Not logged in. · Lost password · Register
Forum: Play By Forum / Twórczość własna Twórczość własna RSS
Lopaty kilka zdań.
Śmierć przychodzi za dnia.
Avatar
lopata #1
Member since Feb 2007 · 523 posts · Location: Czy to ważne?:P
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Subject: Lopaty kilka zdań.
Prolog

Wiejący wiatr, który chulał pomiędzy drzewami zwiał podróżnikowi kaptur z głowy. Jego długie do ramion, blond włosy pomimo, że były spięte w kitkę, rozwiały się unosząc w tańcu na wietrze. Zezłoszczony powtarzaniem poprawiania włosów i chowaniem się przed chłodnym wiatrem kolejny raz, musiał to i tym razem zrobić. Odgarniając kosmyk włosów sprzed oczu, mrużąc powieki dostrzegł oddalone ogniska. Jego cel był blisko. Przyśpieszył kroku rozcinając mieczem gałązki i jeżyny rosnące na jego drodze. Kiedy pokonał w ten sposób około kilometra zza jego pleców dosłyszał szelest liści spowodowany jednostajnym tąpnięciem. Kiedy wędrowiec odwrócił się, dostrzegł elfiego łowcę. Ubrania były wykonane ze zwierzęcych futer, przez ramię przewieszony miał kołczan z kilkoma strzałami a w prawej ręcę łuk. Prostując się przed człowiekiem zmierzył go wzrokiem by w końcu uśmiechnąć się i odezwać:
-Asetor. Szmat czasu. To już trzecia zima była by odkąd się nie widzieliśmy.- Ścisnęli się klepiąc po plecach i ciesząc się z własnego spotkania.- Szmat czasu kompanie.
-Wiele już wschodów widziałem ale tego, w którym poznałem cię nigdy nie zapomne. Lotherinetrelin, bracie. Co słychać w osadzie?
Elf zwiesił głowę i posmutniał. Po chwili milczenia spojrzał zza ramienia kompana w stronę osady i wzruszył ramionami.
-Lares zmarł a stanowisko mera objął przybyły do osady zimę temu młodzik. Bardzo surowe rządy wprowadził. Chłopi się skarżą a pozostałe osady też nie najcieplej o nim mówią. Pozostali merowie też nie potrafią z nim dojść do porozumienia.
-Ale czemu nowo przybyły objął to stanowisko? Kto mu powierzył tutaj władzę?- Asetor potrząsnął głową najwyraźniej nie rozumiejąc polityki tej decyzji.
Z resztą on nigdy nie najlepiej mówił o rządzących. Wolał wolne przestrzenie, gdzie mógł biegać samopas. Gdzie mógł z grupą przyjaciół spędzać czas tak jak on sam na to sobie życzy. Polubił Laresa i niekiedy rozumiał jego ból. Lares był taki jak on sam. Stanowisko mera dostał w zamian za zasługi obronne osady. Aktualny mer zginął podczas obrony, a Lares jako sierżant straży wykazał się bohaterskimi czynami. Objął to stanowisko uważając, że jakoś dzięki swojemu doświadczeniu i przeżyciom pomoże ludziom okolicznych terenów. Kiedy zderzył się z szarą rzeczywistością zrozumiał zawiłość intryg i politycznych gier.
-Wiesz jak to jest.- Przerwał milczenie elfi łowca.- Ojciec znajomych, znajomych znajomego. Wiesz dobrze, że tak jest i było zawsze. Raptem Lares i może kilka jeszcze nielicznych osób doszły do tych stanowisk dzięki zasługom, ale to są nieliczne jednostki, które na palcach jednej ręki zlicze.
Oboje spojrzeli ponownie na osadę. Nie miała nazwy. Zbyt krótko istniała aby mogła doczekać się swojej własnej nazwy. Pięć ludzkich pokoleń to zdecydowanie za mało aby mówić o jakiejś dłuższej egzystencji. Do tej pory mówiono o osadzie jako tej która jest na szczurzej górze. Tą niezbyt chwalebną nazwę wzniesienie dostało tylko dlatego, że pod ziemią znajdowały się liczne tunele i komnaty skavenów, a przybyli tu ludzie dzięki swojej inteligencji oraz pomocy krasnoludów i elfów wybili je co do ostatniego. Oboje kładąc sobie ręce na ramionach jak za dawnych czasów szli śmiejąc się i żartując. Żartując aby na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości, aby zatopić się w chwili szczęścia, którym było spotkanie po tak długiej rozłące. Zbliżając się do osady człowiek zatrzymał się, spoglądając w oczy Lotherinetrelinowi.
-A powiedz mi co u Elzy?
-Przykro mi przyjacielu. Elza wyszła za mąż. Nie mogła czekać na ciebie. Potrzebowała mężczyzny, który się nią mógł zaopiekować. Jest szczęśliwa więc nie burz jej tego szczęścia. Nie pokazuj jej się na oczy, unikaj jej.
-Czy mają wspólne potomstwo?- Asetor był najwyraźniej zasmucony usłyszaną wiadomością i z trudem opanowywał napływające łzy w oczach.
-Tak.- Ta krótka odpowiedź zakończyłą ich dalszą rozmowę.
Asetor pożegnał się w milczeniu z elfem uścisnąwszy się i odwracając się do bram osady ruszył powolnym krokiem za jej palisadę. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie takiego.

* * *

-Szybko nędzna istoto! Szybko!- Starzec kopnął kolejny raz chłopaka w pośladki.- Leniwy gnojek. Po co ja się w ogóle zgodziłem brać cię na szkolenie. Żadnego pożytku. Żadnego!
Chłopak dopiero wkraczał w młodzieńczy wiek a już od kilku lat zajmował... nie, on służył temu magu. Przynieś, podaj, pozamiataj. Nie posiadał chwili na naukę. Co z tego, że otrzymał księgę z czarami. Na dodatek tylko dwoma. A i tak tom był potężnie gruby. Co z tego, że posiadał księgę z czarami skoro nie miałnawet chwili na naukę. Prace za dnia były dla młodego adepta sztuk magicznych tak wykańczające, że nie miał sił nawet jeść kolacji. Zmęczony i wycieńczony padał na posłanie i natychmiast zasypiał, kolację zaś jadł zimną z samego rana. I tak od kilku lat. Pewnego dnia, raz jego mistrz musiał wyjechać na kilka dni, to tylko wtedy uczeń miał czas na nauki. Długie godziny spędzał na czytaniu i studiowaniu jednego czaru- odgłosów. Mizerny czar to był, ale prosty. Nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo z pozoru. Podczas tamtej samotnej nauki miał tylko i wyłącznie szczęście, że nie zrobił sobie krzywdy. Czar, który ćwiczył wymknął się spod kontroli ucznia i wydobyty dźwięk był tak głośny i tak piszczący, że chłopak nie był w stanie stłumić tego we własnych uszach. Gdyby czar nie rozprysł się po chwili pewnie już by nie żył. Od tamtej pory, kiedy wrócił jego mistrz, nie odważył się ponownie przećwiczyć cokolwiek. Tępo wykonywał jedynie polecenia mistrza, czekając w nadzieji, że kiedyś zasłuży na lekcje. Teraz nie miał nawet sił aby móc się pomodlić do Sigmara o wytrwałość w tej jakże dla niego ciężkiej próbie.
"...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..."

Same plusy...a minusy to też plusy;)
Avatar
lopata #2
Member since Feb 2007 · 523 posts · Location: Czy to ważne?:P
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Rozdział 1
Od czegoś musi się zacząć

Młody chłopak niosąc na swoich barkach dwa wiadra zawieszone na drągu, zaklął pod nosem kiedy rozlał sobie na buty trochę cieczy. Pogoda nie była najcieplejsza a dmiący wiatr na dodatek prosto w twarz nie sprzyjał pracy na dworze. Pomimo to z uporem, zaciskając zęby na wargach i mocniej ściskając kij brnął dalej do wieży maga. Huśtające się cembry kolejny raz pozwoliły uwolnić się wodzie na szaty młodego adepta sztuk magicznych. W pewnym momencie chciał już tym wszystkim rzucić na ziemię i nigdy więcej nie wracać do maga. Jednak z każdą chwilą zastanowienia się ten młody chłopak dochodził do wniosku, że nie ma gdzie pójść. Imperium było ogromne a na jego ziemiach czychało wiele niebezpieczeństw i zwierzoludzie oraz goblinoidzi byli najmniejszym zagrożeniem. Wiele to histori nasłuchał się o wielkich smokach, o wszelakiej maści ogromnych potworach i o żywych zwłokach. Na samą myśl, że mógłby spotkać człowieka który nie żyje i na dotatek chodzi, przez plecy przechodził go zimny dreszcz. Kiedy znalazł się przed drzwiami łapiąc równowagę pchnął drzwi jedną stopą. Podbudowało go to w jak inteligentny sposób zablokował kamykiem drzwi aby te się nie zatrzasnęły za nim kiedy wychodził po wodę. Nic się nie wydarzyło, nic co wzbudziło by podejrzenia młodzika. Idąc w stronę kuchni pod wpływem zmęczenia coraz ciężej oddychał. Cisza jaka panowała na tym poziomie wcale go nie zdziwiła, gdyż nie raz już jego mistrz zamykał się w swojej pracowni na piętrze nad badaniami składników lub czarów. Cena za przeszkadzanie magowi była bardzo wysoka i kilka razy już poczuł ten młodzik na swoim kręgosłupie dębowy kij. Podszedł do kominka i zobaczył kawałek wyprawionej, świńskiej skóry z zapisaną listą prac na wypadek gdyby wrócił i zastał maga w takim stanie jak teraz. Znał podobne listy na pamięć. Codziennie dostawał słownie lub w taki sposób instrukcje do swoich zadań i nie było mowy o odwlekaniu jakiegokolwiek z nich. Gniew jaki wyładowywał mistrz na swoim uczniu był bardzo bolesny. Tego dnia jednak ciekawość młodego chłopaka była nadzwyczaj duża. Podczas skradania się do pracowni mistrza zachowywał się bardzo cicho. Chód po parterze i wspinaczka po schodach była szybsza tylko dlatego, że wykonane były z kamienia. Pierwsza kondygnacja miała już podłogę drewnianą, dlatego musiał unikać stawania na deski które miały w zwyczaju skrzypieć gdy się na nie staneło. Pomieszczenie jednak okazało się puste. Przez chwilę uczeń się przestraszył, jednak to trwało tylko chwilę. Przez jego umysł przeleciały tysiące myśli jak to on zostaje panem tej domeny i przeznacza czas na studia o czarach zwiększając w ten sposób własną potęgę i moc. Nie przestając się skradać zaczął przeszukiwać pomieszczenie po pomieszczeniu. Nie znajdując nic na parterze i pierwszej kondygnacji, odważył się aby wejść po schodach na drugi poziom wieży. Poziom, którego nigdy jeszcze nie widział od środka i który według jego nauczyciela nie był jeszcze zbudowany. Powoli wychylając głowę ponad podłogę ujrzał w tym pomieszczeniu kilka użytkowych mebli jak krzesła, stół, pusty regał i komoda. Pomieszczenie samo w sobie było faktycznie jeszcze nie skończone a meble i łóżko nie miały wyposażenia i pościeli. Chłopak usiadł na brzegu łóżka i schował twarz w dłoniach opartych o kolana zastanawiając się co tu się dzieje. Nie było jego mentora co powinno bardzo go ucieszyć a jednak przypominając sobie wypadek kiedy to ostatnio sam został, posmutniał widząc kres swojej drogi jako czarodzieja. Zanim udał się na dół postanowił przejść do widoku wiatrów magi. Zamknął oczy i oddał się bardzo krótkiej medytacji.
-Mae teleba!- Wypowiadając te słowa otworzył oczy i ujrzał.
Pomieszczenie było aż zapchane kolorowymi wiatrami. Przypominające prześcieradła jak mgła, latało po pomieszczeniu osiem podstawowych kolorowych wiatrów magii. Potrafił je nazwać i przyporządkować. Tego jeszcze nauczył go mistrz. Jednak nigdy na oczy nie widział ich wszystkich. Zielony- wiatr Ghyran, biały- Hysh, brązowy- Ghur. Pokazywał sobie palcem dla ułatwienia wyliczania, pełen fascynacji podziwiając tak piękny widok, wymieniał w myśli dalej. Żółty- Chamon,  fioletowy- Shyish, niebieski- Azyr, czerwony- Aqshy, szary- Ulgu i nagle ręka zadrżała chłopakowi. Ujrzał dziewiąty wiatr, który był różnokolorowy, połączenie wszystkich poprzednio wymienionych barw. Mistrz wspomniał, że objawia się ten wiatr w dwojaki sposób. Pierwszy to wiatr dobra, który opanowały tylko elfy i tylko one potrafiły ujarzmić jego nieobliczalną naturę, drugi zaś był całkowicie nie zrozumiały, rządzący się własnymi prawami i zakazany w Imperium. Zakazany w całym Starym Świecie. Dhar. Wiatr zniszczenia, nekromancji i demonologii i jedyny rodzaj, którego mogli urzywać ludzie. Cofając się w przerażeniu do tyłu, potknął się o taboret i upadł na podłogę tracąc koncentrację i przechodząc na zwykły tryb widzenia. Oddychając wielkimi chaustami powietrza zebrał się w sobie i zbiegł pośpiesznie na dół postanawiając nigdy nie wspominać co ujrzał na drugim poziomie. Pomimo bardzo mocno drżących dłoni i uginających się kolan pośpiesznie zabrał się do wykonywania prac z tak dużą dokładnością i szybkością, że niejedna dziewka zechciała by tak potrafić oporządzić dom. Odkładając na regał powiązane ze sobą pergaminy i oprawione w skórę cielęcą zainteresował się jedną z nielicznych w tej wieży księgą. Wiele tu było ręcznie spisanych notatników i dzienników, lub przepisanych i wykonanych samodzielnie ksiąg. Ale ksiąg jako arcydzieł, z twardą oprawą i zdobieniami liter, starannie i dokładnie spisanymi było zaledwie kilka. Nie interesował się tym zbytnio wcześniej zatem i dokładnej ilości nie znał. Grzbiet księgi muskany opuszkami palców pozwolił wyczuć wytłoczone litery w skórze: "Arcanum golemum". Tytuł niewiele mówił chłopakowi, który nie rozpoznał języka. Podstawiając sobie taboret, wzniósł się na wysokość księgi i pociągnął delikatnie ja do siebie. Nie drgnęła nawet. Postanawiając szarpnąć mocniej zdziwił się kiedy księga się nie ruszyła. Łapiąc tom dwoma rękoma zaczął ciągnąć ją i podnosić a kiedy księga przesunęła się w lewo, chłopak był tak zaskoczony, że stracił równowagę i zleciał na podłogę. Wstając z rozdziawionymi ustami i rozsmarowując obolały tyłek spoglądał jak regał przesuwa się w lewo ukazując mu przejscie w dół, które notabene było oświetlone. Dopiero teraz spostrzegł, że kamienie na podłodze w tym miejscu mają zarysowania. Chwilę stał zastanawiając się co zrobić, bojąc się że prawda jeśli wyjdzie na jaw będzie bardzo bolesna, jeśli nie śmiertelna dla młodego ucznia. Tym razem nie uciekając z miejsca odnaleziska z drżącymi nogami i trzęsacym się ze strachu całym ciałem ruszył w stronę schodów prowadzących w dół. Łapiąc amulet w kształcie młota zawieszony na jego szyi wyszeptał krótką modlitwę do Sigmara. Stopień po stopniu skradał się na dół uważając przy tym aby nie spaść. Nagle dosłyszał nieznany język i pieśń maga.
-Leru tera asteratu, leru made uratu.- Przerwany śpiew zastąpiły słowa, tak jakby mag z kimś rozmawiał, jednak uczeń wiedział że on potrafił sam do siebie wypowiadać na głos własne myśli. Podobno to ułatwiało mu pracę.- Co jest nie tak? Kimże będę bez swego obrońcy? Ciało. Potrzebuje świeżego ciała, ale skąd je...
Chłopak nie słuchał więcej. On nawet nie zaglądał do środka. Jego wyobraźnia, ta bujna wyobraźnia pracowała za niego tworząc obraz jaki mółby tam się znajdować. Zaczął wycofywać się w stronę wyjścia. Po cichu i ostrożnie by nie narobić hałasu zaczął wspinać się po schodach. Wychodząc na parter przesunął księgę w prawo jednak nic się nie stało. Pomimo, że księga stała na swoim poprzednim miejscu, regał nie drgnął. Chłopakowi w panice zaczęły drżeć jeszcze mocniej dłonie. Musiał się stąd wynieść i to jak najszybciej. Myślał teraz egoistycznie.
Jeśli mistrz... nie to już nie jest mój mistrz. Jeśli ten plugawy czarodziej potrzebuje ciała to niech będzie to całkiem kto inny, niech poszuka sobie jakiegoś chłopa a nie mnie.
Pchnął księgę jeszcze raz w prawo uruchamiając w ten sposób mechanizm zamknięcia wejścia. Po zamknięciu się, po powrocie na swoje miejsce regału, ustawił księgę do pozycji wejściowej, tak jak stała na samym początku. Zeskakując z taboretu rzucił się biegiem do wyjścia. Otwierając drzwi prowadzące go na wolną przestrzeń stanął jak wryty widząc przed sobą maga. Miał na sobie jak zawsze tą samą szatę, długą do samej ziemi z wielkimi kieszeniami na ingrediencje i szerokimi rękawami. Czarny materiał był przyozdobiony jedynie dwoma czerwonymi paskami biegnącymi od pachwiny aż do samej krawędzi szaty w dół. Niewiele myśląc przy wtórze śmiechu czarodzieja, chłopak wbiegł w głąb wieży chcąc wyskoczyć oknem. W kuchni stając na blat i wyskakując rozbił drewniane okiennice. Podnosząc się błyskawicznie z kolan i rzucił się biegiem w stronę lasu. Jedynie śmiech gonił chłopaka by przestać na chwilę. Odwracając głowę by ujrzeć jak bardzo oddalił się od zagrożenia dostrzegł, że mag rzucał czar a raczej rzucił już czar. Pędząca błyskawica w stronę chłopaka trafiła go między łopatki, przewracając go i uśmiercając na miejscu. Leżał martwy z otwartymi oczami w resztkach trawy, która oczekiwała na nadejście zimy.

* * *

-Ale czemu właśnie to? I czemu mi to zlecacz?
-Asetor. Nie bądź dzieckiem. Od czegoś musi się zacząć. Moja decyzja nie podlega dyskusji. Jeśli chcesz pracować dla tej osady musisz słuchać teraz moich poleceń. Nie obchodzi mnie czym przysłużyłeś się Laresowi. Teraz ja tu rządze. Zrozumiano?
-Bzdura! Wiesz dobrze, że mógłbym zając się patrolowaniem północnej części terenu skuteczniej niż ten młokos. Dobrze to wiesz.- Z podniesionym głosem i oskarżycielskim palcem, łowczy wskazywał na mera tutejszej osady.
-Nic mnie to nie obchodzi. Chcesz tutaj zarobić? Chcesz tu mieszkać? Więc won mi z oczu i zajmij się szkoleniem łuczników. Rozmowę uznaję za zakończoną. Żegnaj Asetor.
Szybko się odwracając i trzaskając drzwiami z całych sił, łowca wyszedł na korytarz ratusza. Mijając przyśpieszonym krokiem stojących w kolejce interesantów nie zwracał uwagi nawet na ich ciekawskie spojrzenia. Równie mocno zatrzaskując za sobą drzwi wyjściowe ruszył w stronę karczmy. Musiał się napić i to sporo. To była jego pierwsza wizyta i rozmowa z Dumenim, merem osady na Szczurzej górze i już nie spodobał mu się obecny rządzący. Potrzebował pieniędzy i chciał mieszkać tu, gdzie się urodził i wychował, tu gdzie czuł sentyment i miłość. Najwyraźniej Dumeni wiedział o łowcy bardzo dużo i celowo przydzielił mu pracę w garnizonie przy szkoleniu gołowąsów i chłopów. Wchodząc do karczmy o jakże przychylnej nazwie "U zdychającego Steva" zastanawiał się czemu te miejsca mają tak dziwne nazwy. Przemierzył setki staj a nie zauważył by ktoś swój zajazd czy karczmę nazwał "na zielonej trawce" czy "Pod rozgwieżdzonym niebem". Ciągle określenia jakie napotykał to: zdechalaki, umarlaki, ubitych i kaprawych a drugi człon był zawsze tak samo zachęcający: szczury, gobliny, smoki, wiwerny. Zawsze ten sam styl nazewnictwa karczm i taki sam styl uroczych ikon odzwierciedlających nazwę. Wzruszył ramionami i wszedł do środka. Na jego widok kika osób pośpiesznie zabrało swoje rzeczy i dopijając piwo wręcz wybiegło na zewnątrz. Asetor ich nie znał. Nie pamiętał nawet czy to wyrośnięte dzieciaki, których nie widział tyle czasu czy to podróżni albo bandyci. Mało go to teraz nawet obchodziło. W głowie jeszcze miał odwzorowaną rozmowę z Dumenim.
-Siki smoka! Pięć kufli!- Basisty i zacharczały głos wydobył się w wnętrza karczy. Podąrzając wzrokiem Asetor ujrzał osobliwego krasnoluda. Broda i włosy w totalnym nieładzie a na dodatek cała pozlepiana resztkami jedzenia, wlewając w siebie kufel piwa rozlewał po niej więcej niż wpływało do ust. Ponad stołem niewiele więcej wystawało niż głowa, ale łowca wiedział jak on jest ubrany. Wiecznie noszona i nie zdejmowana kolczuga przykryta skórzaną kamizelką oraz spodnie obdarte już z nadmiaru urzywania. Młot oraz tarcza były nierozerwalnym elementem uzbrojenia tego krasnoluda, jednak teraz też obok leżała kusza.- Asetor! Dawaj tu do nas. Napijesz się z nami. Ten zacny kompan stawia.
Człowiek pobiegł wzrokiem po "kompanach" krasnoluda i dostrzegł trójkę pijanych ludzi. Bełkocząc coś i niemrawo gestykulując opowiadali lub raczej starali się opowiedzieć wspólną historię krasnoludowi.
-Widzę Grimwaldzie, że potrafisz dobrać sobie towarzyszy.
-Bin Duraz! Tylko takich, którzy wesprą mnie kiedy zabraknie mi grosza. Dobrze wiesz jak ciebie poznałem, hahaha.- Głośny i dobywający się chyba z samego brzucha śmiech zaczął targać krasnoludem. Kiedy karczmarz podał piwo zainkasował od pijaczka kwotę przewyższającą pięciokrotnie wartość zamówienia.- Ludziska gadali żeś wrócił toż i widze- wróciłeś. Siadnij sobie i opowiadaj mi tu jak u kapłana jakowegoś tam, w którego wierzysz.
-Nie wierze w kapłanów tylko bóstwa. Kapłani są dla mnie bandą złodziei. Pod maską wiary wyłudzają ostatnie pieniądze z biednych ludzi.- Wychyliwszy spory łyk piwa otarł usta rękawem i zmienił temat.- Byłem u mera.
-Aaaa i to twój powód do złości pewno?! Mi no też nie przypadł do smaku, a wierz mi że jego noga nie jest smaczno.
Pytające spojrzenie rzucone przez człowieka Grimwaldowi sprawiło, że ten się ponownie zaśmiał i zaczął.
-Haha. To było tak. Ide sobie ino do niego po robótke. Słonko praży w czerep niemiłosiernie bo toż to lato było, co ja plote, środek lata.- Krasnolud zaczął coraz żywiej gestykulować wraz z rozwojem opowieści a łowca z lekką dozą rezerwy postanowił już podejść do tej histori.- Ide se spocony jak kobyła i wpadam do niego co to by mi dał co robić, a on że źle wszedłem. Że mam wyjść i wejść jak inni. A czy ja wyglondom jak inni siem go pytam i że nie ma mowy co bym wychodził bez pracy. To on wołać zaczoł za strażnikami i grozić mi zaczoł.- Głośne i nagłe klaśnięcie jakie spowodował krasnolud miało nadać dramatyzmu całej sytuacji.- Wpadło wtedy do środka pientnastu chłopa. Dziwie się co by tam wleźli ale skoro chcom siem bić to ja im nie wróg. Leje po mordach od razu jednego po drugim a jak który machnoł pałkom to tylko schylałem siem i w jaja go gryźć zaczołem. Aż chłopina podskoczył jak wróbelek i ćwierkać zaczoł. To wtedy wstał ten palant, ten Dumenimenim coś tam i mie w głowe pukać jakimś kijkiem zaczoł. Jak żem skoczył do nogi mu. Jak go nie zaczołem gryźć to mie tych pientnastu chłopa ciongneło za nogi i odciongnoć nie mogli. Popatrz na to hahaha.- Śmiejąc się krasnolud wyjął kawałek materiału poplamionego krwią.- Toż to jego spodnie som jeszcze. Na pamiontke sobie wziołem. Patrz, pomacaj sobie, ino prawde mówie.
-A co potem się stało?- Asetor najwyraźniej był bardziej ciekaw zakończenia niż zajścia choć i ono brzmiało interesująco, jak zawsze w wykonaniu krasnoluda.
-Jak to co? No to ten ludź czerwony jak buraczek zrobił siem, co to Elza zawsze tarła do łobiadu i wrzeszczał na mnie grożonc pienściom, że tu nie znajde pracy i takie tam przechwałki. Ale ja żem Grimwald. Krasnolud co się zwie. I sam se robótke znalazłem. I mam gdzieś tego palanta. I nie płace mu podatku za to co by jestem krasnoludem. Tyle dostanie. O!- Krasnolud złożył ręce na kształt odwróconej litery "T" wymachując przy tym zaciśniętą pięścią, która uniesiona była w górze.
-Mi zaproponował szkolenie łuczników. Mam to przyjąć?
-Skoooond?! Dzieciaku. Masz potencjał. Urodziłeś siem i wychowałeś tutaj. Strzelałeś z łuku zanim on na świat przylazł. Co on może ci nakazać. Gówno może i tego siem trzymaj. Jest tutaj ino taki jeden kupczyk co to szuka łochrony. Płaci złotem co je rzadkością a i potrzebuje łazidrzewa. Ja bym se poszedł na tom robótke ale siem nie zgodził człeczyna. Gadał że sobie nie poradze i inne bzdury. Toż ja w lesie jak wiewiórka biegom. Ale dość już na ten temat. Piwo mnie siem skończyło. Chcesz jeszcze kolejeczke?
-Nie dzięki. A i pewnie twoi kompani też już rady nie dadzą. Wypij ich działkę.
-Haha. Ty to masz łeb na karku, Asetor.- Chwytając dwiema dłońmi za trzy kufle, przysunął je pod siebie i zaczął wychylać jedno za drugim stawiając je na blacie stołu z lekkim, stanowczym stuknięciem.- Tak siem pije chłopaczki a nie to co wy pokazujecie.
Łowca odszedł od krasnoluda udając się do karczmarza po informacje na temat kupca, który potrzebował zwiadowcy. W końcu od czegoś musiał zacząć.
"...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..."

Same plusy...a minusy to też plusy;)
This post was edited 2 times, last on 2009-01-11, 23:49 by lopata.
Avatar
lopata #3
Member since Feb 2007 · 523 posts · Location: Czy to ważne?:P
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Rozdział 2
Dobra decyzja, korzystna decyzja.

Po ciężkim dniu pracy wracał do domu z myślą o swojej Elzie. Kochał ją bardzo mocno kiedyś i teraz też ją kochał. Ale coś w ich życiu się zmieniło i nie było to nic co mogło by rokować na ich wspólne dalsze życie. Spoglądając w progu zakładu rzemieślniczego na deszczową pogodę , poprawił tylko kaptur płaszcza na głowie i ruszył biegiem w stronę własnego domu. Czekała na niego tam jego żona- Elza. Sam nie wiedział czy ta konkretna myśl jedynie go pokrzepia czy raczej to złudzenie, że pewnego dnia ona zapomni o łowcy który zniknął parę zim temu. Ze zwieszoną głową biegł ubitą uliczką, która powoli zaczynała rozmiękać pod wpływem wody. Rozchlapując kałuże i błoto wbiegł na przechodnia potrącając go przy tym do jednej z błotnistych brei. Przepraszając wyciągnął rękę by pomóc człowiekowi wstać. Mężczyzna przyjął pomocną dłoń i bardziej rozsmarowując niż otrzepując błoto ze skórzanych ubrań, poprawił włosy zaczesując je do tyłu i wyciągnął ręke na zgodę.
-Nic się nie stało. Goblinia pogoda i tyle. W drodzę do domu nie poprzewracaj innych przechodniów.- Uśmiech na twarzy człowieka udowodnił że się nie gniewa z powodu wypadku.
-Dobrze bende uważał Panie.
Niewiele się skupiając na dalszej rozmowie pobiegł dalej w stronę własnego domu aby jak najmniej zmoknąć. Przechodzień zaś ruszył w swoją stronę.

* * *

-Dawaj tu chłopcze, rozgrzej siem przy kominku.- Głos Grimwalda przebił się bez problemu przez karczemny zgiełk.
Machający krasnolud siedział w bliskiej odległości od kominka i oczywiście z nowymi kompanami, którzy byli swego rodzaju sponsorami choć jeszcze o tym nie wiedzieli. Asetor poprawił tylko włosy i podszedł do przyjaciela.
-Na me rany! Ty chyba siem nie pożarłeś z merem?
-Nie. Skąd. Potrącił mnie jakiś mieszkaniec uciekający przed deszczem.
-Ja to normalnie sprzedałbym mu siarczystego kopniaka w tyłek. Pamientał by co by gapić siem jak się biega. Wy ludziska to nie dość że straszne ofermy to jeszcze dobrotliwe.- Wychylił kufel słabo pieniącego się piwa przy wtórze niezadowolenia ludzi siedzących przy stoliku z krasnoludem.- A to nie jest jak mówie? Miast bić to do niewoli bierzecie wrogów a po dachu byle jaki długouchy lepiej biega niż wy.
Grimwald wcale nie przejmował się tym, że siedzący z nim ludzie nie zechcieli z nim przebywać dłużej i zabrali swoje kufle udając się w inne miejsca. Wolny taboret zajął Asetor. Chwilę milczeli pijąc piwo warzone w tutejszej karczmie. Może nie było najlepszej jakości ale było robione według Imperialnej receptury: jęczmień i spirytus chrzczone wodą. Różne rejony różne proporcje używały ale tylko wody. Jedni lali jej więcej inni mniej, jednak wszędzie miało tą samą nazwę- siki smoka. Nazwa niewiele odbiegała od smaku jednak mało komu to przeszkadzało. Najważniejsze było to że było tanie a do tego potrafiło zaszumieć w głowie w dużych ilościach. W końcu krasnolud przerwał ciszę słowami wypowiadanymi wraz z beknięciem.
-To piwo jest ino coraz gorsze.- Beknięcie spowodowało cofnięcie się piwa z powrotem z żołądka, wylewając się na brodę krasnoluda. Ten jakby tego nie zauważył przechylił kolejny łyk piwa i otarł ręką wąsy i brodę.
-Widziałeś może dziś Lotherinetrelina?
-Szyszkoluba? Nie. Pewnie ugania siem za jakimiś listkami, których jest ino coraz mniej. Może robi se zapasy na zime. Haha.
-Podobno patroluje południowo- zachodnie tereny.
-Ten elf poradzi se. Zawsze se radził to i teraz nie bendzie inaczej.
-WYGRAŁEM! Hahaha...- Z tłumu wyrwał się głos radości jakiegoś hazardzisty, który pewnie nie wiedział że już wpadł w sidła oszusta.
-Pewnie masz rację Grimwaldzie.- Łowca powiedział to bez przekonania patrząc w stronę gdzie w tłumie właśnie przegrywa ktoś pieniądze potrzebne rodzinie.- Jak oni mogą tak marnować pieniądze? Mają ich mało a i tak je tracą tutaj.
-Chłopcze, chłopcze. Świata nie zmienisz. Tacy som ludzie.
-Ale jeśli nic nie będe robił patrząc obojętnie to wcale nie pomagam innym pomagającym, których może jest więcej. Wykruszam wtedy szeregi dobrych ludzi, których i tak jest mało.
Grimwald patrzył na łowcę mało rozumiejąc z mowy. Przeciągle beknął i wstał mrucząc pod nosem coś w stylu "gupi szczeniak" i "dobry łowczyk siem znalazł" ruszył w stronę graczy. Przedzierając się przez tłum gapiów krasnolud nie omieszkał poobijać wszystkich w około łokciami nawet nie wysilając się na przeprosiny. Na miejscu grano w kości. Docierając do stolika graczy złapał za kołnierz biedaka, który najwyraźniej zaczął przegrywać. Siedział z innym człowiekiem, który pewny siebie rozparty siedział pomimo, że po jego stronie nic nie leżało a po stronie nieboraka leżała kupa srebrnych monet a nawet parę złotych. Kiedy Grimwald kopnął ławę na której siedział zwycięzca przytrzymał go przed upadkiem za kołnierz jego surdutu.
-Tobie ino wystarczy. Do domu zmiataj mi do kobity i bachorów.
-Jeszcze nie skończyłem grać.- Warknął oszust.
-Co mie to obchodzi? Ja mówie że ten biedak idzie do domu to idzie do domu.
Tłum tak szybko jak zebrał się przy grających tak szybko rozszedł się ustępując pola oszustowi i krasnoludowi.
-Jak widzisz to żeś sam został. Chłopak wraca do domu z pieniendzmi, które wygrał.
-Pójdzie jak ja mu pozwole. A jak na razie to sam jesteś przeciw nam, hehe.
Grimwald dostrzegł dwie postacie wychodzące z tłumu po prawej i jedną po lewej stronie krasnoluda. Każdy z nich w ręku trzymał drewniane pałki i nie wyglądali na takich, którzy pierwszy raz je widzą i nie potrafią ich urzywać.
-A teraz pozwolisz, że dokończe grę z moim przyjacielem.
-Ale ja... już nie chce... grać.- Przestraszony najwyraźniej mieszkaniec wolał teraz znaleźć się daleko stąd, w domu przy żonie i dzieciach nawet jeśli miałby wracać bez pieniędzy.
-A no widzisz. Chłopina nie chce z tobom co by już grać. Dlatego ty i twoi koledzy pójdziecie se w swojom strone a łon w swojom.
Cały czas sytuacji przyglądał się Asetor. Patrzył z radością w sercu jak po stronie biedaka stanął krasnolud. Na razie wolał się nie wtrącać wierząc że jego przyjaciel sobie poradzi. Jednak łuk przysunął bliżej siebie oraz z kołczanu wyjął strzałę, wszystko tak przygotowane by szybko ich dobyć i pomóc przyjacielowi. Grimwald natomiast nie przejął się groźbą oszusta. Widząc, że nie ustępuje sięgnął ręką do kieszeni spodni wyjmując kastety i zakładając je sobie na dłoniach.
-No co ty takie gały robisz? Ja żem nie bende walaczył bez niczego.- Tupnął nogą w stronę dwójki drabów prowokując ich do ataku. Zlęknięci mimowolnie cofnęli się o krok.- Haha. No dawać bo nie mam co by całego dnia.
-Już dobrze krasnoludzie. Odechciało mi się gry.
-No żem ja myślał. A ty co tu jeszcze robisz! Zjeżdżaj stond do domu!
Jeszcze nie uspokojony krasnolud nie słuchał nawet podziękowań człowieka który zbierając pieniądze z blatu ruszył pędem do wyjścia. Oszust jedynie nienawistnym odprowadził wzrokiem swoją zdobycz a następnie machnął ręką na swoich ludzi aby ci zrezygnowali z dalszych czynności. Nie miał ochoty zadzierać z krasnoludem, zwłaszcza z tym który nosił przydomek Grzmiąca Pięść. Grimwald zaś zasiadł z powrotem koło łowcy i spojrzał gniewnie na przyjaciela.
-No co? Nie chciałem żebyś ino ty siem wpakował w tom kabałe. Dostałbyś łomot i tyle by tego było.
-Przecież ja nic nie mówie.- Asetor uśmiechnął się dopijając kufel piwa i zamiawiając następną kolejkę sobie i krasnoludowi. Każdy był dobry w mniemaniu łowcy. Tyle że nie każdy o tym wiedział.

* * *

Po całodziennym przyjmowaniu interesantów: wysłuchiwaniu skarg i zażaleń, udzielaniu porad na temat pracy oraz przyjmowaniu opłat Dumenim rozparł się w swoim fotelu. Przymknął oczy by odpocząć. Dziś był wyjątkowo ruchliwy dzień a nic tego nie zapowiadało. Szlaki stawały się coraz mniej przystępne i ruch powinien maleć a jednak dziś było tu jak w stolicy. Nie dane było mu odpocząc gdy do gabinety weszli dwaj doradcy mera.
-Przepraszamy, że przeszkadzamy ale mamy złe wieści.
-Co jest?
-Zwiadowca z północno- wschodnich terenów wrócił...
-No i co z tego? To nie powód dla którego musze tym zająć się dzisiaj.- przerwał doradcy już zdenerwowany zakłuceniem jego odpoczynku.
-Ale... ale... ale...- Słowa doradcy ugrzęzły w gardle jakby były dużym kawałkiem ziemniaka, którego nie można ani przełknąć ani wypluć.
-Ale...- zaczął drugi.
-Ale co?!- Dumenim ryknął na swoich doradców zmęczony już tymi gierkami.
-On zmarł u cyrulika.- Odważył się w końcu powiedzieć pierwszy doradca.
-Eh... Dobrze od początku, chce wiedzieć co się stało.
Obaj doradcy zaskoczeni zmianą swojego przełożonego spojrzeli wpierw po sobie a następnie odważyli się usiąść. Po chwili drugi doradca zaczął.
-Niedawno przybył zwiadowca z raportem...
-Był cały okrwawiony i poobdzierany i bełkotał...
-Ale zrozumiale...- Jeden przez drugiego przerywali sobie nawzajem dopowiadając całe zajście.
-Na tyle, że przed śmiercią na stole u cyrulika przedstawił nam raport...
-Wracaliśmy wtedy do domów gdy...
-Gówno mnie obchodzi co robiliście! Do rzeczy!- Najwyraźniej mer powracał ze świadomością do siebie.
-No ten... wezwano nas i powiedział nam, że szlak na wschód jest zapełniony bandytami i wtedy skonał.
-I ja się dowiaduje o tym dopiero teraz!- Ryk odbił się po pomieszczeniu echem wydostając się na korytarz i niosąc się po ratuszu.- Zejść mi z oczu.
Kiedy wychodzili Dumenim zatrzymał odważniejszego doradce w swoim gabinecie.
-Co teraz?- Pytanie to zadane doradcy było wypowiedziane spokojnie i w zadumie.
-Panie! Możesz podjąc bardzo korzystną decyzję dla siebie. Możesz pozbyć się tego łowcy, który podburza straż miejską przeciw tobie. Sam słyszałem jak ucząc ich strzelać nie wspominał o Panu najcieplej. Wysłanie go w tamte rejony pozwoli Panu pozbycie się łowcy i kłopotów jakie ze sobą niesie.
-A jak przeżyje?
-Będzie miał Pan argument, że dba o osadę. A jak zginie...
-...No cóż. Łowca liczył się z niebezpieczeństwem.- Dokończył za doradcę mer zacierając ręce w zadowoleniu.
-To dobra i korzystna decyzja.
-Znajdź więc tego łowce i przyprowadź go. Dzisiaj jeszcze.
Po wyjściu doradcy Dumenim rozsiadł się wygodnie w fotelu zakładając ręce za głowę. To była dobra decyzja i korzystna. Bardzo go cieszył obrót spraw i w myślach liczył zyski z takiego rozwiązania. Widział się podczs wiosennych uczt wygłaszającego mowę dla ludu. Ludu, którym tak łatwo było manipulować. Przymknął oczy by znów zapaść w drzemkę nim przybędzie tu Asetor przyprowadzony przez doradcę.

* * *

-Jejku! Jak ty wyglądasz?! Szybko zdejmuj wszystko i podejdź do pieca to się ogrzejesz.- Kobiecy łagodny głos już był jak ciepło grzejące dusze.
-Pada jakby z cebrów lano.
-Zaraz podam ci obiad. Dzieci są u Alberta.
-Wyobrażasz sobie, że jak tu biegłem potronciłem kogoś w błoto. Strasznie mi było głupio.
-Rany... a kto to był?
-Nie wiem Elzo. Jakiś podróżny pewnie.- Mężczyzna już zdążył zdjąć mokre ubrania i siadając przy piecu wyciągnął zgrabiałe z zimna dłonie w stronę gorących języków ognia.
Kobieta ubrana była w długą aż do kostek spódnice a na niej fartuch chroniący przed poplamieniem oraz bluzeczke trochę już tłustą od plam obiadowych. Włosy spięte w kucyk mieniły się na czerwono odbijając światło z paleniska. Twarz jej była tak młoda i łagodna, że równie dobrze można było ją określić jako nastolatkę. W rzeczywistości Elza była kobietą niedużo po dwudziestym roku życia.
-Proszę.- Podając obiad mężowi odwróciła się w stronę kuchni.
Dobrze wiedziała, że nie podziękuje. Taki był już ten świat, w którym kobiety odgrywały rolę rodzicielek i służących. Miały jedynie dostarczać radość w życie mężczyzn i nic nie znaczyły. Bardzo to Elzę bolało. Wchodząc do kuchni otarła łzę, która spływała pomalutku po jej policzku. Teraz już nie potrafiła dużo płakać a to tylko dlatego, że już nie jedną noc przepłakała nad swoim losem. Czekała długo na swoją miłość jednak nie mogła żyć samotnie. Jedynym ratunkiem przed stoczeniem się na margines społeczny było małżeństwo. Poznając Marca, młodszego rzemieślnika w zakładzie ciesielskim uznała że będzie dobrym mężem i zapewni jej "dryfujące" życie. Unosili się jak kłoda na wodzie ani nie topiąc się w długach i z powodu braku pieniędzy ale też nigdy nie wzniosą się ponad to co mają. Po prostu dryfują. To samo dotyczyło uczuć. Przetarła dłońmi jeszcze raz twarz upewniając się, że już nie jest mokra od łez i ruszyła po miotłę zabierając się za sprzątanie. Z pokoju gdzie stał piec dało się słyszeć chrapanie jej męża. Odłożyła miotłę i pobiegła schodami na górę teraz nie zwracając nawet uwagi, że jej buty głucho stukają o drewniane stopnie. Wbiegła do ich wspólnej sypialni i rzuciła się na łóżko szlochając nad swoim losem, przeklinając zarazem dzień w którym odszedł jej ukochany Asetor. Chwilę tak spędziła leżąc na brzuchu z twarzą ukrytą w poduszkach. Kiedy opanowała się, stanęła przy oknie patrząc w hipnotyzujące krople deszczu. Widziała ludzi trudzących się na deszczu z załadunkiem jednego z wozów w towary na sprzedaż w mieście. Spojrzała na wychodzących ludzi od cyrulika niosących za ręce i nogi zwłoki jakiegoś mieszkańca. Gdy zniknęli za zaułkiem przetarła oczy ze zdziwienia. Nie wierzyła sama sobie i temu co widzi. Dostrzegła nawet z tej odległości sposób chodzenia oraz ubrania skórzane typowe dla kogoś kogo znała. Przetarła oczy raz jeszcze dla upewnienia samej siebie i szepnęła.
-Niemożliwe. Asetor.- Usłyszała ruch na dole.
Zbiegła na dół i zauważyła że jej mąż się przebudził. Skierowała swoje kroki od razu do kuchni pod pretekstem dokończenia sprzątania. I choć wyraz twarzy mężczyzny zdradzał zdziwienie to nie zadawał pytań. Ruszył na górę aby odpocząć po ciężkim dniu pracy. Nawet na dole słyszała jak pruderyjnie rzucił się na łóżko i nie musiała zgadywać, że uwalił się w ubraniach spać. Jej umysł jednak był w innym miejscu i choć zamiatała kuchnie to była na trakcie do Nuln trzymając dłoń łowcy i śmiejąc się z jego żartów. Teraz była w krainie szczęścia bez trosk i wszystkich problemów życia doczesnego.
"...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..."

Same plusy...a minusy to też plusy;)
Avatar
lopata #4
Member since Feb 2007 · 523 posts · Location: Czy to ważne?:P
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Rozdział 3
Wrogowie i przyjaciele

Bieg przez las był dość wyczerpujący i męczący jednak wiedział, że ma mało czasu na zdanie raportu i to dość pomyślnego. Podczas szaleńczego wysiłku starał się aby jak najmniej być podrapanym i wybrudzonym. W końcu piastował dość znaczące stanowisko i nie mógł sobie pozwolić na odkrycie własnej tożsamości. Nareszcie ujrzał wyrąbany i wykarczowany teren leśny na którym znajdowała się dwupoziomowa wieżyczka. Dopiero teraz pozwolił sobie na złapanie oddechu i ruszył pośpiesznie do drzwi budynku. Postanowił najpierw zapukać. Znał tożsamość mieszkańca tego kompleksu i zawdzięczał mu bardzo dużo, choćby stanowisko w osadzie na Szczurzej Górze. To był bogaty osobnik, nie wiedząc skąd ma taki majątek i dzięki temu mógł sobie wykupić wpływy gdzie tylkio chciał. Tak więc dobrze wiedział, że nie powinien sobie pozwalać na zbyt dużo z tym magiem. Musiał ponownie zapukać tym razem głośniej aby w końcu usłyszeć odpowiedź.
-Ide, ide. Kogo tam niesie?
-To ja. Przynosze Ci wieści.- Przyciszonym głosem odpowiedział tak jakby gdzieś czaił się szpieg.
-Więc gadaj co tam się dzieje.- Nadal nie otwierając drzwi gospodarz kontynuował rozmowe.
-Lotherinetrelin został wysłany na przeciwległe tereny, więc ponownie nie pokrzyżuje twoich planów.
-To dobra wiadomość.
-Ale to jeszcze nie wszystko. Grimwald nie otrzyma już żadnej pracy w osadzie.- Mówca starał się udobruchać maga aby później móc przekazać nieco gorszą wiadomość.- Wrócił też Asetor...
-CO? Kto powiadasz, że wrócił? Ten ludzki łachmyta w skórach? Łowca, który był z tymi odmieńcami, który mi się przeciwstawił?- Wzburzenie maga oraz ton wskazywał, że co najmniej nie jest zachwycony tymi wiadomościami.
-Posiada jednak rejon pełen bandytów i bardziej na północ od osady tak więc z nim będzie spokój. Tym razem nie pokrzyżuje twoich planów.
-Mało mnie to obchodzi!- Drzwi zostały otwarte gwałtownie ukazując maga z szatą poplamioną świeżą i starą krwią. W ręku trzymał sakiewkę z monetami.- Tu masz pieniądze. Ten wścibski gnój ma zdechnąć w rzece aby ryby mogły zeżreć jego truchło. Nie mogę pozwolić na to by znów wtykał nos w nie swoje sprawy. NIE MOGĘ!
-Będzie jak powiesz.- Wyciągnął rękę w stronę mieszka.
-Oby, oby.- Dopiero teraz wypuszczając sakiewkę zatrzasnął drzwi kończąc rozmowę tym samym z posłem.
Odwracając się zadowolonym ze szczodrego daru maga. Imperium już dawno przestało dobrze opłacać swoich urzędników, a tacy jak ten mag potrafili docenić usługi swoich szpiegów, gońców oraz żołnierzy. Podrzucając ciężki trzos monet szedł krokiem zwycięzcy by zaraz przypomnieć sobie o obowiązkach względem osady i ewentualnych podejrzeniach jakie mogą zostać wysnute z braku obecności urzędnika. Ruszył biegiem do ratusza.

* * *

-Ale czemu mer dziś nie przyjmuje?
-Racja, co jest?- Do poprzedniego interesanta dołączył się następny mieszkaniec.
Niewielki doradca Dumenima spoglądał bezradnie na kolejkę, która rosła z każdą chwilą. Jedni mieli pretensję, że zajęto ich miejsca targowe, inni donosili na swoich sąsiadów, byli również chętni aby nająć się do straży miejskiej, każdy miał sprawę do samego mera. Rozeźliło doradcę nie tylko brak jego zwierzchnika ale i drugiego doradcy. Obaj zniknęli w dziwnych okolicznościach. Po dwóch długich godzinach uspokajania tłumu, który rósł obaj znaleźli się w równie zagadkowy sposób. Pierwszym był Dumenim.
-Na Sigmara, ilu ludzi!- Zdyszany i ciężko łapiąc oddech podbiegł do gabinetu.- Akurat jak mi się zachciało dłużej spać musiało was się namnożyć? Otwieraj na co czekasz? Czy nie widzisz co tu się dzieje?!
Doradca szybko złapał za klucz, który już przygotowywał i szarnął za stalowy uchwyt otwierając drzwi gabinetu. W tym momencie spoza tłumu spokojnie przyszedł drugi doradca i bardzo zdziwił się widząc wzburzenie swojego kolegi z pracy. Wysłuchawszy jednym uchem a wypuszczając drugim pretensje kolegi przeszedł do tłumaczenia.
-Chyba wyraźnie ci wczoraj mówiłem, że musze dzieckiem się zająć? Trzeba było przyjść do mnie.
-To nie mogłeś przyjść i zobaczyć co tu się dzieje?
-Ty żeś zidiociał czy zamienił na rozumy z tamtym palantem?- wskazał palcem na gabinet mera.
-Dobra, gówno mnie to obchodzi. Trzeba szybko tych ludzi załatwić.
Z wielką niechęcią obaj doradcy staneli przy progu wejścia do gabinetu mera i zaczeli wypytywać interesantów w jakiej są sprawie. Przyjmowano dziś tylko te ważne. Błahe sprawy plebsu mogły poczekać.

* * *

Szmer leśnych stworzeń pięknie komponował się z cichym śpiewem Lotherinetrelina. Elf siedział przy małym obozowisku, które zrobił na czas odpoczynku przed dalszą podróżą. Pieśń była skierowana do pięknej kobiety, którą pokochał elf. Tragiczna opowieść powstała dawno temu, ale nadal wiele elfów ją śpiewało. Lotherin jednak z innego powodu przypomniał sobie o tym utworze. Nagle ptaki się zerwały nieopodal obozu a elf jakby mając przeczucie złożył pośpiesznie swoje rzeczy i wspiął się na drzewo kryjąc się wśród resztek liści. Wyciągając strzałe nałożył ją na łuk zdjęty z pleców i celował w miejsce, gdzie niedawno siedział. Gdy szmer stawał się coraz bliższy, choć dla niedołężnych ludzi nadal byłby niesłyszalny, zwiadowca wstrzymał oddech by być jak najciszej. Z kępy krzaków wyłonił się człowiek z mieczem w dłoni. Ubranie miałby solidne gdyby nie było już tak stare i w wielu miejscach poprzecierane lub podarte. Przyjrzał się pozostałościom obozowiska i kucnął sprawdzając ślady z bliska. Lotherin delikatnie zsunął się w dół celując w człowieka i kiedy mężczyzna odwrócił się w stronę lasu i zaczął podnosić palce do ust by gwizdnąć, elf wyszedł zza drzewa i półgłosem się odezwał.
-Nie robiłbym tego na twoim miejscu.
Człowiek odwrócił się i spojrzał w oczy elfowi.
-Co tutaj robisz?
-Tego samego mógłbym się ciebie zapytać człowieku?
-Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie.- Zdenerowany opryskliwością elfa bandyta uniósł głos.
-Podrużuje i staram się zachować odrobine ostrożności. Czy to źle?
-Nie, dopóki nie podróżujesz po naszych terenach łowieckich.
-Nie wiedziałem, że tu są czyjekolwiek tereny łowieckie, zwłaszcza, że stąd pochodze...- Elf spojrzał podejrzliwie na bandyty zastanawiając się czy uda mu się namieszać w głowie temu człowiekowi, że zamiesza się w zeznaniach.
Z lasu dało się słyszeć czyjeś naśladowywanie zwierzęcia. Człowiek niepewnie spojrzał na elfa.
-I co teraz zrobisz?
-Pozwole ci odejść jeśli zagwarantujesz mi, że mnie zostawicie, ja dodatkowo zniknę z waszego terenu "łowieckiego".
-To brzmi rozsądnie ale widzisz nasi pobratymcy nie przetrwali w tej dziczy tylko dlatego, że polegają na zwykłych sposobach ostrzeżeń. Moi kompani już idą po ciebie trawoja...
Strzała wypuszczona przez Lotherina przeszyła pierś bandyty uwalniając jego ostatni oddech na zawsze. Szybko skierował się w drugą stronę, jednak do jego uszu doszły odłosy zbliżających się przez las większej liczby ludzi. Za sobą też nie miał zbyt wielu dróg ucieczki. Był otoczony. Musiał się przebić przez zasadzkę i nie pozowlić połączyć im siły podczas łowów na niego samego. Ruszając biegiem przez las podskakiwał przez gęstrze krzaki i wystające korzenie oraz uchylał się i unikał zbyt niskich gałęzi. Obok przeleciała strzała ginąc gdzieś w lesie. Lotherin zatrzymał się i schował się za drzewem. Wyjął łuk i strzałę. Zerkając co jakiś czas chciał ustalić skąd mogli strzelać do niego bandyci. W końcu dojrzał dwóch strzelców z czego tylko jeden pozostawał na swoim miejscu. Drugi zamierzał okrążyć elfa. Lotherinetrelin wziął głęboki oddech i wychylił się zza drzewa wypuszczając strzałę. Trafił ale nie śmiertelnie. Bandyta jedynie zaklął siarczyście i od razu oddał strzał. Jednak Lotherin był już schowany za pniem wielkiego drzewa. Miał mało czasu. Widział już drugiego zbira jak dopada kryjówki, z której mógł bezpiecznie zestrzelić elfa. Kolejna próba pokonania pierwszego strzelca była skuteczniejsza choć i ta strzała nie zabiła ukrywającego się w krzakach łucznika. Pocisk utkwił w ręku uniemożliwiając naciąganie cięciwy. W samą porę aby schować się przed drugim zbirem, który zajął dogodną pozycję. Elf jednak stracił wystarczająco czasu i już słyszał nadbiegające posiłki. Musiał jak najszybciej się stąd ulotnić. Nie był przygotowany do starcia z dużą liczbą przeciwników. Zakładając łuk ponownie na plecy przygotował się do ucieczki. Kiedy ruszył z miejsca, w pogoń za nim poleciały strzały wypuszczone przez kilku nowo przybyłych bandytów. Ochroną dla Lotherina były jednak już drzewa i ukształtowanie terenu leśnego. Dobiegłszy do traktu ruszył w stronę swojego celu- osady Pięciu Wież. Tam miał zdać raport z wydarzeń w rodzinnym domu oraz poznać ich informacje na temat ruchu bandytów. Coś było nie tak w tym wszystkim. Elf miał złe przeczucie, które rzadko kiedy go myliło.

* * *

Po zakończeniu ciężkiego dnia pracy w urzędzie, doradcy weszli do Dumenina aby mógł ich odprawić do domu. Mer miał podkążone oczy od zmęczenia a głowę podpierał ręką opartąo biórko. Dla wielu tego typu praca wiązała się jedynie z przyjemnościami. W rzeczywistości mylili się. Stres, który toważyszył podczas tej pracy było wiele bardziej niszczący niż praca fizyczna w polu. Tam człop narobił się i wracał do domu aby zjeść i położyć się spać. Dumenin natomiast już nie pierwszą noc miał mieć bezsenną. Ciągłe myśli, analizy były powodem wielu zmartwień, jeśli chciało się działać dla dobra osady. Doradcy nie odważyli się odezwać, więc stali dobrą dziesiątą część obrotu klepsydry nim ten zwrócił się zmęczonym i pozbawionym emocji głosem.
-Draten, Walter. Możecie iść już do domów. Pozamykam tutaj wszystko.
Doradcy zadowoleni z odprawy wyszli zostawiając mera samgo w gabinecie. Dumenin nagle wyprostował się i zaczął na głos myśleć.
-Draten się dziś spóźnił. Jeśli dobrze usłyszałem to musiał opiekować się dzieckiem? Draten nigdy nie opiekował się swoimi dziećmi. Muszę z nim porozmawiać. Próbuje mi się wykręcić od roboty. Jak postrasze go zwolnieniem inaczej będzie mi tu śpiewał.
Poprawiając dokumenty i chowając je do szaf, omiótł wzrokiem pomieszczenie i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Nie wiedział że w urzędzie jest ktoś jeszcze, ktoś kto go obserwuje.

* * *

-Idziesz na piwo?
-Dzięki ale nie. Musze gonić pomóc żonie.- Draten pożegnałsię z kolegą z pracy i udał, że rusza w stronę swojego domu. Kiedy ten zniknął za rogiem uliczki, wrócił się do urzędu.
Otworzył cicho drzwi i wślizgnął się do środka równie cicho zamykając je za sobą. Gdyby pozostawił je otwarte nie zciągnąłby na siebie żadnych podejrzeń. Przecież nie raz już zdarzyło im się tych drzwi nie przymknąć za sobą i tym razem skończyło by się pewnie na reprymendzie. Jednak wolał uniknąć niepotrzebnych pretensji mera. Skradał się w stronę schodów i schował się pod nimi. Brak zapalonych kaganków sprawiło, że pod schodami było totalnie ciemno. Dosłyszał mruczenie Dumenina. Nie mogąc rozróżnić słów skupił się na okryciu jeszcze szczelniej swojej osoby przed niepożądanymi spojrzeniami. Słyszał wyraźnie jak jego pracodawca sprząta swoje biuro i wychodzi ze swojego gabinetu. Kiedy znalazł się w polu widzenia Dratena był już przy samym wyjściu. Zamykając za sobą drzwi, zostawił doradcę samego w pustym ratuszu. Chwilę jeszcze siedział pod schodami upewniając się czy mer nie wróci się po coś co mógłby zapomnieć. Gdy nic takiego nie nastąpiło wyszedł i ruszył do gabinetu Dumenina. Zaczął przeglądać dokumenty, odkładając niepotrzebne z poworotem na swoje miejsce, poprawiając je jeszcze po kilka razy dla pewności, że nic nie będzie leżało inaczej niż tak jak zostawił je mer. Siedząc w ratuszu do północy przeglądałdokumenty i odkładał je na miejsce, znowu szkał i znowu odkładał. Nie potrzebował światła świec ani pochodni. Miał wrodzony talent, który niewielu ludzi posiadało. Korzystając nawet z najmniejszych pokładów światła mógł widzieć w ciemności. Tracąc pomału nadzieję na znalezienie tego czego szuka walnął pięścią w blat biórka.
-Ten idiota pewnie zabrał dokumenty do siebie.- Obrucił się jeszcze ostatni raz w koło i wzrok nagle zatrzymał na podłodze, gdzie ujrzał ślad od przesuwanego mebla. Podszedł do komody i odsuwając ją dostrzegł wnękę w ścianie nie większą niż ludzka głowa. Ostrożnie zbadał otwór szukając pułapek lub alarmów. Kiedy nic takiego nie znalazł wsunął ręke i wyjął rulon papierów. Rozwijając je, przekartkował plik i uśmiechnął się do siebie. Siadając pośpiesznie za biórkiem zaczął robić kopie na pergaminach, które miał pod pachą. Kiedy skończył jeszcze była noc, ale do wschodu nie zostało zbyt dużo czasu. Chowając wszystko na swoje miejsce, poszedł na górę i zeskoczył na dół przez okno. Oddalając się od ratusza był zadowolony z nocnych łowów.
"...a ścieżka, którą podążać będą zaścieli trawy krwią bezbronnych i niewinnych. Szczątki ludzkie wskrzeszać będą do swych armii aż do upadku wszelkiego życia. Nim słońce..."

Same plusy...a minusy to też plusy;)
Close Smaller – Larger + Reply to this post:
Verification code: VeriCode Please enter the word from the image into the text field below. (Type the letters only, lower case is okay.)
Smileys: :-) ;-) :-D :-p :blush: :cool: :rolleyes: :huh: :-/ <_< :-( :'( :#: :scared: 8-( :nuts: :-O
Special characters:
Go to forum
This board is powered by the Unclassified NewsBoard software, 20120620-dev, © 2003-2011 by Yves Goergen
Page created in 562.6 ms (505.7 ms) · 59 database queries in 5.9 ms
Current time: 2020-10-31, 09:20:23 (UTC +01:00)