Not logged in. · Lost password · Register
Forum: Play By Forum / Twórczość własna Twórczość własna RSS
Lautai'owy twór.
Lautai #1
Member since Jun 2008 · 1 post
Group memberships: Użytkownicy
Show profile · Link to this post
Subject: Lautai'owy twór.
Ah, ten brak kultury... Witam wszystkich, w końcu to mój pierwszy post na tym forum (;


Bar był dość obskurnym pomieszczeniem. Cały zadymiony przeróżnymi rodzajami fajek, ziół, kadzideł. Wysoko zawieszone półki z poobijanymi wazonami pokrywała gruba warstwa kurzu. Ściany, niegdyś zielone, teraz były brązowe, miejscami wręcz czarne. Wystawały z nich ogromne pochodnie, rzucające niemrawe światło na izbę. Stoliki, pozbijane byle jak gwoździami po licznych bijatykach, kołysały się lekko, grożąc zawaleniem. W rogu sali obok długiego baru było wyznaczone miejsce na kominek. Stało tam kilka wysiedzianych foteli. Jeden z nich, wsunięty głęboko w półmrok zajmowała czarna postać. Jej twarz zakrywał duży kaptur, ręce wplotła w rękawy. Czuć było od niej magiczną poświatę. Właśnie na nią z niepokojem spoglądał pomarszczony, bezzębny barman, szybko czyszczący malutką szklankę do cherry.
  Jak na powszedni dzień, knajpa była mocno zatłoczona. Szare postacie popijające rozgrzewające trunki z różnej wielkości szklanek, przejęcie rozmawiały. Temat rozwijał się z każdym nowym słowem. Wysoki jegomość, o krzepkiej budowie i płonących oczach, pobudzony dużą ilością alkoholu we krwi wykrzyknął:
- Wojna, wojna, wojna! Szykujcie się wy wszyscy! - gorącym wzrokiem ogarnął tawernę. - Wygramy, z naszym królem wygramy! Łupy, wielkie bogactwa! Koniec z biedą i poniżeniem!
 Rozległy się pomruki aprobaty, ale także sprzeciwu. Mały człowieczek w brudnym płaszczu zabrał głos.
- Nasza armia nie jest dobrze uzbrojona, wojska Graduo rozbiją nasze w puch! Nikomu ta wojna do szczęścia nie jest potrzebna, przynajmniej teraz.
- Prawdę rzeczesz! - powiedziała kobieta z dzieckiem na rękach. - A co z dziećmi? Słyszałam, że Graduo je zabijają i pożerają! Zaiste, bestie to są!
  Zaczęła się kolejna dysputa o prawdziwości tego stwierdzenia. Jedni mówili najgorsze bluźnierstwa o wrogim królestwie, inni zaś, że "oni są podobni do nas!". Wrzawa ogarnęła wszystkie kąty gospody. Zaczynało się robić gęsto. Jedynie tajemniczy gość pozostawał niewzruszony.
- Cóż ty powiadasz? Co oni mają z nami wspólnego? Trzeba ich wszystkich ściąć, zanim wyciągną łapy po nasze żony i potomstwo!
   Nieznajomy wstał. Wszyscy jednocześnie zamilkli i spojrzeli w jego stronę. Jak zahipnotyzowani patrzyli na jego delikatną dłoń, kierującą się w stronę kaptura. Powoli odchylił płachtę ukazując swą twarz. Okazał się rudowłosą młodą kobietką, o subtelnych rysach twarzy. Uśmiechała się lekko, przenikając zielonym spojrzeniem wszystkich zgromadzonych. Miała proste źrenice, zupełnie jak u kota. Barman ze spuszczonym wzrokiem polerował kolejny kieliszek. Rozległ się cichy pomruk.
- To jedna z nich... Kobieta?
- Tak, jestem kobietą. Tak, jestem jedną z "nich", jak to nazywacie moje plemię. - miała cichy, ale wyraźny głos. - Nie poluję na wasze kobiety ani dzieci. Chciałam obalić mity na temat moich pobratymców. Nie wszyscy jedzą małe ludzkie stwory na śniadanie, tak samo jak nie wszyscy gwałcą wasze kobiety na obiad. Mamy taką samą dumę i honor jak ludzie. Wojna wynikła z nieokrzesania waszego księcia, nie zaś ataków na waszą granicę. Miało być przymierze - jest wojna. Życzę wam powodzenia.
  Dziewczyna ukłoniła się dwornie. Rozrzucając poły płaszczu wyszła z baru w ciemną noc. Ludzie długo nie mogli otrząsnąć się z szoku. Była samotna, żadnej ochrony.. a jednak miała odwagę tu przybyć. Chcieli zamówić dodatkowe napoje, lecz barman zniknął.
***
- Uważasz, że to było mądre?
- Nie. Wiesz, że nigdy nie byłam taka, jaką oczekiwał widzieć mnie mój ojciec. - zachichotała. - Nie martw się, Derianie. Raczej mnie tu więcej nie ujrzą. Chciałabym jednak znowu zobaczyć ich miny!
  Starszy mężczyzna z nieukrywaną miłością w oczach spoglądał na śmiejącą się do rozpuku dziewczynę. Przemówił jednak surowym głosem:
- Niby dorosłaś, a nadal ani krzty powagi. Żeby mi się to więcej nie powtórzyło!
Dziewczyna, ocierając łezkę, odrzekła:
- Spokojnie, będę ostrożna... kiedyś. - Ucałowała Deriana w oba policzki. - Oczekuję twoich odwiedzin!
I szybko odbiegła w mrok.

***
 Mała dziewczynka biegła boso po twardej, ubitej ziemi. Droga wiodła w kierunku ogromnej, drewnianej bramy. Oprócz niej, miasto chronił kamienny mur wysoki na 20 metrów. Mała blondynka nie oglądała się na boki. Ściskając w rączce bukiet żółtych oraz czerwonych kwiatów, zmierzała prostu ku wejściu. Nad jej głową szumiały rozłożyste, zielone liście. Były tak gęste, że ledwo przepuszczały promyki oświetlające ścieżkę i biegnącą postać. Można by rzec, iż owe promienie były oczami bogów, podążającymi za dziewczynką, nie spuszczającymi z niej wzroku. Rozjaśniały złocistą czuprynę. Tuż przy bramie mała osóbka stanęła. Zupełnie jakby bała się wejść do środka. Spojrzała na kawałek nieba. Spóźniła się; już dawno po obiedzie. Spuściła głowę i wolnym krokiem przekroczyła próg bramy. Spodziewała się wesołego gwaru, rówieśników grających w berka, tłumów na targu. Spotkała ciszę. Niespokojną. Dziką, przytłaczająca, straszną, która krąży wokół, jakoby wilk i w odpowiednim momencie atakuje. Dziewczynka wstrzymała oddech. Usłyszała „nic”. Poczuła już czyhającego drapieżnika.
   Wtem z głębi miasteczka rozległ się krzyk. Wilk skoczył dziewczynce do gardła, ona przerażona, zaczęła uciekać. W kierunku tego odgłosu. Bała się go bardziej niż ciszy - wilka, ale nie kontrolowała swoich nóg. Czerwona od przytrzymywanych łez wpadła na główny plac.
   Pierwszym co ujrzała, były zimne oczy ludzi broczących czerwoną juchą. Porozcinane ubrania, skóra, wnętrzności. Mała zwymiotowała w kałużę krwi. Zmusiła się do podniesienia wzroku - na środku placu był usypany stos z martwych ludzi. Tych, których rano witała uśmiechem i dobrym słowem. Dookoła tej sterty stała jeszcze setka ludzi. Płakali, nie mogli się jednak ruszać. Przy nich stały bowiem czarne postacie. Mroczne, nawet w jasny dzień. Bestialsko raniły plecy bezbronnych. Tymczasem mała dziewczyna dostrzegła leżącą kobietę, tuż przy umarłych. Tuliła do piersi zakrwawione zawiniątko. To ona wydała z siebie głośny okrzyk bólu i bezgranicznej rozpaczy, który przy wejściu usłyszała jasnowłosa. Do osuwającej się na ziemie kobiety podszedł jeden z Czarnych. Wyrwał tobołek z jej rąk, który zaczął płakać. Jednak jego łzy na wieki zostały ucięte srebrnym ostrzem katany. Wszyscy zmuszeni do oglądania tej sceny ludzie, jęknęli zakrywając jednocześnie oczy. Płakali, mdleli. Tych ostatnich cucono biciem, po czym po prostu zabijano. Serce zamarło w małej dziewczynce. Rzeź, którą oglądała była tak brutalna, bezwzględna... Rozszerzone, zielone oczy na długo zapamiętały strumienie krwi, zaś serce bezradność i zimne przerażenie. Krótko jednak dziewczyna pozostawała niezauważona. Kiedy dwóch napastników ruszyło na nią, zrobiła krok w tył. Bosą stopą weszła w kałużę krwi i potknęła się o czyjeś ciało. Przez ułamek sekundy widziała twarz starszej siostry oraz jej poranioną dłoń, chwytająca ją za kostki. Jej dusza rozdzieliła się na dwie części. A spomiędzy nich wypłynęła Moc. Rozcięła ona powietrze, niczym dwa wielkie feniksy. Ziemią wstrząsnął wielki wybuch, a dziewczynka straciła przytomność.

  - Panienko! Obudź się. - poczuła, że ktoś uderzył ją lekko w twarz. - Panienko!
- Już, już, juuuuż! Nie bij mnie. Już wstaję. - odtrąciła dłonie służącej. Nie był to miły gest. Kobieta cofnęła się, złożyła dłonie.
- Wybacz, panienko. - wybiegła z pokoju.
   Dziewczyna westchnęła. W wielkim lustrze zobaczyła swoje jasnozielone spojrzenie. Odrzuciła rude włosy. Pamiętała jeszcze, jak wstydziła się wrócić do Mistrza, po zmianie koloru swych włosów ze złotych na tycjanowskie. Nie zdobyła się na uśmiech. Twarz wykrzywił jej grymas bólu, znowu przez ten sen. Poczuła, jakby lodowata ręka zaciskała się dookoła jej serca, mrożąc przy okazji wszystkie wnętrzności. Dreszcz przebiegł jej ciało, zagryzła wargę. Trwało to ułamek sekundy, która wydawała się wiecznością. Wstała powoli i podeszła do okna. Zamaszystym ruchem rozciągnęła aksamitne zasłony, pokój wypełnił się poświatą porannego słońca. Przez otwarte okno wpadło świeże powietrze, rozrzedzające te nocne, ciężkie. Rudowłosa podeszła do toalety. Jak zawsze, znalazła tam porcelanową misę z zimna wodą oraz biały ręcznik. Pochylona, zanurzyła obie dłonie w srebrzystej cieczy i obmyła twarz. Zimne strumyki spłynęły jej po karku, chowając się pod koszulką nocną. Prychnęła i po omacku zaczęła szukać owego ręczniczka. Mokrą dłonią trafiła na jakiś materiał, zbliżyła go więc do twarzy i poczęła się nim wycierać. Zadowolona otworzyła oczy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że była to szata Mistrza. Powoli spojrzała na jego zamyśloną twarz. "Chyba nic nie poczuł." Wygładziła wilgotną część odzienia. Gdy cofała rękę, Mistrz chwycił ją za nią, nie zmieniając celu swej obserwacji.
- Wypada się przywitać i przeprosić. Czyżbym w swej nauce zapomniał o dobrych manierach? - udał zasmucenie. - Starzeję się, zapominam o tak ważnych rzeczach.
- Przepraszam, Mistrzu. - delikatnie wyrwała się z uścisku. - Należy jednak pukać, kiedy przychodzi się kogoś odwiedzić. Mogłam być naga.
   Starszy mężczyzna przeniósł wzrok na swą uczennicę.
- Nie posiadasz niczego, droga Orayo, co mogłoby mnie wprawić w zakłopotanie lub zdziwić. Nie miej o sobie tak wysokiego mniemania.
Młoda dama prychnęła. Przyzwyczajona do ironii swego nauczyciela, odwróciła się na pięcie. Weszła za parawan i kilkoma ruchami założyła dzienne ubranie. Tymczasem Mistrz zaglądał w jej półki z książkami, najwyraźniej szukając jakiegoś tytułu. Nie znalazłszy tego, czego oczekiwał zwrócił się do Oray'i:
- Gdzie są "Podstawy Magii" oraz zwoje o Mocy?
- Podstawy opanowałam dawno temu, Mistrzu. Nie sądzę, aby były mi te "dzieła" potrzebne. - wyszła zza małej przebieralni. Była ubrana w prostą, zieloną tunikę. Jedynie rękawy były lekko rozszerzane. Długa bluzka delikatnie podkreślała kobiecą sylwetkę dziewczyny. Ale ona nie zdawała sobie z tego sprawy, jak bardzo wydoroślało jej ciało. Miała też brązowe spodnie za kolana, przytrzymywane przez czarny pas z misterną klamrą. Całość uzupełniały również zielone buty.
- Czy ktoś pytał, co ty o tym sądzisz? Nadal mi podlegasz, nie jesteś znowu aż tak doświadczona. Zalecam ci czytać każdego wieczora te książki. - surowym tonem ciągnął dalej. - Filarem magii jest teoria. Masz ją rozumieć, pamiętać do końca życia.
 Oraya ukryła ziewnięcie.
- Nie przyszedłeś żeby mi o tym wszystkim mówić, Mistrzu. Czy coś się stało?
- Racja. Zjem dziś śniadanie razem z dworem, zaraz po nim wyjeżdżam. - jego wzrok znów stał się nieobecny. - Podczas mojej... wycieczki, masz stale powtarzać podstawy. Zostawiam ci mojego pomocnika, jest lepszy od ciebie, nauczy cię niektórych rzeczy. Kiedy wrócę, spodziewaj się sprawdzianu umiejętności.
Niektórzy pewnie zaczęliby oponować, stawiać się, dyskutować. Oraya spokojnie zaczesała włosy, odłożyła grzebień. Nie dała po sobie poznać, że w jej sercu już zakwitła tęsknota za nauczycielem. Bo po co?
- Oczywiście. Rozumiem. Idźmy jeść, Mistrzu. Mój żołądek jest zupełnie pusty.
Według panujących w Graduo zasad, kobieta zawsze szła przodem. Tym jednak razem, Oraya uparcie pozostawała w tyle. Musiała bowiem ukryć tę jedną samotną łzę, torująca drogę po jej policzku.
***
Ramię w ramię wyszli na dwór. Jako że pogoda dopisywała, poranek był jasny, śniadanie postanowiono urządzić na dworze. W ogrodzie, pod wielką altaną, rozstawiono długi stół. Zastawiały go przeróżne potrawy, owoce, soki, wina. Kilkadziesiąt zastaw, mnóstwo krzeseł. "Znowu..." - pomyślała Oraya. Najprzyjemniejsza w tym wszystkim była natura, jej bliski kontakt. Pachnące kwiaty, wielobarwne motyle, cicho śpiewające ptaki. I słodkie powietrze, niosące nadzieje na lepszy dzień. Wśród biesiadników dziewczyna zauważyła nowe twarze. Nie zdążyła się im jednak przyjrzeć, gdyż zadzwonił dzwoneczek obwieszczający początek posiłku. Zajęła swoje miejsce pomiędzy Mistrzem a ojcem. Wolała jednak nie patrzeć na tego drugiego. Po chwili skupienia, modlitwy do bogów, zaczęto jeść. Wszystkich ogarnął wyśmienity nastrój. Rozległy się chrupania, sączenia, mlaskania, szepty, stukania, dźwięczenia. Chwalono pomysłowość kucharzy, czy gościnność dworu. Nie minęło wiele czasu i już rozpoczynano pogawędki. Tutejsi słuchali nowinek zza granicy, przybysze zaś opowiadań rodu Miguri. Oraya ze znużeniem zjadła dużą porcję zupy z małż oraz kilkanaście nieznanych jej owoców. Jej brzuch powoli zaczął się uwydatniać na cienkim materiale. Sennym wzrokiem patrzyła na twarze zebranych ludzi. O, tam dalej siedzi Fario, przyjaciółka matki. „Gdybym miała oczy podobne do niej, nigdy nie wyszłabym z domu! A jej córka, cóż to za potwór. Nawet gdyby w posagu miała milion bogatych miasteczek, pozostałaby niezamężna. Marion, pospolity brunet. Nic nowego, ma za duży nos.” Oraya była szczera. Dobrze jednak, iż tylko w swych myślach. Kochała krytykować, porównywać, ironizować. Ale po cichu, tak, aby nikt o tym nie wiedział. Zamyślona, podparła dłońmi podbródek opierając łokcie na stole. Wpatrywała się w jeden, stały punkt nad głową nieznanego młodzieńca. Miał ciepłe, brązowe oczy oraz czarne włosy. Ostre rysy twarzy cechowały jego zawziętość we wszystkim, co robił. Tymczasem dziewczyna zupełnie straciła kontakt z otoczeniem. Nie zwracając na nic uwagi zaczęła bardzo cicho nucić. Nie zauważyła masy delikatnych, kolorowych skrzydeł, które na dźwięk jej głosu otoczyły całą jej postać. Niewiele osób zwróciło na to uwagę. Tylko czarnowłosy nieznajomy otworzył szerzej powieki i nadstawił uszy. Dokładnie widział delikatne wargi dziewczyny układające się w dziwne kształty. Czuł, iż ona śpiewa. Motyle poruszały się we wszystkich kierunkach, tworząc harmonijną całość. Patrząc na nie, chłopak dostrzegał zdumiewające rzeczy, kwiaty, ogień, ból, namiętność, walkę, tajemnicę. To nie były słowa, lecz dokładne i barwne obrazy.
  Nagle król chwycił Orayę za ramię i potrząsnął lekko. Dziewczyna jakby nigdy nic przesunęła zielone spojrzenie po zdumionej twarzy młodego mężczyzny. Odwróciła głowę w kierunku władcy, nie patrzyła więcej na nieznajomego. Ten zaś wciąż przeżywał zadziwiające rzeczy, które przecież zdarzyły się naprawdę.
- Gdzie byłaś, młoda damo? - przywitanie córki było jak zimna bryza. - Nie widziałem cię prawie cztery dni!
Oraya spuściła wzrok, aby ukryć zirytowanie. Drażnił ją coraz bardziej.
- W Umitao. Potrzebowałam rozrywki.
- Rozrywki? W twoim wieku? Nie pomyślałaś, że możemy się martwić? - król Fenizito powoli tracił panowanie nad gorączkowym szeptem.
- Chyba o to, że mogłabym zniesławić wasz ród. - zagryzła wargę. - Nie bój się, panie. Nie zrobię nic głupiego.
- Już zrobiłaś. Na nic wymówki, dzieją się przez ciebie złe rzeczy. Matka nie sypiała przez ciebie, wciąż ma dreszcze i gorączkę. Na dodatek nie robisz postępów w nauce i nie masz żadnych zdolności! Ach, na cóż Pardau przygarnęła cię pod swe skrzydła? Sprawiasz same kłopoty, ile jeszcze będziemy musieli tego znieść?
  Oraya gwałtownie odrzuciła krzesło w tył. Przewróciło się i uderzyło o ozdobny kamień. Niesamowity huk zwrócił uwagę wszystkich na cichą do tej pory scenę. Nastała cisza.
- Uważasz się za mojego ojca, a ją za moją matkę? Myślisz, że masz prawo mnie oczerniać? Nie prosiłam jej, aby ocaliła mnie tamtego dnia! - złapała powietrze, odrzuciła ogniste włosy w tył. - Robicie mi łaskę, biorąc mnie pod opiekę i rozkazując nazywać rodzicami? Brzydzę się waszymi spiskami, knuciem i kłamstwami. Nie chcę. Już n…
   Poczuła uderzenie ciepła w dłoni. Spojrzała w dół zaszklonymi z bólu oczami i ujrzała starczą dłoń mistrza. Ściskał ją coraz mocniej, powoli zaczynała tracić czucie. Jednak nawet nie jęknęła. Owy gest był wyraźną dezaprobatą tego, co mówiła. Zduszając w sobie chęć wykrzyczenia całemu światu swych zmartwień i żalu, Oraya zauważyła na sobie wzrok każdego gościa. "Nie dam wam powodu do radości" - wyszczerzyła zęby i usiadła. W zdumiewająco szybkim tempie opanowała swoją duszę. Coś jej jednak w tym pomogło.
   Zdruzgotana sytuacją Pardau zaczęła szlochać. W mgnieniu oka doskoczył do niej wianuszek przyjaciół, którzy natychmiast poczęli ją rozweselać, jednocześnie karcąc złym spojrzeniem dziewczynę. Król chcąc szybko zmienić temat, wszczął dyskusję na temat zbliżającej się wojny. Niezręczna cisza przerywana chlipaniem królowej przeminęła. Na nowo rozgorzał gwar.
- Nie rób tak więcej, nie zawsze będę przy tobie. - Mistrz pociągnął zdrowy łyk z pobliskiego kielicha. Nie zwrócił uwagi na oburzenie damy siedzącej obok - to było jej naczynie.
  Oraya kiwnęła głową w geście przeprosin. Masowała lekko opuchniętą rękę, zastanawiając się skąd starzec miał tyle siły.
Close Smaller – Larger + Reply to this post:
Verification code: VeriCode Please enter the word from the image into the text field below. (Type the letters only, lower case is okay.)
Smileys: :-) ;-) :-D :-p :blush: :cool: :rolleyes: :huh: :-/ <_< :-( :'( :#: :scared: 8-( :nuts: :-O
Special characters:
Go to forum
This board is powered by the Unclassified NewsBoard software, 20120620-dev, © 2003-2011 by Yves Goergen
Page created in 235.4 ms (180.3 ms) · 38 database queries in 4.7 ms
Current time: 2020-10-31, 08:23:39 (UTC +01:00)