na naszą cześć ucztę... Poza tym, to nie już było miejsce, gdzie jedynym stworzeniem mogącym się przecisnąć jest chuda mysz. W środku panowała przyjemna atmosfera i czekał już zastawiony dla nas stół. Czas dodatkowo miał umilać bard. Czy umilał, to kwestia raczej sporna. Jeśli ktoś gustuje w rzępoleniu i kakofonii, to byłby z pewnością zachwycony. Po kolacji nasz Elf wziął sobie za punkt honoru wygrać pojedynek na pieśni z bardem. Rozpoczęła się naprawdę emocjonująca rozgrywka. Tylko kilku z gości zasnęło, ale zrzućmy winę na wypity alkohol. Po kilku głębszych koło Glow pojawiła się tajemnicza niewiasta. Wokół nas zgromadziła się spora grupka, a każdy z osobna chciał usłyszeć tą samą historię od nowa. Glow zagrał i zaśpiewał coś, co nieco ostudziło zapał zebranych i mieliśmy w końcu trochę wytchnienia. Było już sporo po północy, gdy udaliśmy się do kwater. Dobrze, że Pani Lodorężna pomyślała o wynajęciu dla nas większej ilości pokoi... Glow zabrał ze sobą ową niewiastę, która przykleiła się do niego w trakcie występu. Na kolanach Onami przed chwilą siedziały już dwie inne, rozochocone miłe panie. Ja zaś zaprosiłem Lisę do swojego pokoju. Tym razem nie poszliśmy grzecznie spać, ale pozwolę sobie zachować wspomnienie tej nocy tylko dla siebie.
Rano spotkaliśmy się na śniadaniu w nieco uprzątniętej już po wczorajszym wieczorze sali. Wspominaliśmy wczorajszy wieczór i poza tymi, którzy leczyli niemiłosiernego kaca, wszyscy mieli bardzo miłe wspomnienia. Przygotowywaliśmy się już do wyjścia, gdy Lisa dostrzegła dziewczynę w tłumie i podbiegła do niej, witając się radośnie. Chwilę później przedstawiła mnie swojej koleżance, która pochodziła z rodzinnych stron Lisy i razem wychowywały się w młodości. Naiwar, bo tak nazywała się koleżanka Lisy, podróżowała ze swoim ojcem - był kupcem. Wracali właśnie z ???Z takiej wioski na północy
której nazwy nie pamiętam?? Wioząc towar do Silvermoon. We trójkę podeszliśmy do niego.
- Tato, tato - krzyczała Naiwar - Patrz kogo znalazłam!
- Witaj moje dziecko... - to musieli być naprawdę dobrzy znajomi.
- Tyle lat... Gdzie Ty się podziewałeś tyle czasu?
- Wiesz przecież, że jestem kupcem. Ciągle w ruchu. Zresztą Ty też znikłaś jakiś czas temu. A kim jest Twój towarzysz ?
- To mój... dobry znajomy - popatrzyła nam nie ukradkiem. - Podróżujemy wraz z przyjaciółmi do Silvermoon... A wy w którą stronę podążacie ?
- To się świetnie składa. My również idziemy w tamtym kierunku.
Kupiec zamyślił się na chwilę po czym rozpoczął:
- Liso Twój przyjaciel wygląda na rycerza. Czy nie zechcielibyście iść z nami jako eskorta ? Straciłem już dwójkę ludzi po drodze i została mi tylko jedna gwardzistka.
- Skoro podróżujemy w tym samym kierunku, to ja nie widzę przeszkód, jednak muszę uzgodnić to z resztą drużyny. Sam nie mogę podejmować takich decyzji. Jeśli jednak zdecydujemy się wyruszyć razem, obiecać mogę ochronę tylko do Sandbaru.
- Dobrze. Chodźmy więc.
Podeszliśmy do ławy przy której ciągle siedziała kompania. Po przedstawieniu sytuacji i osób, z którymi mielibyśmy podróżować, drużyna wyraziła szczere zainteresowanie. Nieśliśmy przecież ze sobą dość sporą ilość rzeczy zabranych z jaskini Orków. Kupiec zaoferował, że odkupi od nas wszystko za około 250 złotych monet dla każdego. W takiej sytuacji wszyscy chętnie przystali na nowe towarzystwo. Razem już, doszliśmy do wniosku, że czym prędzej chcemy opuścić Martwe śniegi, idziemy spakować swoje rzeczy i wyruszamy we wczesnych godzinach popołudniowych.
Jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy. Udaliśmy się jeszcze pożegnać Panią Lodorężną, Odwiedziliśmy także świątynię, w której Onami zdecydował się służyć Lathanderowi. Spotkaliśmy również Drogar, z którą czarodziej postanowił zakopać topór wojenny. Złożyliśmy ofiarę dla świątyni i udaliśmy się dalej.
Kolejne dni były niezwykle miłe i spokojne. U Niziołka, z którym mieliśmy wcześniej (nie)przyjemność, udało nam się zakupić konie – tym razem bez problemu. Rozpoczęły się już roztopy, więc wozy kupca mocno spowalniały naszą podróż. Kilka razy musieliśmy je nawet wypychać bo utknęły w błocie. Atmosfera podróży była całkiem przyjemna. Melweros z Torisem urządzali sobie treningi. Dobrze, że walczyli drewnianymi kijami, bo mogłoby się to skończyć rozlewem krwi.
Dwa dni później skończyła się raźna przechadzka... Szliśmy wąwozem o dość stromych zboczach. Było to idealne miejsce atak. No i tak też się stało. Ze ściany po prawej usłyszeliśmy potężny głos i dostrzegliśmy olbrzyma, który właśnie podnosił skałę, wcale nie mniejszą od Brevisa. Olbrzym rzucił głazem, niczym pustą butelką po winie. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to przesunąć się o kilka kroków, aby uniknąć lecącego niebezpieczeństwa, które ostatecznie uderzyło w pierwszy wóz. Konie spłoszyły się i zaczęły się wyrywać. Melwerosowi chwilę zajęło uspokojenie ich. Reszta w tym czasie przygotowywała się sprawnie do boju. Pierwszy przy olbrzymie znalazł się Brevis. Nie było to jednak najszczęśliwsze dla niego rozwiązanie, bo cios, który dostał rzucił nim kilkanaście stóp do tyłu, po czym Niziołek stracił przytomność. Onami i Lisa inkantowali właśnie magiczne pociski. Wystarczył rzut oka, by dostrzec te subtelne ruchy palców i rysujące się między nimi magiczne pociski, które wyrzucali lekkim ruchem dłoni jako iskrzące się kule. Oglądanie pocisków, które zawsze trafiały do celu, a na dodatek ładnie świeciły było całkiem przyjemne dla oka. Mniej przyjemne okazało się jednak, że nie robią one specjalnego wrażenia na olbrzymie. Podobnie jak dwie strzały posłane przez Melwerosa. Zszedłszy z konia poczułem napływa magii. Odwróciłem się w kierunku kapłana i posłałem mu wdzięczne spojrzenie. Jeszcze przed wyruszeniem z Martwych Śniegów wymieniliśmy się z Kapłanem ciekawymi pierścieniami. Pelorze... pobłogosław mądrość Torisa, dzięki któremu nie skończyłem jak nieszczęsna wartowniczka Kupca, która jako druga dobiegła do olbrzyma i poległa od jednego, niesamowicie potężnego uderzenia. Pewien jestem, że gdyby nie czar, leżał bym tak samo chwilę później. Zdążałem w kierunku celu, jakim był niczym nie wzruszony olbrzym. Naprzeciw siebie zobaczyłem barda, biegnącego o wiele szybciej ode mnie, zataczającego łuk wokół olbrzyma i... znikającego nagle. Zaraz, zaraz.... Bard biegnacy do pierwszej linii i rozpłynięcie się w cieniu. Coś tutaj jednak nie pasowało. Pomyślałem, że jeżeli będzie nam dane, porozmawiam sobie o tym później z Glow. Wtedy jednak koncentrowaliśmy się na walce. Zobaczyłem kolejne dwa pociski i dwie strzały nie chybiające celu. Tym razem nieco zachwiało gigantem. Zdenerwował się chyba nie na żarty, bo podniósł jeszcze jeden fragment skały i z równą lekkością rzucił w nim w kierunku drugiego wozu. Pech chciał, że przy nim właśnie stała Lisa. Serce podskoczyło mi do gardła, ale na szczęście głaz przeleciał obok wozu nie robiąc nic, poza dużym wrażeniem. Wykorzystując chwilę nieuwagi, Glow zaatakował sejmitarem, wyprowadzając cios w plecy olbrzyma, a gdy ten obracał się w kierunku sprawcy, ja miałem okazję wykonać dwa kolejne. Gigant zreflektował się błyskawicznie, wykonał obrót i uderzył mnie swą wielką, włochatą łapą. I tu właśnie zadziałał czar Torisa. Dzięki niemu mogłem podnieść się z ziemi kilka kroków dalej i przygotować następny atak. Brevis ciągle leżał otępiały i nie wyglądało, żeby miał się o własnych siłach podnieść. Kapłan widząc zaistniałą sytuację wykrzyczał zaklęcie w jego kierunku, co przywróciło mu trochę sił życiowych. Glow udało się wykonać jeszcze jeden atak po wychynięciu z cienia, ja jeszcze raz poleciałem do tyłu, ale następnego gradu pocisków olbrzym nie wytrzymał. I całe szczęście, bo ja po trzecim uderzeniu mógłbym nie wstać tak prędko. Na szczęście gigant padł na skały i wydał ostatnie tchnienie. Dzięki wysiłkom kompanii, Brevis pomału odzyskiwał świadomość. Ja usiadłem na wozie i stopniowo dochodziłem do siebie. Niestety nie udało się uratować Ojni, która poświęciła życie w tej nierównej walce. To był ostatni wartownik, który był z kupcem od początku. Zagrożenia życia innych nie było, ale odniesione rany i stłuczenia były naprawdę dokuczliwe. Jazda konna była trudna przez obolałe żebra. Przeniosłem się zatem na wóz, rumaka oddając pod opiekę Melwerosowi. Gdy zapadł zmierzch, drużyna zajęła się rozbijaniem obozu. Jako, że dana mi była chwila rozmowy z Glow, udało mi się z niego wyciągnąć, że bardem to on naprawdę nie jest, a w górach chodziło o szpiegowanie zabójcy Zentów. Przywdział więc miano wędrownego minstrela, udając przy tym ofiarę losu. Chyba się chłopak starał, bo całkiem dobrze mu to wychodziło.
Przez kolejny tydzień droga była spokojna. Któregoś dnia Aman poprosił o zjechanie z traktu do niewielkiego miasteczka. Chętnie przystaliśmy, by także uzupełnić zapasy na dalszą podróż. W osadzie przywitani zostaliśmy nadzwyczaj chłodno. Większość mieszkańców była raczej sceptycznie nastawiona do innych ras. I gdyby nie znajomości kupca, nie mielibyśmy tu czego szukać. Mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć popis jego kupieckich zdolności. Zdaliśmy sobie
sprawę, że gdyby targował się w ten sposób z nami, do naszych sakiewek nie trafiłaby nawet dziesiątą część tego, co nam ofiarował. Cóż... Racjonalnie na to patrząc potrzebował nas. Zwłaszcza teraz, gdy został zupełnie sam z córką.
Jako, że nie czuliśmy się tutaj mile widziani, dość szybko zniknęliśmy z oczu klientom karczmy, udawszy się do wspólnego pokoju, który wynajął Aman. Jedynie Glow pozostał chwilę dłużej na dole, ale szybko do nas dołączył, bo jak sam powiedział, wyglądało jakby zaraz mieli rzucić mu się do gardła. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tutaj bezpieczni, zatem standardowo ustawiliśmy warty. Około północy usłyszałem Onami:
- Ostis wstawaj! Twoja kolej - mówił, szarpiąc mnie lekko.
- Jasne, już się zbieram. Tylko pomóż mi założyć zbroję, proszę. Wiesz, że sam tego nie zrobię. - Onami miał już w tym trochę doświadczenia. Nie pierwszy raz zakładał na mnie tę kupę żelastwa.
- Dawaj ją.
Kilka razy spadło nam na ziemie coś ciężkiego i metalowego, jak chociażby jedna z metalowych rękawic, ale o dziwo nikogo nie obudziliśmy. Onami padł jak zabity. Nie minęło pół godziny, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem je ostrożnie i zobaczyłem dziecko. Rozejrzałem się jeszcze czy obok niego nie kryje się ktoś bardziej nieproszony. Chłopiec w tym czasie zamotał się z listem, wyciągając go zza pasa.
- Dla Pana Melwerosa.
- Od kogo to ?- zapytałem
- Taka pani siedzi na dole i kazała mi to tutaj przynieść.
- Dobrze. Idź już do łóżka.
Widząc jego zakłopotany wzrok podałem mu dwa srebraniaki, co przyprawiło go o wypieki na twarzy. Chłopak podziękował i pobiegł na dół. Zbudziłem Melwerosa i pokazałem mu list. Ten przeczytał go przy świetle świecy, po czym zakomunikował mi, że idzie się z kimś spotkać.
- Uważaj na siebie. Ja zostanę z resztą.
Kilka minut później usłyszałem to samo pukanie do drzwi. Czego on znowu chce ? Tym razem otworzyłem drzwi nonszalancko i bez zastanowienia. Nim zorientowałem się, że za drzwiami nie stoi dzieciak, a niewielkich rozmiarów kobieta dostrzegłem wędrujący po idealnym łuku sztylet,
który trafił dokładnie pomiędzy jedyną szparę na boku zbroi. Trafienie nie było na tyle głębokie, żeby mnie powalić, ale skutecznie zamgliło mi obraz przed oczami. Cofnąłem się trochę do tyłu, potykając się o śpiących towarzyszy i wyjąłem miecz z pochwy. W chwilę później, dwie okiennice w naszym pomieszczeniu wleciały z hukiem do wewnątrz, a od zbroi na moich plecach odbił się bełt z ręcznej kuszy. Atakowany z dwóch stron nie czułem się komfortowo. Większość moich towarzyszy wstawała dopiero z posłań, jednak zorientowali się błyskawicznie w sytuacji i tak też zareagowali. Do pokoju wskoczyły dwie inne, acz równie zwinne postaci. Toris rzucił czar i w miejscu, gdzie przebywał kupiec z córką pojawiła się zupełna ciemność. Glow przemknął niemal niedostrzegalny obok mnie i zaatakował niską kobietę ciosem w plecy. Lisa zajęła się jednym z napastników, który wskoczył przez okno i cięła go sejmitarem na tyle silnie, że ten jak wskoczył do pomieszczenia, tak szybko z niego wyleciał. Drugi z nich ciął Brevisa. Ten pobladł w oczach i
jakby stracił siły. Tak, ja też poczułem truciznę na ostrzach, ale mojemu organizmowi udało się przed nią obronić. Zabójcy byli naprawdę dobrzy w tym co robili... Poruszali się na tyle zwinnie, że ciężko było wyprowadzić precyzyjny cios, który jednoznacznie załatwił by sprawę. Raniony przez Lisę napastnik wylatując przez okno skręcił kark. Pozostali dwaj zdali sobie sprawę, że nie poradzą sobie z postawioną na nogi drużyną. Uciekli.
Zaskoczyli nas. Mogliśmy się spodziewać ataków chłopów z cepami, ale nie precyzyjnie wyszkolonych morderców. Wyglądało, jakby bardzo długo trenowali się w swoim fachu. Jedyne co pozostało po niespodziewanych gościach, to niewielka kusza ręczna oraz kilka zatrutych bełtów. Wzmocniliśmy warty, ale nikt nie zasnął już tej nocy. Powątpiewaliśmy co prawda w ponowny atak, lecz emocje nie opadały. Melweros wrócił do nas nad ranem, ale nie chciał powiedzieć dlaczego nie było go całą noc i z kim się widział. Nie mieliśmy na tyle charyzmy, ani ochoty, żeby wyciągać to z niego. A poza tym... mieliśmy do siebie zaufanie.
Nie podobało nam się w tamtym miejscu. Rano spakowaliśmy się prędzej niż zwykle i wyruszyliśmy z miasta. Mijając bramy, kątem oka dostrzegłem postać kryjącą się w cieniu. Nie miałem ochoty udawać się w pościg. Chciałem być jak najdalej od tego okropnego miejsca. Spojrzenia ludzi i tak nie pozostawiały wątpliwości. Nie warto było oglądać się za siebie.
Po kilku dniach jazdy spotkaliśmy na naszej drodze Srebrny, zmierzającą w stronę miasteczka, które niedawno odwiedziliśmy. Spośród około trzydziestu - czterdziestu jeźdźców naprzeciw nam wyszła dwójka, najwyższa stopniem.
- Witajcie żołnierze!
- Witajcie i wy podróżni.. - Jeździec pokłonił się w siodle i zlustrował wzrokiem naszą drużynę.
- Jesteśmy legionistami. Patrolujemy te tereny i chcielibyśmy wiedzieć gdzie zmierzacie...
- Udajemy się w stronę Sandbaru, a później do Silvermoon. Eskortujemy znajomego kupca. - Wskazałem na Amana.
- Jakieś problemy po drodze ?
- Kilka dni temu zostaliśmy zaatakowani podczas snu. Na szczęście wyszliśmy z tego cało.
- Rozumiem. Odwiedzimy to miejsce po drodze. Wyjechaliśmy z Sandbaru, bo mamy zgłoszenie o trollach grasujących w okolicy. Kilku padło już z naszych rąk,
niestety nie bez strat.
- Kapitanie... Nie będziemy was zatrzymywać. Dziękujemy za ostrzeżenie.
- Będziemy wracać za jakiś tydzień być może jeszcze się spotkamy przed Sandbarem.
- To będzie dla nas zaszczyt.
Minęło zaledwie trzy dni kiedy drogi, kiedy pod wieczór, na wzgórzu, około pięciuset stóp od nas zobaczyliśmy trolle.
- Nie widzą nas, miniemy ich spokojnie. - powiedział Melwereos.
- Mamy zostawić trolle, żeby dalej uprzykrzały drogę bezbronnym podróżnym ?
- legioniści stracili dwójkę jeźdźców, a było ich przecież ponad trzydziestu. - tłumaczył
- Pewnie skręcili sobie karki spadając z koni. Ruszamy, musimy dogonić te szkarady.
Pierwsza na koniu była Lisa. Reszta również dosiadła rumaków i pojechaliśmy. Ostry i jeszcze zimowy wiatr wyciskał łzy, a my pędziliśmy pełni bojowego zapału. Czułem adrenalinę, dodającą mi sił. Tym razem to my atakowaliśmy. Inicjatywa pozostawała po naszej stronie. Element zaskoczenia oczywiście odpadał, bo nie powstrzymałem się od okrzyku bojowego. A kiedy do bezpośredniego kontaktu z trollami zostało zaledwie sześćdziesiąt kroków, koło mojego
ramienia przeleciała ogromna magiczna kula ognista, której moc można by opisać w księgach upamiętniających najpotężniejsze wyczyny magów. Kula uderzając w cel, rozpadła się tak, że wszystkie trzy trolle zostały mocno poparzone. Po chwili Melweros zatrzymał konia i celował w jednego z przeciwników. Toris ciął toporem drugiego, który przewrócił się dość szybko. Wyglądał na martwego. Kilka uderzeń serca później, ten sam troll wstał i atakował dalej. Dzięki Lisie trolle były poranione i szybko uporaliśmy się z dokończeniem walki. Oczywiście starcie nie obyło się bez otarć i Toris znów użył swoich zdolności, aby zagoić rany.
Trolle miały sporo łupów ze sobą więc zabraliśmy to, co na to zasługiwało. Mnie do gustu przypadła stalowa tarcza, która pozwoliłem sobie przywłaszczyć. Każdemu dostało się coś wyjątkowego. Kupiec i jego córka stali dokładnie tam, gdzie ich zostawiliśmy. Nie zmienili pozycji nawet na krok.
Po kilku dniach Srebrny Legion dołączyła do nas z wieścią, że na trakcie napotkali tylko jedną samotną kobietę.
Sandbar. Wielkie miasto kupieckie zbudowane na wygasłym wulkanie. Z oddali miasto wyglądało na wielką warownie umiejscowioną na wzgórzu. Do bramy prowadziła praktycznie tylko jedna droga. Bardo wąska i bardzo kręta. Gdy doszliśmy do bram strażnicy przestrzegli nas przed używaniem broni i rozkazali zawiązać węzły pokoju na mieczach, dobrze owinąć topory, a czarodzieje mieli związać razem dwa palce. W tej chwili trwał tutaj targ. Aman oznajmił nam, że chciałby tutaj zostać na kilka dni. Szliśmy główna arterią miasta w kierunku rynku. Wśród wielkiego tłumu ludzi, niziołków i krasnoludów. Ścisk był tak wielki, że niekiedy musieliśmy się zatrzymywać wozami, aby nie stratować ludzi. Kupiec znajdując wolne miejsce dla jego kramu powiedział, że rozbije się tutaj. Gdybyśmy szukali noclegów to przekazał nam, że miał już tutaj zarezerwowane miejsce w karczmie o nazwie „Zmierzch Cytadeli”.
Poszliśmy dalej w górę miasta i długo los nie kazał nam czekać na złamanie tutejszego prawa. Z oddali nad tłumem ludzi znajdował się szczurołak, który właśnie skakał po kramach. Wszyscy wokół niego zaczęli panikować i uciekać w naszym kierunku. Dzięki Torisowi stwór zastygł w miejscu w której się znajdował i nie drgnął nawet na milimetr. Było ich jeszcze kilku, a ja praktycznie bezradny. Próbowałem przecisnąć się przez chmarę uciekających osobników, ale nie miałem żadnych szans... Do tego później zostałem oplątany w pajęczą sieć i byłem jeszcze bardziej bezradny. Patrzyłem jak jeden z większych zarzynał ludzi i wyglądało jakby robił to z dziką przyjemnością, co wprawiało mnie w okropną złość. Ten sam chwilę później ugryzł jeszcze Brevisa w szyję po czym padł przebity sejmitarem Glowa. Reszta gryzoni była uwięziona w sieci toteż drużyna sprawnie sobie z nimi poradziła. Schowaliśmy bronie, a chwilę później była koło nas gwardia Sandbaru.
-Co się tutaj dzieje ?
-Szczurołaki panie.
-Nie gadajcie nam tutaj bzdur... nigdy nie mieliśmy tutaj tego problemu.
-NIE! To patrz – Brevis pochwalił się ugryzieniem w szyję.
-Jesteś aresztowany. Dla Twojego własnego dobra. Reszta pójdzie z nami na przesłuchanie. Złóżcie broń.
Nie dyskutowaliśmy z władzami miasta. Pokornie poszliśmy w dalej w górę miasta prowadzeni przez żołnierzy.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #7
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Trzydzieści minut później doznaliśmy zaszczytu spowiadania się przed porucznik Sheli. Była to rozsądna kobieta, której dało się wytłumaczyć, zajście z przed kilku chwil. Sporo dowodów świadczyło na naszą korzyść. Gwardziści widzieli, uwijającego się Torisa, który leczył wszystkich mieszkańców wokół. Rana krasnoluda też nie pozostawiała żadnych złudzeń. Musiał on i tak zapłacić grzywnę w wysokości dziesięciu złotych monet, a my zapewniliśmy, że będziemy mieli oko na Brewisa.
Było już późne popołudnie zatem czas najwyższy było znaleźć miejsce do przenocowania. Nie byłoby to łatwe, gdyby nie kupiec, z którym przyjemność mieliśmy podróżować. Miał on zarezerwowany nocleg w karczmie o malowniczej nazwie "Zmierzch Cytadeli". W karczmie było dość tłoczno, ale gdy wspomniałem, że przysyła nas kupiec Aman - znalazło się i dla nas miejsce. Noc była bardzo przyjemna. Po kilku tygodniach ciężkiej przeprawy i wielu niespodzianek nareszcie mieliśmy okazję odpocząć. Toris i Melweros nie pogardzili serwowaną tutaj gorzałką, a Onami jak zwykle znalazł sobie kobietę, z którą spędził noc w pobliskiej stajni. Brewis ciągle zszokowany groźbą likantropii był niezwykle przybity i wieczór spędził w samotności. Ja i Lisa zaznaliśmy nadzwyczaj miłego spaceru po Sundbarze przy blasku księżyca i towarzyszących mu gwiazd. Było niezwykle. Przebywając z tą kobietą, uświadomiłem sobie, że to właśnie ta jedyna, dla której gotów byłem pójść w ogień, dla której poświęciłbym życie. Podarowałem jej pozłacaną bransoletkę, wykładaną szlachetnymi kamieniami. A ona nie omieszkała hojnie zrekompensować prezentu.
Rano, kiedy wszyscy doszliśmy do porządku, byliśmy podekscytowani czekającą nas wizytą u maga. Wiedzieliśmy, że jest w stanie zidentyfikować przedmioty zdobyte po drodze do miasta. Nasz czarodziej za punkt honoru przyjął, że to on, jako znawca materii, przeprowadzi rozmowę. Nikt nie miał zamiaru odbierać mu tej niewątpliwej przyjemności.
Mag okazał się dość twardym graczem. Wiedział, że jest jedyną postacią związaną z magią w Sundbarze. Dlatego też nie miał zamiaru obniżać cen swoich usług ani towarów. W międzyczasie - Onami zniknął za solidnymi drzwiami, gdzie miał uczyć się czarów ze zwojów, nabytych niedawno, za – bagatelka - pięć tysięcy sztuk złota. Jak się okazało - miał poświęcić na to czas aż do północy. Mag kupił od nas wszystkie magiczne dobra, których nie chcieliśmy w swoim ekwipunku. Drużyna mogła więc nabyć kilka bardzo interesujących rzeczy. Ja zaś dowiedziałem się o magicznych właściwościach znalezionej tarczy.
Po drodze do świątyni zahaczyliśmy jeszcze o kowala, u którego zostawiliśmy zbroje do naprawy. W skutek starcia z olbrzymem nie wydawały się już zbyt dobrze dopasowane, a co za tym idzie - wygodne. Płatnerz obiecał naprawić ekwipunek za dodatkową na ten sam dzień. Dalej rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Glow i Melweros poszli do biblioteki. Ja, Lisa, Brewis i Toris udaliśmy się do świątyni. Toris i ja chcieliśmy chwili wyciszenia, Lisa chciała być ze mną, a Brewis potrzebował pomocy kapłanów. Wchodząc do bramy usłyszeliśmy brzęk spadającego żelastwa, a po chwili kolejny... Nie czekając długo podbiegłem do przodu. Za rogiem świątyni zobaczyłem dwóch ludzi w czerni, próbujących nieść nieprzytomną postać zakutą w ciężką zbroję. Że też właśnie teraz moja zbroja potrzebowała regeneracji. Wyciągnąłem swój miecz oznajmiając tajemniczym postaciom, że pojawiłem się w okolicy. Tuż koło mnie pojawił się za raz Brewis i razem rzuciliśmy się do przodu. Jednego z zakapturzonych pozbyliśmy się szybko, drugiego ogłuszyłem bijąc płazem. Teraz zauważyłem, że nieprzytomną postacią była paladynka, która na swej zbroi nosiła znak Helma. Wraz z Torisem podnieśliśmy ciężkie ciało i uciekliśmy z nim w najbliższy zaułek. Po kilku chwilach udało nam się ocucić paladynkę, która z wiadomych przyczyn nie zdawała sobie sprawy, gdzie jest i próbowała się ratować. Szybko uświadomiliśmy ją, że jest w dobrych rękach i nic jej nie grodzi. Ta zerwała się i ruszyła w kierunku świątyni, z której jeszcze przed chwilą ją przynieśliśmy. Wpadła do świątyni, gdzie widać było ślady walki. Chciała biec dalej w poszukiwaniach kogoś, ale uspokoiliśmy ją jakimś cudem. Pokłoniłem się i przedstawiłem.
- Co tutaj zaszło? – zapytałem - Pozwól nam pomóc.
- Arc... Arcykapłanka. Razem prowadzimy tą świątynię. Zostałyśmy napadnięte przez kabalistów.
Toris słysząc nazwę tej chaotycznej sekty, aż drgnął. Ja też nie poczułem się najlepiej.
- Od jak dawna są w mieście?
- Od pewnego czasu w mieście zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Próbuję znaleźć ich siedzibę i mam pewne podejrzenia.
- Powiesz nam gdzie to może być?
- Prawdopodobnie w bibliotece...
Glow, Melweros. Przekląłem w duchu swój brak wyobraźni.
Wszyscy byliśmy teraz bez zbroi, pomknęliśmy zatem jak strzały w kierunku biblioteki. Przed wejściem nie było żadnych dziwnych postaci, a jedynie kilku kręcących się kupców. Złapaliśmy jednego z nich za kaftan.
- Widziałeś dwóch Elfów wychodzących z tego budynku ?
- P... Panie... Ja tutaj tylko sprzedaję.
- Elfy?! Widziałeś ?!
- Tak. Wychodzili stąd chwilę temu.
Odetchnęliśmy z ulgą. Girma wyglądała jakby jednak chciała wkroczyć do biblioteki, ale powstrzymałem ją. Udaliśmy się do karczmy, gdzie mieliśmy się spotkać z Glow i Melwerosem. Na szczęście byli tam obaj. W bibliotece nie czuli się zbyt komfortowo, bo cały czas ponoć plątał się przy nich osiłek, który bynajmniej nie wyglądał na przyjaciela. Na dodatek kątem oka wypatrzyli u niego szczurzy ogon. Wynikało więc z tego, że ostatnie natarcie gryzoni i kabaliści mieli ze sobą jakiś związek. Nadchodził zmierzch.
- Chodźmy jeszcze po czarodzieja i ruszajmy.
Mag nie chciał nas już przyjąć, bo kiedy do niego dotarliśmy było dość późno. W końcu przekonaliśmy go, że Onami jest nam bardzo potrzebny. Ten udał się do pokoju w którym czarodziej studiował magiczne zwoje, po czym wrócił do nas z wieścią, że Onami potrzebuje jeszcze czasu i nigdzie się z nami nie wybiera. Zdenerwowałem się. Wpadłem w drzwi. Złapałem Onamiego za barki.
- Czyś Ty zgłupiał... Zostaw te zwoje. Idziemy! Jesteś potrzebny!
Trochę się szarpaliśmy, ale ostatecznie wyciągnęliśmy czarodzieja z tamtego miejsca. Było już całkiem ciemno. Zdecydowaliśmy, że pierwszym miejscem, które odwiedzimy będzie dzwonnica. Stanęliśmy pod drzwiami, a Toris cofnął się, kiedy poczuł ilość zła emanującą z tego budynku. Weszliśmy. Przed nami stał przykurczony starzec, od którego czuć był złą aurę. Gdy tylko zbliżyliśmy się, podbiegł do belek ciągnących się na kolejne piętra i uciekł do góry. Bardzo szybko zniknął nam z pola widzenia. Chwilę później usłyszeliśmy dziwne głosy dochodzące z miejsca, gdzie zniknął starzec. Jakby gryzoni. Całego ich stada.
- Uciekajmy stąd lepiej.
Nie zastanawialiśmy się długo. Zniknęliśmy błyskawicznie.
- Chodźmy w końcu do tej biblioteki. Jeszcze jest szansa, że moja arcykapłanka żyje – zadecydowała za nas wszystkich Girma.
Chwilę później staliśmy pod drzwiami biblioteki. Glow pochylił się nad zamkiem i wetknął w niego sztylet. Zamek szybko ustąpił, a drzwi stanęły przed nami otworem. Kapłan rzucił czar, który wyciszył wokół nas wszelkie dźwięki. Melweros poszedł pierwszy do przodu i ogłuszył jednego ze śpiących strażników. Następnie, wraz z Onami, pobiegli na górę. Czar stracił swą moc i usłyszeliśmy wibrujący dźwięk dzwonka. Alarm. Z góry dobiegł przeraźliwy krzyk Onami.
- DEEEEEEEEEMOOOOON!!
Jakoś podświadomie czułem dzisiaj, że powinienem mieć oko na Lisę. Już miałem ją złapać za rękę, kiedy wskoczyła na schody i pobiegła na drugie piętro. Nie zwlekając ruszyłem za nią. Na piętrze zobaczyłem, jak ktoś z drużyny cięciem miecza rozpłatał jakąś szkaradę na pół. Dwóch wrogich magów inkantowało właśnie czary. Wyżej czterech magów i jeszcze jedna bestia z piekielnej otchłani, która ledwie mieściła się w tym pomieszczeniu. Mimo rozmiarów, potwór bardzo zwinnych ruchem złapał Lisę w paszczę i wyglądało jakby chciał ją pożreć. Wbiłem w niego miecz, a jedyny efekt był taki, że upuścił Lisę. Nie wyglądało jednak, żebym zadał mu jakieś poważniejsze obrażenia. Czterech magów nie spało w tym czasie. Wszyscy rzucili magiczne pociski. Wszystkie trafiły Płomiennowłosą. Wydawać by się mogło, że takie uderzenie powaliło by nie jednego wojaka. Lisa popatrzyła tylko na jednego z czarodziejów, a ten wyraźnie się przestraszył.
- Błogosławiona przebacz... – wyjąkał, po czym zniknął w następnym pomieszczeniu.
Lisa pobiegła za nim, a ja nie odstąpiłem jej nawet na krok. Miałem naprawdę złe przeczucia. W pomieszczeniu znajdowały się schody na dół. Jak tylko zaczęliśmy po nich zbiegać poczułem się jak w innym wymiarze. Ściany i stopnie dziwnie falowały, a kolory zmieniły się na lekko niebieskawe. Nie... to nie mogła być ta sama rzeczywistość. Zbiegliśmy co najmniej trzy piętra. Może więcej - nie jestem w stanie tego określić, ale pewien byłem, że znajdowaliśmy się pod biblioteką. W ciemnym pomieszczeniu na środku stał postument, a na nim wielka książka. Mag, który był tutaj chwilę przed nami wymamrotał jeszcze raz to samo zdanie, po czym przebił się sejmitarem i upadł martwy na ziemię. Lisą podbiegła do książki i zaczęła czytać. Widziałem, jak wzbiera w niej przerażenie. Oniemiały patrzyłem na wszystko jakby z boku. Ciekawość jednak wzięła górę nad rozsądkiem i podbiegłem do niej. Na otwartej stronie ujrzałem rysunek identycznego amuletu jaki nosiła Lisa. Zanim książką zaczęła się tlić, zdążyłem przeczytać, że jest to potężny artefakt o niesamowitej mocy. Nie zapamiętałem wiele więcej. Czując zagrożenie - chwyciłem Lisę pod ramię i odwróciliśmy się w kierunku schodów. Wszystko wokoło zaczęło się trząść. Zewsząd sypały się iskry. Lisa zręcznie mi się wywinęła, a ja upadłem. Ułamek sekundy później poczułem wybuch i Lisę na moich ramionach, która rozkładając ręce osłoniła mnie od potężnej siły wybuchu i jej żaru. Wszystko, co było w tym pomieszczeniu, łącznie z leżącymi zwłokami maga, zamieniło się w popiół. A na ułamek sekundy mogłem ujrzeć rudowłosą w zupełnie innej postaci. Nie była znaną mi, piękną kobietą, którą prowadziłem do ojca. Przypominała raczej tych, których mieliśmy nieszczęście spotkać pod górą, podczas próby odszukania księcia orków. Wydawało mi się, że zaczynałem coś rozumieć. Wydawało mi się...
Kiedy ognisty podmuch ustał, Lisa zemdlała. Nie zastanawiając się, wziąłem ją na ręce i wybiegłem z tego miejsca.
Jak się okazało na górze nie było lepiej. Kapłan słaniał się już na nogach, wycieńczony ilością rzucanych zaklęć leczących. Onami trzymał się niewiele lepiej, mimo że jego zaklęcia miały zupełnie inny charakter. Czterech magów powiązanych z sektą natomiast, ciągle miotało magicznymi pociskami, które rozbijały się o lustrzane odbicia czarodzieja. W pomieszczeniu z tyłu znajdowała się postać, trzymająca arcykapłankę na rękach i zasłaniająca się nią. Girma widząc swoją zwierzchniczkę rzuciła się do przodu. Glow zakradł się od tyłu i podciął gardło jednemu z magów. Onami inkantował magiczny płomień, który strącił dwóch następnych. Nad złą czarodziejką pojawił się topór, który systematycznie wykonywał ciosy w jej kierunku. Byłem za jej plecami, więc położyłem ostrożnie Lisę, a czarodziejkę ciąłem przez bok. Padła... Razem z nią zginął też największy demon. Została jeszcze tylko jedna dziwna postać. Wyglądała raczej jak kopiec klejącej i oślizłej substancji z wieloma wystającymi mackami. Glow i Melweros próbowali ciąć mieczami, ale ich oręż utknął w galarecie nie dając żadnego efektu. Pomogła dopiero fiolka poświęconej wody rzucona w kierunku demona. Zaczął się wić, a w naszych uszach znów zabrzmiał ten sam dźwięk, jaki słyszeliśmy wchodząc do biblioteki. Po zlikwidowaniu wszystkich nieprzyjaciół okazało się, że budynek też nie jest nam sprzymierzeńcem. Otoczony złą aurą zaczął drżeć w posadach.
- Wynocha stąd! – krzyknąłem, chociaż chyba nie musiał tego robić.
Wybiegliśmy z budynku, który chwilę później eksplodował. Została po nim tylko chmurę kurzu i kilka nieprzyjemnych wspomnień.
- Schowajmy się – zabłysnął ktoś z drużyny.
Lisa dalej spoczywała bezwładnie na moich rękach, Girma niosła swoja kapłankę. Reszta solidnie pokiereszowana i wycieńczona po walce... Mieliśmy uciekać? Nie było szans. Ale... Stało się coś, czego nie spodziewaliśmy się zupełnie. W domach zapalały się światła. Ludzie wyszli na ulicę. Z tłumu podniosły się w końcu głosy.
- Bohaterowie!
- Wyzwoliciele...

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #8
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
I tak niemal na rękach tłumu dostaliśmy się do najbogatszej dzielnicy. W jednym z dworków bardzo szybko przygotowano dla nas wystawną ucztę. Po przejściach z Lisą nie miałem zbyt dobrego nastroju. Byłem rozdarty wewnętrznie – delikatnie mówiąc. Siedziałem obok niej przy stole, starając się nie pokazać po sobie zmartwienia i doskonale widziałem, że walczy z tym samym tak mocno jak ja. W pewnym momencie skinęła do mnie, a w głowie usłyszałem jej głos - " wyjdźmy stąd na chwilę", po czym rzuciła kilka czarów. Wyszliśmy nie zauważeniu tylnym wyjściem z dworku, a nasze iluzje zostały w środku. Szliśmy chwilę, aż do ciemnej uliczki z bramą zamkniętą na kłódkę. Po krótkiej inkantacji w idealnej ciszy ta otwarła się, a łańcuch rozwinął się i spadł na ziemię. We wnętrzu panowała zupełna ciemność, którą oświetliłem lekko. Po chwili milczenia, ciągnącej się wręcz w nieskończoność zacząłem.
- Wiesz co widziałem.
- Tak...
- Kim jesteś?
Rudowłosa podniosła ręce za głowę i rozwiązała naszyjnik. Ten naszyjnik, który wrastał jej w szyję i do tej pory wdawało się, że nie da się go zdjąć. Naszyjnik spadł na ziemię, a kobieta która wydawała się być dla mnie tą jedyną - zmieniła się w nieumarłego. Poczułem zło płynące od tej postaci. Odruchowo dotknąłem rękojeści miecza, ale bardzo szybko powstrzymałem się od wyciągnięcia go.
- Tak... Ostisie. Teraz już wiem - czułem gorycz w jej głosie. - Jestem tym, na co polowałeś przez całe swoje życie. Zanim wyciągniesz swój miecz wysłuchaj mnie, proszę.
Nie miałem zamiaru nic robić. Stałem i patrzyłem na tę nową postać szeroko otwartymi oczyma. Tak jak powiedziała - nigdy nie zastanawiałem się gdy spotkałem postać o tak złej aurze. Czułem jak rośnie we mnie poczucie obowiązku. Wszak składałem śluby w klasztorze Paladynów. "Za wszelką cenę zrzeknij się wszystkich dóbr na rzecz walki ze złem". Ale... ale to przecież Lisa... Kobieta, którą kochałem. Skinąłem ledwo zauważalnie głową.
- Byłam poważnie chora. Niewiele pamiętam. Kiedy byłam na skraju śmierci, ojciec zabrał mnie gdzieś... nie mam pojęcia co się ze mną działo. Pamiętam tylko, że leżałam w jaskini, a wokół mnie krążyły jakieś dziwne postaci z pochodniami w dłoniach. Odprawiali rytuał. Później miałam już ten amulet wtapiający się w moje ciało i utrzymujący mnie przy życiu. Jednak dopiero przed chwilą dowiedziałam się co się ze mną dzieje… - urwała na chwilę.
- Jestem liczem Ostisie... – na dźwięk tego słowa świat zawirował wokół mnie, a w oczach pociemniało. Lisa odebrała ode mnie naszyjnik, który zdążyłem podnieść z ziemi.
- Ten amulet to potężny artefakt, dzięki któremu mogę się utrzymać w znanej ci postaci.
Zapięła amulet i znów była tą przepiękną kobietą, której uroda uderzyła mnie, już wtedy w Burzowych Wzgórzach, a przecież od tego czasu minęły prawie dwa miesiące. Lisa odwróciła się w stronę ściany i zaszlochała.
- Liso... Twój ojciec wie najlepiej co się z tobą stało. Na pewno da się to odwrócić. Odprowadzimy Cię do Silvermoon, a tam powinno się sporo wyjaśnić.
- Aha... czyli jestem kolejną dziewką, którą po prostu ratujesz z opresji... - Ponownie zaszlochała. I znowu po ciszy ciągnącej się w nieskończoność, odwróciła się w moją stronę.
- Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem, żeby wręczyć Ci to. - Wyciągnęła do mnie rękę a w dłoni trzymała małe pudełko. Popatrzyłem na nie, na Lisę, ponownie na nie i powoli zacząłem otwierać. W środku zobaczyłem dwa platynowe pierścienie. Kiedy podniosłem wzrok Lisy już nie było w pomieszczeniu. W mojej głowie panował kompletny chaos. Istota, którą zobaczyłem była czystym złem. Powinienem próbować je zwalczyć. Nie docierało do mnie to, co odkryłem w ciągu ostatniego czasu... Nie… Z każdej sytuacji musi być wyjście.
- Poczekaj Liso. Przepraszam Cię... Chcę... Ja też o tym myślałem. Wyciągnąłem jeden z pierścieni z pudełka i założyłem go na jej palec. Ta mimowolnie chyba, uśmiechnęła się kącikiem ust.
- To nie będzie takie proste.
- Wiem...
Po czym zrobiła to samo co ja sekundę wcześniej. Popatrzyłem jej prosto w oczy. Wierzyłem jej. Staliśmy tak na chwilę, po czym przytuliliśmy się do siebie... Czułem jej ciepło... Zawsze musi znaleźć się jakieś rozwiązanie.
- Wracajmy – szepnąłem jej do ucha.
Czułem narastającą ulgę po tej rozmowie. Bałem się jej, bo wiedziałem, że nie będzie prosta. Szliśmy w stronę bogatej dzielnicy, mocno już rozluźnieni, rozmawiając o nieistotnych rzeczach. Tak dotarliśmy do sali, którą opuściliśmy kilka chwil wcześniej. Nasze iluzje wykonały zadanie fenomenalnie. Kiedy pojawiliśmy się w rogu sali - one zniknęły. Dzięki gwarowi panującemu w sali i przyjemnej atmosferze nikt chyba nie zauważył naszej nieobecności. Jeszcze przed wyjściem do naszego stolika podeszła wiekowa krasnoludka z obstawą dwóch młodszych pobratymców. Przedstawiła się jako najstarsza kupczyni Sundbaru. Widać było doświadczenie rysujące się na twarzy i spracowanych dłoniach, które mimo wielu lat na pewno potrafiły powalić nie jednego tęgiego chłopa. Ile lat trzeba spędzić w kuźni, aby tak zahartować ręce?
- Chcieliśmy wam podziękować w imieniu kupców Sundbaru.
Zamieniłem z nią kilka słów. Podobno ze zburzeniem biblioteki ustał problem ze szczurołakami. Od tamtego momentu nie było jeszcze ani jednego ataku na kupców, które wcześniej zdarzyły się często.
Późną nocą już zebraliśmy się do wyjścia. Naszym celem była karczma "Zmierzch cytadeli" w której mieliśmy przyjemność pomieszkiwać dzięki Amanowi. Jednak nie było nam dane dojść do niej w spokoju. Już na progu dworku usłyszeliśmy słodki głos dochodzący gdzieś z mroku.
- Hej... Bohaterowie…
Melweros stojący najbliżej dostrzegł przebijającą jego zbroję ognistą strzałę. Na szczęście nie wbiła się chyba zbyt głęboko bo od razu odpowiedział tym samym. Mimo wszystko łuczniczka przestała nas interesować, jak tylko pokazał się człowiek w czarnych szatach, a koło niego coś o posturze wilka... Tylko, że cztery razy większe od wilka i na pewno nie był z tego planu. Zły kapłan zdążył jeszcze rzucić jakiś czar, a chwilę później spod ziemi między nami wyrosły umarlaki. Lisa pojawiła się dwa metry nad nami i znikła. Żeby jeszcze nie było zbyt prosto, pokazała się też dziwna postać idąca z trzeciej strony. Nad nami znalazło się dwóch kuszników, którzy do tej pory tylko celowali i właśnie wypuścili bełty. Jeden utkwił w ziemi, drugi zaś trafił w bark krasnoluda. Nie czekając długo zebrałem w sobie wszystkie siły, o których uczono mnie w klasztorze. Wokół na chwilę czuć było energię, która roztrzaskała umarłych na strzępy. Sporo kosztowało mnie taki wyczyn, ale przyniosło to niespodziewane efekty. Glow wyłonił się gdzieś z mroku, wybiegł na balkonik nieco ponad nami, a gdy wrogi kapłan znalazł się pod nim - skoczył i ciął go potężnym uderzeniem swojego rapiera. Ten zrobił jeszcze kilka kroków i padł na ziemię. Barghest - bo udało się rozpoznać demona - zaatakował Glowa od tyłu. Ten cudem uniknął jego pazurów. Walka wrzała... byliśmy atakowani z każdej strony. Lisa gdzieś zniknęła, Melweros pobiegł w kierunku strzał lecących z boku, a Brevis oberwał jeszcze dwa ciosy od spadającego zabójcy, który chwilę wcześniej strzelał do niego z kuszy. Lisa pojawiła się przy kuszniku i wypowiedziała do niego jedno tylko słowo... Słowo to jednak przyprawiło wszystkich o zdumienie
- GIŃ!!
Zabójca spojrzał na nią i już przygotowywał broń do ataku, kiedy jego ciało zwiotczało, a sekundę później widzieliśmy spadające zwłoki z pierwszego piętra. Drużyna oniemiała. Ja już wiedziałem...
Onami w tym czasie koncentrował się intensywnie. Jak się okazało, była to walka psychiczna z Barghestem, którą czarodziej wygrał. Demon wydawał się spotulnieć i chyba nie miał zamiaru atakować. Czarodziej, który do tej pory zmierzał spokojnie w naszym kierunku, potoczył po ziemi ognistą kulę. Tego Brewis już nie wytrzymał. Padł na ziemie, a my byliśmy bezradni. Nawet Toris w ferworze walki nie zdążył nic zrobi. Ale to nie był koniec naszych strapień. Nagle między nami pojawiła się skrytobójczyni, która pierwsza posłała strzały w naszym kierunku. Łucznika miała teraz w rękach wielki miecz oburęczny, a sama była niewiele mniejsza od giganta. Jednak sama między nami nie mogła wiele zdziałać. Poległa pod gradem ciosów mieczy, toporów i sejmitarów. Onami rzucił czar, po którym ostatni czarodziej przestał być wrogo do nas nastawiony. I to był jego błąd. Podzielił więc los swojej kompanki...
Po raz kolejny wyszliśmy z opresji obronną ręką. Podnieśliśmy nieprzytomnego krasnoluda i szybko udaliśmy się do Arcykapłanki. Było późno, ale udało nam się dostać do świątyni. Arcykapłanka powiedziała, że sama nie ma wystarczającej mocy, ale spróbuje zorganizować pomoc.
- Zostawcie go u mnie i przyjdźcie jutro. Niestety nie mogę niczego obiecać.
W ciszy powędrowaliśmy do naszej karczmy. Nie spaliśmy od dwóch dni i teraz mieliśmy chwilę na krótką drzemkę. Po dwu godzinach trzeba było wstawać. Pamiętam, że śniłem o dzwonach. Ta wizja przyprawiła mnie o niepokój. A co gorsza - wszyscy mieliśmy ten sam sen.
Przedmioty, które znaleźliśmy przy zwłokach postanowiliśmy wymienić na inne towary. Udaliśmy się więc do maga. Po drodze doszły nas słuchy o przemowie barona Helma, która miała mieć miejsce w samo południe. Mag zaproponował nam kilka przedmiotów. Podczas rozmowy z nim wspomnieliśmy o umagicznieniu mojej zbroi, ale ten powiedział, że musielibyśmy zostawić ją na cały dzień... Zrezygnowałem więc, bo po ostatnich przejściach jakoś nie lubiłem się z nią rozstawać. Toris natomiast znalazł u czarodzieja coś dla siebie. Niezwykle interesujący lśniący napierśnik, wykonany z adamatytu. Zbroja mieniła się odcieniami szarości, przechodząc od srebrzystego, aż do połyskującego grafitu. Przyjemność dla oczu.
Pokręciliśmy się jeszcze po mieście, a w samo południe udaliśmy się na plac gdzie przemawiać miał baron. Dotarliśmy do miejsca, gdzie tłum ludzi oczekiwał przybycia mówcy. W końcu pojawił się. Wyszedł na balkonik na frontowej ścianie budynku ratusza. Koncentrowałem się chwilę i poczułem złą aurę promieniującą gdzieś z tego miejsca, ale nie byłem w stanie określić co to jest i skąd dokładnie pochodzi
Helm rozejrzał się, lustrując zgromadzony tłum. Na placu zaległa absolutna cisza i wtedy zaczął:
"Dobrzy mieszkańcy Sundbar, zwracam się dzisiaj do was z ciężkim sercem, w obliczu chaosu, jaki ogarnął nasze miasto. Od początku ulicznego jarmarku panuje bezprawie i nieporządek. Nawet wysiłki odważnej drużyny poszukiwaczy przygód nie powstrzymały tego szaleństwa. Kiedy świętowaliśmy z wdzięczności dla tych bohaterów, zabójcy próbowali położyć kres ich żywotom. Straże naszego prawego miasta zostały zdziesiątkowane. Nocami ulice nie są już bezpieczne. Jestem więc zmuszony ustanowić nowe prawa, które przywrócą porządek w Sundbar. Ja, baron Helm wszem i wobec ogłaszam nowe edykty.
Jarmark miejski zostanie zakończony. Wszystkie stragany muszą zostać usunięte ze szlaku Wschodniej bramy przed zachodem słońca. Każdy stragan, wózek czy furgon znaleziony tam po zachodzie słońca zostanie zniszczony.
Bramy miejskie zostaną zamknięte. Nikt nie wjedzie, ani nie opuści Sundbar bez mojego pozwolenia.
Noszenie broni na terenie miasta jest zakazane. Każdy, kto będzie posiadał jakąkolwiek broń, zostanie aresztowany.
Świątynia Helma, której Bóg nie podołał opiece nad miastem, zostanie zamknięta, a jej kapłani skazani na banicję. Tym samym zostanie wydany nakaz aresztowania arcykapłanki jak również wszystkich akolitów, którzy służyli w świątyni.
Aby utrzymać ten nowy porządek w naszym prawym mieście, nakazuję podjąć służbę wszystkim sprawnym na ciele mieszkańcom. Ci zaś, którzy należą do milicji, natychmiast mają zgłosić się do koszar.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #9
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
Niech siły bezprawia wiedzą, że nie będziemy tolerowali wykroczeń przeciwko naszemu prawu. Sprzeciwianie będzie karane śmiercią, a sprawiedliwość zostanie wykonana natychmiast."
Kończąc, Helm popatrzył na słuchaczy, jakby analizując myśli przybyszów. Po czym odwrócił się na pięcie i zniknął we wnęce. Kilka chwil później poczułem jakby mnie coś uderzyło prosto w pierś. Z tej samej wnęki wychynęła postać, od której zło emanowało z niezwykłą siłą. Stwór zbudowany z kości pokrytych czymś, czego „skórą” określić się nie dało, zakrywający się demonicznymi skrzydłami podszedł do krańca balkonu i oparł się o balustradę. Posypały się kamyki. Tłum spanikował i zaczął spiesznie rozchodzić się w kierunku swoich domostw albo straganów, które przecież były wciąż na Szlaku Wschodniej Bramy. Patrzyłem na demona, a przed oczami miałem sytuację z przed lat. Byłem zirytowany sytuacją i ledwo udało mi się powstrzymać. Widziałem, że jeśli sprowokuje Osyluth'a to śmierć poniesie wielu z ludzi znajdujących się jeszcze po placu. Oddychając głęboko odwróciłem się plecami do niego.
- Chodźmy stąd.
Szliśmy główną ulicą miasta. Działy się niesamowite rzeczy. Krasnoludy, które do tej pory były szanowanymi obywatelami miasta szły teraz związane, często posiniaczone, w górę miasta. Prowadzeni byli przez gwardzistów, którzy i nas zaczepili. Kazali schować broń. Widziałem, że zwracający się do nas mówił ze strachem. Nie szukał zwady z nami. My tym bardziej. Unikaliśmy wszelkich władz, a jak się okazało - oni robili dokładnie to samo. W innej części miasta większość stanowili ludzie, którzy chowali się w domach i powoli ulice pustoszały.
- Co się tutaj dzieje?!
- Nie wiem, nie mam pojęcia, ale nie działajmy pochopnie. O cholera! Aman !
Biegiem udaliśmy się do Zmierzchu Cytadeli. Na szczęście kupiec słyszał co się dzieje i szybko schował swój stragan, po czym udał się do karczmy. Aman również nie wiedział skąd w mieście takie nagłe zmiany. Bywał tam wielokrotnie i jeszcze nigdy nie było takich problemów. Było to jedno z bezpieczniejszych miejsc na jego szlaku, a przemowa barona wydawała mu się zupełnie irracjonalna. Musieliśmy znaleźć pomoc. Nie ulegało wątpliwości, że może nam jej udzielić Arcykapłanka, jednak świątynia znajdowała się dokładnie po drugiej stronie miasta. Zdecydowanie bliżej mieliśmy do czarodzieja, a on też mógł mieć jakieś informacje. Udaliśmy się więc do jego lokum, ale nie zastaliśmy nikogo. Wszystko było zamknięte na trzy spusty i prawdopodobnie chronione magicznie. Potrzebowaliśmy jakichś wieści. Glow wziął to na siebie i zaczął dobijać się do sąsiadów czarodzieja. Ostatecznie jakaś przestraszona kobieta wpuściła nas do środka. Z trudem wydostał z niej informacje, że czarodziej prawdopodobnie uciekł z miasta. Nie pamiętam jak, ale Glow dowiedział się jeszcze o siedzibie krasnoludów na ulicy Portowej, gdzie mogliśmy szukać pomocy. Mieliśmy już punkt zaczepienia... Niezwłocznie udaliśmy się we wskazane miejsce. Glow ponownie zapukał do drzwi. Musieliśmy czekać kilka dobrych chwil na odpowiedź. Otwarła się mała zasuwa, a w niej pokazał się bełt nałożony na potężną kuszę wałową.
- Czego tutaj ?
- Przyszliśmy szukać pomocy. - Ponownie ciężar rozmowy wziął na siebie Glow.
- Taaak... dużo ludzi szuka teraz pomocy...
- Wpuść nas. My do kupczyni Shooma.
- Skąd wiecie o tym miejscu ?
- Kobieta mieszkająca naprzeciwko jedynego maga w tej okolicy wskazała nam adres.
Postać w środku chyba nie do końca uwierzyła, ale wieść o zniszczeniu biblioteki rozeszła się szybko i zostaliśmy rozpoznani. Otworzyły się drzwi, a w środku zobaczyliśmy mocno poobijanego krasnoluda. Miniaturka kuszy wałowej przez zasuwę świetnie imitowała oryginał.
- Prowadź do Pani Shooma.
Zatrzymaliśmy się w niedużej sali, a krasnolud oznajmił, że pójdzie po nią. Chwilę później ta sama krasnoludka, która rozmawiała ze mną i Lisą podczas uczty pojawiła się w drzwiach.
- Pani... Co się dzieje w tym Sundbarze ?
- Całe miasto jest opustoszałe. A krasnoludów ściągają do lochów pod zamkiem. Nie wiemy co, albo kto za tym stoi...
- Słyszałaś przemowę Helma Pani? Od jak dawna jest on władcą miasta ?
- Tak słyszałam, ale już w trakcie zaczęliśmy uciekać. Przyszliśmy tutaj z mojego sklepu. Niestety nie obyło się bez strat. I tak dobrze, że choć część z nas z tego wyszła cało. A co do Helma - to był świetny dowódca. To on postawił miasto na nogi. Nie mam pojęcia, co mogło się stać, że wydał nakaz aresztowania wszystkich krasnoludów, którzy nie schowali się wystarczająco.
Musieliśmy chwilę pomyśleć, co robić w tej sytuacji.
- Nie ma innego wyjścia, jak dostać się do samego Helma. Tylko problem pojawi się, gdy będziemy chcieli ominąć gwardię.
Krótką chwilę milczenia przerwała Krasnoludka.
- Istnieje jeden sposób... - Wszystkie krasnoludy w pomieszczeniu popatrzyły na nią. Ta powstrzymała ich gestem ręki i kiwnęła głową do jednego z pobratymców. Ten zrobił kilka kroków do tyłu i zniknął za drzwiami. Minutę później wrócił z jakimiś zwojami w rękach.
- To są plany podziemi Sundbaru. Istnieje tajemne przejście do głównego budynku, w którym przebywa Baron.
Zrozumieliśmy powagę tego zwierzenia. Tunele zbudowane były przez krasnoludów i tylko oni o nich wiedzieli i to na pewno nie wszyscy.
- Wejście do tuneli - kontynuowała - znajduje się pod moim sklepem.
- Zatem nie ma na co czekać.
- Tylko, że... nawet jeśli dostaniecie się do wnętrza, pozostaje jeszcze problem gwardzistów. W środku prawdopodobnie będzie cały legion.
- Powiedzmy, że ja się tym zajmę. - wtrąciła Lisa. - Nie pójdę z wami, ale wyciągnę żołnierzy na zewnątrz.
Wszyscy spojrzeli na nią i wyglądało, że nie bardzo chcieli uwierzyć.
- Jak to? Sama?
- Dasz sobie radę? - zapytałem.
Ta uśmiechnęła się tylko.
- Bardziej boję się o was.
- Hmm... Ostisie.. Chyba o czymś nie wiemy, prawda ?
- Jeśli wyjdziemy z tego cało - obiecuję wam wyjaśnienia...
Drużynie nie bardzo się spodobało takie rozwiązanie. Widać było, że oczekiwali na kilka słów rozjaśniających sytuację. Mimo wszystko - ufaliśmy sobie nawzajem, a ta chwila właśnie była tego dowodem
- Prowadź Paladynie - rzekł Toris.
- Was też proszę, abyście mi zaufali. Opowiemy wam wszystko później.
To nie była łatwa próba dla drużyny. Nie byliśmy w zbyt komfortowej sytuacji, ale jednak udało nam się dojść do porozumienia.
- Chodźmy w stronę świątyni, jest po drodze do sklepu Shooma'y. Mam szczerą nadzieję, że arcykapłanka jeszcze żyje. Poza tym jesteśmy jej coś winni.
Shooma wytłumaczyła nam dokładne plany dojścia do ratusza i samego budynku Helma.
- Mam jeszcze coś dla Ciebie rycerzu.
Kransoludka wstała i podeszła do jednego regału z książkami, sięgnęła rękami za niego i pociągnęła ukrytą dźwignię. Regał obrócił się dokładnie o dziewięćdziesiąt stopni. Shooma gestem zaprosiła nas do swojego magazynu. Zeszliśmy najpierw po schodach na dół, a później pomiędzy dwoma ścianami na których wisiał sprzęt, w który można by uzbroić całą armię. Wspominałem o napierśniku adamatytowym, który kupił Toris od maga? Zatrzymaliśmy się przy pełnej zbroi płytowej wykonanej z tego samego materiału. Oczy zaświeciły mi się na jej widok.
- Przyjmij ją paladynie. Na pewno będzie w niej łatwiej.
Zbroja została dopasowana do mnie w ekstremalnie krótkim czasie. Byliśmy więc gotowi do wyprawy.
Gdy tylko słońce zaczęło zachodzić wyszliśmy z kryjówki krasnoludów i ciemnymi uliczkami zmierzaliśmy w stronę świątyni. Pierwszy szedł Glow jako, że sztuka ukrywania się szła mu całkiem nieźle. Wychyliliśmy się zza jednego z domów, a za nim dojrzeliśmy tego samego demona, który wyszedł zza pleców barona podczas jego popołudniowej przemowy. Obok niego stało pięciu mocno przestraszonych gwardzistów. Demon podniósł jednego z nich i dosłownie złamał go na pół. I wtedy właśnie dostrzegł nas. Dookoła w momencie pojawiła się ściana lodu, która blokowała nam zupełnie drogę ucieczki. Zresztą – nikt nie miał zamiaru uciekać. Melweros zmówił bardzo krótką modlitwę, a jego strzały jakby prowadzone przez samego Tempusa utkwiły w demonie. Czterech gwardzistów bardzo powoli podchodziło w naszą stronę. Ewidentnie kierowani byli przez Osylutha. Bali się. Nie chcieli walczyć. Stanąłem krok przed nimi, a ci nie zaatakowali. Demon wzbił się w powietrze i zniknął, ale czuliśmy go gdzieś nad sobą. Chwilę później poczułem potężne uderzenia w plecy. Jednak zbroja Shooma'y była niezawodna. Z trudem uniknąłem ciosów Osylutha. Jego ogon natomiast wbił się na łokieć w posadzkę zaraz przy mojej nodze. Staliśmy naprzeciw potężnej siły. To nie był taki małoznaczący stwór, jak w bibliotece. To był demon, którego moc czuliśmy wszyscy. Onami próbował rzucił ognistą kulę, której całkiem niedawno nauczył się u Delgarosa, ale ta przelatując obok potwora - najzwyczajniej w świecie znikła. Osyluth z impetem ponownie zaatakował swoim ogonem - tym razem Melwerosa. Elf oberwał, a trzy sekundy później leżał na ziemi w pozycji embrionalnej. Toris podbiegł do niego i próbował leczyć. Brewis strzelał ile mógł. Onami wspomagał drużynę czarami ofensywnymi. Demon lądując ponownie, zaatakował mnie pazurami, a Glow, który próbował oflankować - dostał potężnym ciosem ogona, jednak udało mu się zachaczyć też o Osyltuh'a. Wykorzystałem moment nieuwagi i przy użyciu tarczy - uderzyłem całą siłą, a demon tracąc równowago poleciał w lodową ścianę, którą chwilę wcześniej sam stworzył. Chyba w końcu to go zabolało. Przypomniał mi się okres mojego dzieciństwa, kiedy dziadek walczył z podobnym stworem, jednak o wiele potężniejszym. Klasztor uczył mnie, że nie powinienem się kierować chęcią zemsty, ale teraz... dodawała mi ona sił. Widziałem jak zły w błyskawicznym tempie zbiera się do ataku. Nie chciałem czekać, aż do mnie przyjdzie. Odrzuciłem tarczę i ruszyłem w jego kierunku, łapiąc rękojeść miecza w obie ręce. Wiedziałem, że to starcie będzie decydujące dla jednego z nas. I w chwili, kiedy byliśmy już o krok od siebie - obaj uderzyliśmy i obaj otrzymaliśmy cios. Słychać było jedynie krótki dziwny dźwięk, po czym poczułem mocne pazury przebijające się przez zbroję. Przyklęknąłem i oparłem się na mieczu bo inaczej nie utrzymałbym równowagi. W oczach mi pociemniało i pewnie zemdlał bym, gdyby nie Toris. Odwróciłem głowę i ujrzałem leżącego martwego demona. Podniosłem się z ziemi. Nie było w tej chwili czasu na analizę sytuacji. Trzeba było ruszać w stronę świątyni. Z tamtego kierunku widać było słup światła idący pionowo do góry. Biegiem udaliśmy się tam. Przed świątynią stał człowiek trzymający korbacz w rękach. Toris widząc na co się zanosi - nie wytrzymał.
- Czarci pomiocie! Mamy dość panującego tutaj chaosu! Wyjdź na pojedynek.
Ten nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko szyderczo i odwrócił głowę do tyłu.
- Drador... mamy gości.
No tak. To było oczywiste, że postać nie będzie sama. Za jego pleców wyskoczyły dwa barghesty, identyczne jak te z którym walczyliśmy po uczcie poprzedniej nocy. Była tam jeszcze jedna postać w czarnym płaszczu. Toris i Brewis zderzyli się z barghestami, ja obrałem sobie za cel osobnika w czarnym płaszczu. Onami ponownie posłał kulę ognistą, która przeleciała pomiędzy wrogami i wybuchała w drzwiach świątyni, raniąc wszystkich wokół. Wewnątrz mogliśmy dostrzec jeszcze dwóch akolitów, którzy inkantowali jakieś czary patrząc w moją stronę. I wtedy z ich rąk wyleciała w moim kierunku chmura czarnych czaszek. Zebrałem w sobie wszystkie siły. Poczułem przypływ adrenaliny i związany z nim dreszcz, walczyłem w sobie ze złym czarem, którego działania nie znałem. I udało się. Przybyła do mnie potężna moc i odpowiedziałem błyskiem światła raniącym i oślepiającym wrogów. Dwóch akolitów, mocno ranionych wcześniej przez Onamiego padło teraz od bijącego światła. Kosztowało mnie to sporo energii, dlatego jedyne co mogłem robić, to odbijać ciosy Barghesta. Drużyna spisała się znakomicie, sprawnie wykańczając kapłana oraz człowieka z korbaczem. Nie obyło się jednak bez poważniejszych ran, których niwelowaniem zajął się Toris. Weszliśmy do środka tylko dzięki ochronie utrzymywanej przez kapłana, która tłumiła emanujące potężne zło. Słup światła widoczny z miasta wpadał do piekielnego portalu. Razem z Torisem zdecydowaliśmy się na próbę jego zamknięcia. Zaczęliśmy wspólnie tą samą modlitwę. Czuliśmy wzrastającą w nas energię. Kiedy nasze ciała nie pozwalały na więcej - rzuciliśmy ją w portal. Cała drużyna odleciała dwa kroki do tyłu i wylądowała na posadzce. W świątyni zapadła ciemność. Nie było już światła, a w otchłani zobaczyliśmy jeszcze dwa ciała. Paladynki i arcykapłanki. Widać było, że walczyły do ostatniej kropli krwi, a nikt z nas nie wytrzymałby tyle co one. Melweros podszedł do ciała jednej z nich, zdjął z palca pierścień i obiecał pomścić tego, który jest temu winien.
- Chodźmy... przyjdzie czas, że będziemy mogli złożyć hołd ich duszom.
W sklepie kupczyni widać było ślady walki. Wszystko było powywracane. Dostaliśmy dokładne instrukcje, dlatego też bez problemu znaleźliśmy właz do podziemi. Kiedy docieraliśmy do tunelu usłyszałem w myślach głos Lisy: "Jestem gotowa Kochanie". Korytarz prowadzący do ratusza był starą krasnoludzką konstrukcją, dlatego też Brewis za punkt honoru wziął sobie torowanie szlaku. Tyle, że zrobił o jeden nieostrożny krok za dużo. Po jego prawej stronie pojawił się gigantyczny topór, który rozciął mu ramię. Rana była głęboka. Po zatamowaniu krwawienia ciężar prowadzenia grupy wziął na siebie Glow. Temu udało się wychwycić zawczasu jeszcze jedną pułapkę przygotowaną na nieproszonych gości. Korytarz kończył się ścianą na której wypisany był napis:

"WIELKIE ZA MNĄ SKARBY
MNIE NIE MINIESZ
Z GRACJĄ
MOŻESZ JE ZDOBYĆ
TRAKTUJĄC MNIE
RACĄ"

Każda litera tego znajdowała się na osobnym kamieniu. Brewis słyszał już kiedyś o takiej konstrukcji i przypuszczał, że trzeba wcisnąć odpowiednie dwa kamyki. Zagadka? Teraz? Kiedy nie mieliśmy wiele czasu, a Lisa czekała na odpowiedni moment. Wszyscy patrzyliśmy tępo na ścianę z literkami. Szczęściem, Glow i Melweros wykazali się bystrymi umysłami, bo choć obaj nie byli pewni swoich odpowiedzi, to niezależnie wskazali te same litery. Podszedłem do ściany wpychając do środka kamienie zaproponowane przez nich. Ściana mocno się zatrzęsła i usłyszeliśmy szelest. Dopóki ściana nie rozjechała się na boki, zdawało się, że nie rozwiązaliśmy zagadki dobrze. A jednak. Odpowiedziałem Lisie, że jesteśmy na miejscu. Znaliśmy plany budynku i wiedzieliśmy gdzie trzeba iść. Słyszeliśmy rozkazy dobiegające zza drzwi i wyruszający oddział . Powoli wychylaliśmy się na z pomieszczenia do którego trafiliśmy. Glow skradał się do jednego z gwardzistów i próbował go ogłuszyć. Jak się okazało - nie był w tym dobry, bo najzwyczajniej w świecie go zarżnął. A to już robił z mistrzowską wręcz wprawą, bo w idealnej ciszy. Nie podobało mi się to, ale teraz nie było czasu dyskutować. Przed salą tronową stało dwóch gwardzistów, których ominąć nie było szans. Chciałem do nich po prostu dobiec i ogłuszyć, ale Onami mnie uprzedził. Niezbyt cicho uderzył magicznym płomieniem zabijając obu. Nie wytrzymałem i pobiegłem do przodu, obawiając się, że drużyna zabije wszystko co się rusza w ratuszu, a przecież nie o to chodzi. Dotarliśmy do sali tronowej, gdzie spodziewaliśmy się zastać barona Melweros przebiegł obok drzwi, aby zajrzeć co jest w środku, ale zdążył zobaczyć jedynie odział formujący szyk. Nie zastanawiałem się już, tylko wbiegłem do środka. Kiedy pokazałem się za drzwiami cztery bełty poleciały w moją stronę. Jednak nie były dobrze wycelowane, bo odbiły się od zbroi nie czyniąc mi krzywdy. Czułem, że krok za mną jest Toris, próbujący zrobić to samo. Zobaczyłem na swojej drodze cztery halabardy, za nimi czterech kuszników, a z tyłu Helma. Za nim znajdowała się jeszcze jedna postać, której nie potrafiłem rozpoznać, bo skupiłem się na tym, by ominąć halabardy. Wpadłem między nie taranując kilku żołnierzy. Nade mną przeleciał magiczny pocisk. Kiedy byłem już za gwardzistami poczułem jakby coś wkręcało się w mój umysł. Potężny, paraliżujący ból, udało mi się za pierwszym razem zniwelować. Helm ruszył w moim kierunku. Drugi atak nieokreślonego bólu złamał moją wytrzymałość. Przestałem kontrolować swoje zachowanie. Nie pamiętam co się dokładnie stało. Odzyskałem świadomość, gdy zdałem sobie sprawę, że zadaję cios Glowowi, a Helm ciął mnie. Nie miałem żadnych szans na parowanie jego ataku. To był wytrawny wojownik i gdyby nie trzeźwość umysłu Onami, który wykorzystał zauroczenie - było by naprawdę marnie z nami. Chwilę później Glow znalazł się przy postaci, której tożsamość już ustaliliśmy. Łupieżca umysłów trzymał teraz swoimi mackami Glowa. I gdyby nie to, że Helm oswobodził się z jego opętania - nie chciałbym znać dalszych losów tego starcia. Łupieżca padł pod potężnymi ciosami barona, którego rozum jeszcze chwilę wcześniej kontrolował. Odetchnęliśmy przedwcześnie. Gdy Helm odzyskał własną wolę - zwołał całą armię, która chwilę wcześniej wybiegła. Byliśmy otoczeni, ale i tak nie mieliśmy zamiaru walczyć. Położyłem jedynie swój oręż na posadzce. Helm usiadł zrezygnowany na swoim tronie i zażądał od nas wyjaśnień.
Opowiedzieliśmy mu wszystko od początku do końca nie pomijając szczegółów. Mina mówiła sama za siebie. Po czym zaczął wydawać szybkie rozkazy do podwładnych.
- Rozesłać Heroldów po mieście. Anulować dzisiejsze edykty. Wypuścić krasnoludów z więzień, a za wszelkie szkody wypłacać pieniądze z skarbca. A teraz zostawcie nas. Natychmiast!
Byłem pełen podziwu... Gdy już zostaliśmy sami, baron zlustrował każdego z nas.
- Dziękuje za ocalenie mojego miasta.
Po krótkiej ciszy podjął dalej.
- Niemoralnym jest jednak, by oswobodzenie Sundbaru przypisać drużynie poszukiwaczy przygód, dlatego też będę was prosił o dyskrecję. Mam nadzieję, że zrozumiecie moją decyzję. Oczywiście wynagrodzę wam dzisiejsze dokonania. Niech tylko to, co tu zaszło nie wychodzi poza mury tego budynku.
Pokłoniliśmy się lekko.
- Zapraszam was jutro w południe na ucztę. A teraz proszę, zostawcie mnie samego.
Zostaliśmy odprowadzeni praktycznie pod samą karczmę. Byłem wykończony. Cała drużyna słaniała się na nogach, a przed nami była jeszcze jedna rozmowa.
Usiedliśmy wszyscy w naszym pokoju.
Zacząłem od tego co stało się w bibliotece. Opowiedziałem wszystko.
- Liso. Twoja kolej.
Lisa wstała i rozwiązała swój naszyjnik. I ponownie zamieniła się w licza. Toris od razu poczuł złą aurę i gotowy był wyciągnąć swój topór. Doskonale rozumiałem co czuje. Reszta drużyny też wyglądała na zniechęconych. Lisa opowiedziała im wszystko tak, jak mi. O chorobie i o napadzie w Burzowych Wzgórzach. Ubrała amulet z powrotem
- Teraz już wiecie wszystko. Nie proszę was byście podróżowali dalej ze mną. Choć razem z Ostisem podjęliśmy już decyzję. Zmierzamy razem do Silvermoon, aby mój ojciec pobłogosławił nasz związek.
- Ostisie... podaj mi choć jeden powód dla, którego miałbym nie zaatakować złej istoty.
- Usłyszałeś go przed chwilą przyjacielu. Poza tym, bardzo bym nie chciał żebyśmy pozabijali się nawzajem. - urwałem na chwilę
- Zaufaj Torisie... Resztę z was proszę o to samo.
Nie było to łatwe. Ale w końcu usłyszałem to, co było dla mnie niezwykle ważne.
- Komu mielibyśmy ufać jak nie paladynowi? - przerwał ciszę Glow.
- Jutro ruszamy razem do Silvermoon - przytaknął Melweros.
Onami potwierdził skinieniem głowy.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Minkiel #10
Member since Apr 2007 · 1291 posts
Group memberships: Animatorzy, Użytkownicy, WD Global
Show profile · Link to this post
W karczmie zastaliśmy Amana. Nie opowiadaliśmy mu wszystkiego, bo przecież obiecaliśmy baronowi, że nie będziemy rozgłaszać zajść.
W nocy pojawił się kolejny problem. Mój spokojny, zbawienny sen przerwał Glow zatykając mi usta ręką. Nie chciał, bym budził kogokolwiek. Udało mi się wstać nie budząc Lisy owiniętej wokół mnie. Wyszliśmy z gospody, szukając miejsca, gdzie można będzie porozmawiać.
- Mam nadzieje, że to coś poważnego.
- Ostisie, wiem, że nie byłem z wami od początku wyprawy, ale mam podejrzenia, że ktoś z naszej drużyny jest szpiegiem.
Obudziłem się momentalnie. Już drugi raz słyszę, że mamy szpiega obok siebie. Wcześniej wspominał o tym Melweros. Przez ostatnie zajścia jednak najzwyczajniej w świecie o tym zapomniałem.
- Skąd te przypuszczenia Glow? I kogo podejrzewasz?
- Pamiętasz w bibliotece? - popatrzył się na mnie - Nie... nie możesz pamiętać, nie było Cię wtedy z nami. W każdym bądź razie - widziałem jak Melweros padł na ziemię, a na jego klatce piersiowej coś rozbłysło i znikł fragment tatuażu. Nie mam pojęcia czy to jest jakikolwiek znak, ale myślę, że powinniśmy oczekiwać od niego wyjaśnień.
- Glow... wiesz, że on jest dłużej od Ciebie w drużynie. Dlaczego miałbym z kolej ufać Tobie. Może to Ty jesteś szpiegiem? Melweros już chwilę temu mówił mi to samo. Jakiś czas po tym jak pokazałeś się w drużynie. Wtedy gdy wyruszyliśmy z Nowego Fortu... Chwila! Melweros znikł podczas nocnego zamachu w naszym pokoju.
Miałem mętlik w głowie. Komu zaufać? Czy Melweros faktycznie był szpiegiem? Te jego nocne wycieczki. Tajemnice przed drużyną. Tatuaż o którym nic nie wiemy... Może Toris? Onami? Nie, gdyby on miał być szpiegiem, to po prostu upiekłby nas żywcem w odpowiednim momencie. Brewis? Hehehe! - buchnąłem śmiechem w myślach - No... podszywał się idealnie. Więc kto do cholery? Kapłan, który nas leczy po i w czasie walki? Gdyby nie on, na pewno nie przeżylibyśmy wyprawy do biblioteki. Wszystko wyglądało na to, że osobą najbardziej tajemniczą jest Melweros. Nie wiedzieć czemu ufałem Glow. Choć nie był ze mną do końca szczery. Ale obiecałem mimo wszystko mieć go na oku.
- Dobrze. Spróbujemy go przepytać. Dzisiaj w dzień postaramy się wyrwać w czwórkę... Pamiętaj, że będę miał na oku każdy Twój ruch.
Wymieniliśmy się spojrzeniami i poszliśmy spać z powrotem. Wydawało się, że nie obudziliśmy nikogo. Kładąc się, jednak zauważyłem, że Lisa nie śpi. Szepcząc jej do ucha opowiedziałem o rozmowie z Glow.
Mimo napięcia jakie panowało po wydarzeniach minionych dwóch nocy nie miałem, żadnego problemu z zaśnięciem. Zbudziło mnie dopiero przedpołudniowe słońce. Ledwie zdążyliśmy na ucztę zorganizowaną przez Helma. Na szczęście spotkanie nie trwało zbyt długo, toteż mieliśmy całe popołudnie dla siebie. Miałem jeszcze jedną prośbę do Helma, o której chciałem z nim porozmawiać w cztery oczy. Spotkaliśmy się jeszcze z Amanem, który podarował wszystkim przepiękne karwasze. Choć nigdy nikt z nas nie widział mithrillu, wydawało się, że niektóre zdobienia wykonane były właśnie z niego. Aman zajął się już przygotowaniami do opuszczenia z miasta i wynajął barkę, która wyruszyć miała z samego rana następnego dnia. Przyjęliśmy to do wiadomości i rozeszliśmy się wszyscy w różnych kierunkach. Melweros i Toris prawdopodobnie poszli do ostatniej ocalałej świątyni Tyra. Onami na pewno czytał zwoje u Delgarosa, a Brewis... hmm nie wiem co z Brewisem.. Może szukał jakieś krasnoludki do towarzystwa? Ja wybrałem się na spacer z Lisą. Teraz byłem już pewien, że podjąłem wtedy dobrą decyzję. Przed zmierzchem poszedłem do Helma. Sam. Udało mi się bez większego problemu uzyskać audiencję. Zostałem zaprowadzony przez służbę aż pod salę tronową. Tą samą salę tronową. Dwóch lokajów otworzyło drzwi i zostałem wpuszczony do środka. Z baronem było jedynie czterech gwardzistów, którzy nawet nie drgnęli, gdy przechodziłem obok.
- Witaj Wasza dostojność... Proszę, wybacz, że przeszkadzam.
- Drogi Ostisie - jesteś tutaj mile widziany. Słucham. Z czym przychodzisz do mnie.
- Panie, mam prośbę. - Baron nie przerywał, tylko słuchał uważnie. - Wiem, że nie byłeś świadom swojej przemowy, ale mówiłeś w niej o świątyni, która - jak zapewne wiesz - została zbezczeszczona. Arcykapłanka i paladynka, które służyły w niej powinny zaznać spokoju po śmierci.
- Ich ciała zostały znalezione. Będzie uroczysty pochówek.
- Chciałbym jeszcze, by w miarę możliwości świątynia Helma została odbudowana. To miejsce nie zasłużyło na zniszczenie.
- Masz rację Rycerzu. Świątynia na pewno zostanie odbudowana. Rozesłałem listy w celu poszukiwania kapłanów.
Pochyliłem głowę w podzięce za wysłuchanie i zamierzałem wyjść. Helm jednak, gdy tylko zrobiłem krok do tyłu zatrzymał mnie.
- Poczekaj Ostisie. Ja też mam do Ciebie prośbę.
- Słucham Panie.
- Doszły mnie słuchy, że podróżujecie do Silvermoon.
Przytaknąłem.
- Mam wiadomość do przekazania do tego miasta. Sam nie mogę opuścić teraz Sundbar więc muszę posłać jednego z moich heroldów. Czy mógłbym prosić, aby towarzyszył wam w drodze? Prawda jest taka, że wysłanie oddziału wojska może być prowokujące, natomiast podróż w pojedynkę to samobójstwo.
- Nie widzę problemu. Wyruszamy jutro wczesnym rankiem.
- Świetnie. Dzisiaj wieczorem przyjdzie do ciebie goniec, aby dokładnie dowiedzieć się, gdzie i kiedy się spotkacie z panią herold.
- Będziemy w karczmie.
Po około dwu godzinach odnaleźliśmy się wszyscy. Opowiedziałem o wizycie u barona i nowej postaci, która ma do nas chwilowo dołączyć. Przypominając sobie o obiecanych przez Helma podarkach od kupców zdecydowaliśmy udać się do południowo wschodniej części miasta. Tym razem bez problemu uzyskaliśmy dostęp do bramy z której wcześniej przywitała nas miniaturka kuszy wałowej. Shooma uśmiechnęła się na nasz widok. Zdejmowałem już zbroję i chciałem prosić o swoją, którą zdobyłem w Burzowych wzgórzach ratując Lisę. Uśmiechnąłem się do wspomnień. To już dwa miesiące od kiedy wyruszyliśmy. Ileż działo się od tamtego czasu. Przelot statkiem, atak zentów, przygoda w Martwych śniegach, zamach na nasze życie w Nowym Forcie... Lisa pstryknęła mi palcami przed oczyma. Shooma popatrzyła na nas wszystkich.
- Baron obiecał każdemu z was coś od miasta. Ta zbroja ma wielką wartość podaruję Ci ją, jeżeli dwójka z drużyny poświęci swoje prezenty na jej rzecz, a Twoja stara zbroja paladynie zostanie u mnie. Nie spodziewałem się tego. W trakcie jednej misji zrozumiałem wartość adamatytu. Zdawał się amortyzować cześć siły uderzeniowej. A oberwałem kilka razy ostatniej nocy. Lisa i Glow jednocześnie wręcz zrzekli się swojego udziału. Sprawili mi ogromną radość. Doceniałem to.
Wieczorem każdy miał chwilę dla siebie. Onami pobiegł do czarodzieja, nie pytając nikogo o zdanie. Chyba polubił tego sknerę, który bardzo skrupulatnie uszczuplał jego sakiewkę. Toris udał się do świątyni Tyra. Poprosiliśmy Melwerosa żeby poszedł z nami. W czwórkę weszliśmy do naszego pokoju.
- Melwerosie, pamiętasz jak mówiłeś mi o szpiegu w naszej drużynie. Glow dzisiaj w nocy przypomniał mi to samo. - Ten popatrzył na mnie jakby chciał zabić wzrokiem.
- No i? Czyżbyś mnie podejrzewał paladynie.
- Podejrzewam ciebie tak samo jak wszystkich innych.
- W bibliotece widziałem tatuaż na Twoim ciele. Może nam coś opowiesz o nim? – raczej nalegał niż poprosił Glow.
Melweros ściągnął kolczugę i pokazał nam duży tatuaż. Okrąg i wpisany w niego znak w kształcie litery "V". Widziałem błysk w jego oczach. Jeżeli był niewinny, to faktycznie nie dziwie mu się. Ja też bardzo nie lubię być niesłusznie oskarżany.
- Nie wiem skąd go mam... Nie pamiętam.
- Kogo spotkałeś w Nowym Forcie ?
- Znajomą.
- Jak mamy Ci ufać skoro masz przed nami tajemnice?
- Każdy ma tajemnice.
- Jeszcze macie coś do mnie ? - dodał po chwili
Rozmowa trwała jeszcze chwilę. A skończyła się na tym, że Melweros trzasnął drzwiami wychodząc z pomieszczenia. Chwilę później po modlitwach wrócił Toris. Jemu też przedstawiliśmy sytuację, ale tym razem podjęliśmy decyzję, że wspólnie znajdziemy tego, kto jest przeciwko nam. Poprosiłem Lisę, żeby wysłała wiadomość do Onami. Dalej byłem pod wrażeniem jej mocy. Niby proste zaklęcie, ale wysłać wiadomość na sporą odległość było nie lada wyczynem. Około pół godziny później dołączył do nas. I nawet Melweros wrócił, mimo że przyszedł chyba po swoje rzeczy, ale udało nam się go przekonać żeby został.
- Podobno ktoś, albo coś w drużynie przekazuje informacje o naszym położeniu. Osobiście nie chce mi się wierzyć, że ktoś robi to świadomie. Ale ! Nie wyruszymy z Sundbaru, dopóki nie dowiemy się co się tutaj dzieje. Nie ukrywam, że liczę teraz na was, bo ja nie mam pomysłu.
To nie mogła być świadoma osoba, byłem tego pewien. Zatem co? Ktoś śledzi nas cały czas, a nikt tego nie zauważył?
- A może identyfikują nas po jakimś przedmiocie? - rzucił Toris.
- No dobrze, ale skąd będziemy wiedzieć, który to przedmiot, jeżeli nie możemy już nic zidentyfikować, bo zużyliśmy już wszystkie perły.
- Może rozproszymy wszystkie magiczne przedmioty, które są w tym pomieszczeniu.
- I co wtedy ?
- Jeżeli magiczny przedmiot ma podwójne działanie tylko jego pierwsza powłoka zniknie.
Wyciągnęliśmy na wierzch wszystko, co mogło być podejrzane i zasiedliśmy wokół stołu. Lisa zaczęła inkantować czar. Zdawało się, że ze wszystkich naszych magicznych przedmiotów uleciała lekkość i aura, którą posiadały wcześniej. I znalazło się. Naszyjnik, który miał na sobie Onami zaczął świecić i zaciskać się wokół jego szyi. Czarodziej próbował go rozerwać, ale ten zacisnął się jeszcze mocniej i zaczął dusić. Podbiegł do niego Glow ze sztyletem i próbował przeciąć kolię, jednak gdy tylko jej dotknął - odskoczył od skumulowanej w nim energii. Lisa szybko inkantowała rozproszenie magii, ale efekt był bardzo podobny do próby rozcięcia naszyjnika. Onami był coraz bardziej purpurowy i wydawało się, że niewiele brakuje, by zemdlał. W ostatniej chyba chwili udało mu się przerwać przeklętą biżuterię. Padł jednak wyczerpany na podłogę i łapał powietrze. Po kilku minutach udało nam się go przywrócić do świata żywych.
- Skąd go masz?
- Martwe śniegi...
No to pięknie... jesteśmy śledzeni już od Martwych śniegów.
- Pamiętacie ucztę? Przyplątały się do mnie dwie kobiety. Powiedziały, że w ramach podzięki od miasteczka dostanę amulet ochronny i...
- i?
- I że dostane tysiąc sztuk złota, jeżeli obiecam go nosić.
Popatrzyliśmy na niego wystarczająco wymownie.
- Obiecałem. - Pochylił głowę. Mogłem sobie tylko wyobrażać tylko co myślał o swojej rozwadze. O ile amulet każdy z nas chyba by przyjął, to tysiąc sztuk złota mogło dać do myślenia.
- Przynajmniej już wiemy, skąd zamach w Nowym Forcie i przedwczorajszej nocy po imprezie. Nie ma co wracać do tego... Miejmy nadzieję, że był to pierwszy i ostatni taki rekwizyt. Jutro rano wyruszamy w kierunku portu, stamtąd płyniemy barką do Silvermoon.
Wieczorem przybył jeszcze goniec, aby przekazać informacje dla pani herold.
- Przekaż Pani, żeby zjawiła się o wschodzie słońca w porcie.
Było już późno. Emocje opadły. Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie, opowiadając sobie historie z przed lat. Do naszego grona dołączył kupiec z córką. Chyba był zadowolony z naszego towarzystwa. Jego sakiewka urosła. Cieszyliśmy się, że nasza wizyta w Sundbarze dobiegała końca. Choć wydawać się mogło, że nic więcej się w tym mieście stać nie może to przeżyliśmy tutaj wystarczająco dużo. Nie oszczędzaliśmy się tego wieczoru, a i karczmarzowi dostała się niezła zapłata za gościnę i fatygę. Późną nocą położyliśmy się spać. Nie ustawialiśmy wart.
Wstaliśmy bardzo wcześnie. Pozbieraliśmy wszystkie swoje rzeczy i ruszyliśmy do portu żegnając Sundbar.

[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]

Serwis nart Kraków
Close Smaller – Larger + Reply to this post:
Verification code: VeriCode Please enter the word from the image into the text field below. (Type the letters only, lower case is okay.)
Smileys: :-) ;-) :-D :-p :blush: :cool: :rolleyes: :huh: :-/ <_< :-( :'( :#: :scared: 8-( :nuts: :-O
Special characters:
Go to forum
This board is powered by the Unclassified NewsBoard software, 20120620-dev, © 2003-2011 by Yves Goergen
Page created in 1.5 s (1.4 s) · 101 database queries in 11.9 ms
Current time: 2020-10-31, 10:52:33 (UTC +01:00)