Not logged in. · Lost password · Register
Forum: Play By Forum / Twórczość własna Twórczość własna RSS
Teppicowa powiesc
Avatar
Teppic d'Villazon #1
User title: Złowrogi Tłumacz
Member since Jan 2007 · 3183 posts · Location: Półleżące
Group memberships: Animatorzy, Global Makers, Graficy, Skrybowie Mod, Użytkownicy, Zdarzeniowcy
Show profile · Link to this post
:D
Dziś pytanie, dziś odpowiedź.
Myślałem, że będzie za długie, żeby się wam chciało czytać. Ale skoro nalegasz...

Pierwszy znak

Rozdział 1. czyli co dręczy Alexa Phareza


-=-^-=-


Alex przeciągnął się w fotelu. Cholerne zachodnie meble za trzydzieści dolców. Siadasz w takim fotelu i po minucie ogarnia cię otępienie. Dwie minuty i jesteś w objęciach Morfeusza. On tymczasem musiał skończyć pisać do rana i miał tej nocy przysłowiowy nóż na gardle. Sen był luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić. Zdążył się już przyzwyczaić, głównie dlatego, że nóż na gardle miewał często. Złośliwi twierdzili, że przysłowiowe gardło miał przygotowane do tego typu manewrów, a to za sprawą podlewania go dużą ilością brandy. Ograniczone typy. Tak jakby miał jakiś problem alkoholowy, czy coś.
Przyłapał się na skraju snu. Ocknął się, wracając do rzeczywistości. Psia krew z takim fotelem! Amerykanie wiedzą jak zadowolić statystycznego obywatela, tego w białej, ubrudzonej musztardą koszulce bez rękawów, z nadmiarem cholesterolu i za dużą ilością wolnego czasu. Powinni dorzucać do kompletu trzydziestocalowe telewizory, nadające "Świat według Bundych" 24 godziny na dobę...
Spojrzał na ekran komputera przed sobą. Widniał na nim standardowy edytor tekstu, częściowo pokryty jego nowym artykułem na temat procesów czarownic w 1677 roku. Mało. Trzeba dopisać coś jeszcze. Zerknął na leżące na biurku "materiały pomocnicze". Do diabła, ciężko wycisnąć 800 słów czystej, ciekawej treści z encyklopedii popularnej. Jego wzrok przemieścił się w kierunku niedużego lustra wiszącego na ścianie, dokładnie naprzeciw niego. O czym on myślał, wieszając je tam? Że będzie fajnie móc na siebie spojrzeć podczas pracy? Jedno spojrzenie wystarczało, żeby odechciało się pracować...
Nie był nieprzystojny. Przeciwnie, był całkiem "wart zachodu", jakby to określiła jego koleżanka po fachu, Jenny. Gdzieś pod warstwą czterodniowego zarostu, kurzu i życiowych rozczarowań, Alex Pharez był wart zachodu. Nie był dokładnie pewien, gdzie.
Przetarł zaczerwienione oczy i wygrzebał spod sterty notatek swój budzik w kształcie piłki do tenisa. Los Angeles, druga dwanaście. Powiódł mętnym wzrokiem po swoim stanowisku pracy i stuknął lekko kłykciami w blat biurka. Z szuflady zawołała go szklanym, perlistym śmiechem dobra znajoma. Nie, dziś się nie napije. No bo po co? „Jestem panem swojego życia”. Robota czeka. Nie ma takiej potrzeby.


-=-^-=-



- Kochanie, masz rozmowę za trójce.
- Dzięki, Meg. Przełączysz? - Jenny oderwała się niechętnie od ekranu telewizora, znajdującego się w hallu redakcji i wróciła do swojego gabinetu.
- Jenny Parker, redakcja Simpson Press, słucham? - rzuciła do słuchawki mechanicznie.
- To ja - głos po drugiej stronie linii był akustycznym odpowiednikiem widoku zmiętej szmaty. Zmiętej i wilgotnej szmaty.- Trochę zaspałem. Szef już jest?
- Tak, ale ogląda poranne wydanie wiadomości - odpowiedziała ponuro, siląc się na oficjalny ton - Masz jakieś dwie minuty, zanim skończy i postanowi zagryźć poranną kawę twoim sercem zamiast krakersów. Coś mi mówi, że będziesz dziś szczególnie eksploatowany.
- Nie rzucaj mi takim wyszukanym słownictwem o 8.45 rano, dobrze?
- Jak tam sobie chcesz. Wiadomości od rana bębnią w twoim języku. Tym razem to coś dużego.
- Będę za minutę. Może zdążę dokończyć ten przeklęty artykuł.
- Alex?
- No?
- ...piłeś - bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Zgadnij.


-=-^-=-



- A oto i nasz człowiek w świecie duchów! - Morgan Simpson, szef redakcji, miłośnik rybek akwariowych i metaforycznego kopania w jaja powitał Alexa szerokim uśmiechem. Ocho, pomyślał, przepadłem. Wylał mnie albo przynajmniej ukręcił pensję, inaczej czym tłumaczyć jego doskonały humor?
- Szefie, ja...
- Chodź, chodź, to twój szczęśliwy dzień - przerwał Wielki Szef, obejmując Alexa ramieniem. Ruch ten, na pozór niewinny, był w istocie jednym z ulubionych zagrań szefa, wypracowanym zapewnie latami treningów. Przypominało to bardziej oplatanie ofiary przez anakondę niż cokolwiek innego. Człowiek prawie oczekiwał, aż coś zacznie połykać go w całości. Z takim talentem trzeba się urodzić, pomyślał Alex.
- Szefie, jeśli chodzi o ten artykuł o czarownicach, to on...
- A daj mi spokój z czarownicami - zaśmiał się Simpson, wprowadzając go do swojego gabinetu - to już bez znaczenia.
Bez znaczenia...Od czterech dni domagał się tego tekstu, a teraz to bez znaczenia? Widać jest gorzej niż myślałem. Widać ucinanie nie skończy się na pensji...
- Powodem, dla którego cię tu zaprosiłem jest - szef sięgnął do pudełka leżącego na biurku i wydobył z niego cygaro - że, postanowiłem dać ci podwyżkę.
Nastąpiła pełna konsternacji cisza. Alex nie wierzył własnym uszom. W końcu Simpson parsknął gardłowym śmiechem, podobnym do pracy zarżniętego rozrusznika w ciężarówce.
- Hihihi! Wybacz, nie mogłem się powstrzymać! - no tak, kolejna zagrywka szefa. Nic tak nie cieszy jak zmieszanie czyjegoś ego z błotem o poranku.
- Ha ha.
- Doskonałe, doprawdy - Simpson wytarł łzy z oczu - no ale do rzeczy.
Ocho, nadeszła godzina prawdy. Alex instynktownie stanął dalej on okna. Byli na trzecim piętrze. Nigdy nic nie wiadomo.
- Dziś rano, to jest koło 5.25, jak podaje CNN, spadł niedaleko Los Angeles meteor.
- Meteor, sir?
- Przecież wyraźnie mówię, że nie stado pingwinów. Spadł niedaleko stąd, a teraz mówią, że to metrofizyczna anomalia, czy coś.
- Metafizyczna anomalia, sir? - zainteresowanie wzięło w Alex'ie górę nad nieufnością - na jakiej podstawie to stwierdzono?
- A wypowiadał się taki jeden łysy, z paskudną gębą - Simpson podrapał się w podbródek, jeden z trzech - Zresztą, też bym miał paskudną gębę, gdyby mnie obudzono wpół do szóstej, cobym zbadał jakiś kawał skały. Jakiś jajogłowy od kosmosu i kosmitów...chłopcy robili notatki, ich wypytasz. W każdym razie, wyruszasz natychmiast. Za dwa dni chcę mieć przełomowy, szczegółowy artykuł na ten temat, cobym go umieścił na pierwszej stronie, a żeby sprzedaż wzrosła o 50%. Tyle. Odmaszerować.

-=-^-=-


- Dwa dni. Dwa! – Alex nie wytrzymał – czego on oczekuje, że ja już tam byłem i muszę tylko przepisać notatki na czysto? Tego zlecenia nie da się wykonać. ŻADNEGO zlecenia nie da się wykonać w dwa dni!
Jenny poklepała go współczująco po ramieniu, z braku bardziej treściwego komentarza.
- Daj spokój Alex, przecież dla ciebie nóż na gardle to norma – zakpił Steven Hastings, dwudziestopięcioletni dorobkiewicz i piesek szefunia, o kwadratowej szczęce i wypielęgnowanych paznokciach – gdybyś odpowiednio rozplanował pracę, dałbyś radę. No, może nie koniecznie TY byś dał, ale...
- Mocne słowa jak na gościa, któremu matka wciąż pakuje drugie śniadanie – odparowała błyskawicznie Jenny, a kilku kolegów Alexa z pracy stłumiło śmiech. Całość wywołała w chłopaku odruch, który widzisz, gdy dotkniesz patykiem czułków ślimaka. Steven spojrzał na Jenny z urazą. Alex spojrzał na Jenny z wdzięcznością. Nie czuł się na siłach odpowiadać na zaczepki tego gówniarza.
Jenny odprowadziła Hastingsa do drzwi jego pracowni spojrzeniem, jakim zazwyczaj obdarza się coś, co przykleja się do buta, po czym wróciła do rozmowy z Alexem.
- Swoją drogą nie zaszkodziłoby ci, gdybyś trochę poukładał sobie życie, Al.
- Często układasz puzzle?
- Zdarza się.
- Ja nie. W moim zestawie brakuje kilku kluczowych kawałków. A jak już myślę, że wszystko jako tako gra, pojawia się jakiś meteoryt, i to akurat jak mam kaca. A propos – dodał po chwili przecierania zmęczonych oczu – dawajcie te wasze notatki, chłopaki, zobaczę, z czym w ogóle mam do czynienia.
- Się robi. – Odparł jeden z redaktorów, chudy okularnik, którego imienia Alex za Chiny Ludowe nie był w stanie sobie teraz przypomnieć. – No więc jest sobie niedaleko Los Angeles dziura w ziemi, a w dziurze coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak meteor, jednak spece gadają wciąż o tym, że jest pełen anomalii. Jak wszyscy spece, nie są w stanie powiedzieć jednoznacznie, o jakie anomalie chodzi... No i...- tu zajrzał ponownie w notatki - ...kilka nazwisk. O, mam. Richard Spencer, to gość, co pierwszy zobaczył meteor... B.K. Coleman, – tu przerwał, ponieważ Alex głośno wciągnął powietrze – dyrektor Laboratorium ... eee... Serente...
- Serenity Laboratories of Advanced Biochemistry and Metagenetics. Wiem.
- Tak, zgadza się.- odparł chłopak zaskoczony.
- Znasz tego człowieka?- spytała Jenny zaciekawiona.
- Powiedzmy, że... miałem przyjemność...


-=-^-=-


Powyższe to rozdział 1 mojej książki (która pewno nigdy nie wyjdzie, ale cóż...)
[Image: http://img510.imageshack.us/img510/5030/vincent2.gif]
Teppic[547] | Valence[5829] Jon Doe[6206] | Vlad[2392] | Burch[878] | Lord Myron[602]
[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]
Avatar
Teppic d'Villazon #2
User title: Złowrogi Tłumacz
Member since Jan 2007 · 3183 posts · Location: Półleżące
Group memberships: Animatorzy, Global Makers, Graficy, Skrybowie Mod, Użytkownicy, Zdarzeniowcy
Show profile · Link to this post
Odcinek 2 ;-) Tak się składa (ku Zorannowi), że najdłuższy z dotychczasowych.

2.czyli wizyta u starego znajomego

-=-^-=-

W korytarzu nie było nikogo prócz niego i blondwłosej sekretarki w stylu Meg Ryan. Alexowi wydało się to dziwne, przy całym tym zamieszaniu wokół sprawy, budynek laboratorium powinien pękać w szwach od reporterów każdej gazety w tym mieście. Faktycznie, wokół budynku dostrzegał ślady życia koczowniczego (charakterystycznego dla homo paparazzi w okresie łowów), takie jak zadziwiająco ruchliwe kosze na śmieci czy drżące pomimo braku wiatru krzewy, zakwitające od czasu do czasu ludzka ręką z aparatem fotograficznym.
Alex wyjrzał przez okno. Jeden, całkiem nierzucający się w oczy mężczyzna, po raz 17 w ciągu ostatnich 2 godzin wyprowadzał psa na spacer, jakby uwziął się na te kilka drzewek stojących przed budynkiem laboratorium. Biedny ratlerek niechybnie zginie z odwodnienia do wieczora. Gdzieniegdzie rozmieszczeni byli ludzie tak intensywnie czytający gazety, że ich egzemplarze zdobiły dziury, zapewne wypalone skupionymi do granic możliwości spojrzeniami. Przy niektórych gazetach stało po kilku ludzi, te przypominały ser szwajcarski. Wszystkie gazety zwrócone były na okna laboratorium.
Macie pecha, pomyślał Alex. Jakimś niezrozumiałym sposobem został wpuszczony do budynku, jakby był umówiony. Czyżby doktor wciąż go pamiętał i zezwolił na wizytę?
- Panie Pharez, dyrektor oczekuje Pana – oznajmiła Meg Ryan głosem charakterystycznym dla wszystkich sekretarek wszechświata. Alex podniósł się z perkalowego fotela i wyjrzał jeszcze raz przez okno. Ratlerek ostatkiem sił zraszał właśnie jeden z krzaczków. Krzaczek, ku przerażeniu psiny zaklął i przesunął się 2 metry dalej...

-=-^-=-

- Witam cię, Alexandrze – serdeczność w głosie doktora brzmiała szczerze – minęło sporo czasu odkąd widziałem cię ostatnim razem...- powiedział to tak, jakby na coś czekał.
- 19 lat, 4 miesiące i 9 dni, panie doktorze.
Mężczyzna za biurkiem nadal patrzył wyczekująco.
- ...i 17 godzin, bez 2 minut.
Odpowiedź zdała się usatysfakcjonować starszego mężczyznę.
- Nadal w pełni sprawny, jak widzę. Usiądź proszę.
Alex rzucił okiem na pomieszczenie, w którym się znalazł. Człowiek nie znający doktora Colemana pomyślałby, że pokój bardziej przypomina gabinet psychologiczny niż cokolwiek innego. Alex znał doktora i wiedział, że miał tak wyglądać. Wszystko w tym człowieku zdawało się mówić: „Opowiedz mi o swoim problemie...”
- Pewnie zastanawiasz się, hmm, dlaczego cię tu zaprosiłem, pomimo, iż cała reszta twoich, hmm, kolegów po fachu udaje właśnie najróżniejsze elementy otoczenia za moim oknem, hmm?
Alex przyjrzał się uważnie doktorowi. Nie pierwszy raz miał wrażenie, że ten człowiek potrafi czytać w myślach. Chociaż, jak się zastanowić, to pewnie potrafi, pomyślał. Doktor był...wyjątkowy na wiele sposobów. Nieprzeciętna inteligencja była tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Laboratorium Serenity zajmowało się w głównej części badaniem dziwnych, nieraz uznawanych za metafizyczne, zjawisk. Dla pracujących tu ludzi na porządku dziennym był widok dzieci zginających łyżki za pomocą psychokinezy, ludzi porozumiewających się z delfinami czy, jak w przypadku Alexa, wykonujących zaawansowane obliczenia matematyczne w przeciągu kilku sekund i generalnie wiedzących więcej, niż przyzwoitość nakazuje.

-=-^-=-


Nabożeństwo dobiegło końca. Matthew Samajan, młody informatyk rozpoczynający swoją karierę w mało wówczas znanym w świecie uczonych laboratorium, miał już opuścić Cathedral of our Lady of the Angels, gdy jego uwagę przykuł chłopiec, na oko dwunastoletni, samotnie wędrujący wzdłuż ściany. Chłopiec przesuwał ręką po gładkiej powierzchni muru i nucił. Nucił liczby.
- Co tu robisz sam, mały? – spytał Matthew zaciekawiony.
- Po pierwsze, nie jestem już mały – zaoponował chłopak, wbrew wszelkim oczywistym faktom - i nie jestem sam po drugie.
- Przyszedłeś tu z mamą?
- Przyszedłem tu do mamy.
- A gdzie ona jest?
- Wszędzie. Śpiewamy razem kościół.
- Śpiewacie w kościele?
- Nie, Matt. Kościół. – odparł chłopiec pewnie i ruszył ponownie w swoją podróż wzdłuż ściany. Matthew stał chwilę bez ruchu z twarzą nie wyrażającą nic, po czym wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza podręczny notatnik i zaczął pośpiesznie zapisywać. „22,97; 52,49; 3,14, wszędzie jesteś; 29,56, brzydko, nierówno, 7...
Przeczucie go nie zmyliło. Po powrocie do laboratorium zdobył dane architektoniczne budynku katedry. Z początku nic się nie zgadzało. Pilary - 16 m, przekątna środkowej kopuły – 7 metrów, wysokość belki podtrzymującej strop- 9 metrów... po jednej stronie 15mm wyżej, bo w ścianie przechodziła rura kanalizacyjna... Jednak po chwili Matt stuknął się w czoło. Stopy! Dokonał kilku przeliczeń...16 metrów = 52,49 stóp...7 metrów = 22,97 stóp...9 metrów = 29,53 stopy, plus 15 milimetrów...29,56!! No i 3,14, pi...
Alex, jako sierota zostawiony na progu katedry, nie miał stałego opiekuna. Księża nie mięli nic przeciwko temu, by laboratorium, a ściśle sam Matthew, przygarnął Alexa. Tak zaczęła się jego przygoda z laboratorium.
- Alex? – mruknął Matt, otwierając chłopcu drzwi swojego Forda, tydzień po pierwszym spotkaniu.
- Co?
- Wtedy w kościele... skąd wiedziałeś, jak mam na imię?
- Ale ty gupi jesteś, masz je napisane na tablicy rejestracyjnej, MATT 306.
- Mieszkam dwie przecznice stąd. Do kościoła nie przyjechałem wtedy samochodem.
Alex wzruszył ramionami i wrócił do patrzenia przez okno - No to co?
- Aha.

-=-^-=-



Tak, to prawda, B.K. Coleman nie był zwykłym szarym człowiekiem. Używanie słów takich jak „iż”, czy zwracanie się do niego per „Alexandrze” były najmniejszymi z jego odchyłów.
- Tak się domyślałem, że dostałem się do wewnątrz, bo mnie pan zna, doktorze. Nie sądziłem tylko, że będzie pan wciąż pamiętał. – odparł Alex, zgodnie z prawdą.
- Nigdy nie zapominam moich pacjentów i ich...hmm, nazwijmy to chorób moich pacjentów. Nigdy. A zwłaszcza tak... charakterystycznych.
- I, jak rozumiem, wprowadzi mnie pan w tajniki całej tej historii z meteorem? - Podpowiedział Alex, pamiętając, po co się tu znalazł.
- A ty, jak rozumiem, opiszesz każdy szczegół w kolejnych wydaniu całej tej swojej gazety?
- Tak.
- Nie.
- Nie?
- Nie. To czego się tu dowiesz, powinno zostać wewnątrz tego budynku...i, hmm, w twojej głowie. Twoja pomoc może okazać się niezwykle przydatna, jednakże nagłaśnianie całej sprawy w mediach nie wyjdzie nam wszystkim na dobre. Nie teraz. – Doktor wręczył Alexowi kartkę papieru z napisanym adresem – pojaw się tam jutro, skoro świt, a dowiesz się wszystkiego od początku. Żadnych notesów.
No dobrze, pomyślał Alex, czas użyć bardziej bezpośrednich środków perswazji. Pora na popisową lekcję wzbudzania litości.
- Doktorze, ja...mam 2 dni na napisanie reportażu na temat tego meteoru. Ja...nie mogę tego sknocić. Obiecałem szefowi...
- O to się nie martw, z twoim szefem już to, hmm, załatwiłem. Będziesz miał swój reportaż. W odpowiednim czasie.
Alex zrobił dobrą minę do złej gry. Czuł, jak wagonik wypełniony po brzegi jego karierą zawodową właśnie wjechał na czyściutkie i nowe szyny. Szyny niechybnie i szybko kierujące się w stronę dużego szyldu z napisem: „Torowisko w budowie”...

-=-^-=-

Budzik zwykle dzwonił punktualnie, to trzeba mu przyznać. Problem w tym, że z budzikami już tak jest, że człowiekowi ciężko się z nimi zgrać, żeby obudzić się akurat, jak dzwonią. Producenci w swej niekonsekwencji pozornie radzili sobie z tym, sprawiając, aby rzeczone urządzenia wyły kilkanaście decybeli głośniej. Doprowadziło to do sytuacji, w której obudowy tych poczciwych urządzeń okazały się niewystarczająco odporne na wszelkiego rodzaju... wypadki, które zaczęły się im przytrafiać.
Otóż właśnie budzik Alexa nie należał do najwytrzymalszych. Liczne wgniecenia i rysy świadczyły o tym, że właściciel ceni sobie sen. Może ze starości, a może wiedziony czystym, pierwotnym lękiem o przetrwanie, budzik tym razem nie zadzwonił.
- Alex- głos w słuchawce brzmiał uprzejmie, aczkolwiek dało się wyczuć sugestię zniecierpliwienia – myślałem, że mamy podobne wyobrażenie tego, co ja nazywam „skoro świt”...
- Przephaszam doktohe, nagły wypfadek – odpowiedział Alex przez zaciśnięte zęby, między innymi dlatego, że trzymał w nich kanapkę, a przede wszystkim dlatego, że człowiek jadący 200km/h kabrioletem po mieście musi trzymać szczękę zamkniętą, żeby nie została w tyle.
- No cóż, mam nadzieję, że zdążysz, zanim zaczniemy.
- A kiedy zaczynacie?
- Zanim zdążysz.

-=-^-=-

- Dużo mnie ominęło?
- W spojrzeniu teoretycznym ominęło cię rozpoczęcie rozwikływania największego odkrycia tego milenium.
- Oj.
- A w spojrzeniu praktycznym część istotna dla naszych badań zacznie się za kilka dobrych godzin – Benjamin Coleman wprowadził go do obszernej hali.
Budynek, przed którym Alex zaparkował swojego Mercedesa 280SL przypominał z zewnątrz bardziej stadion hokejowy niż cokolwiek innego. Prawdopodobnie ludzie mieszkający w pobliżu myśleli podobnie, nic bowiem nie informowało przechodniów o naturze działalności wewnątrz budynku.
Teraz Alex znalazł się na metalowej rampie, obiegającej dookoła dużą halę, mogącą zmieścić boeinga. Albo mały meteor.
- O rzesz ty...
- Rad jestem, iż ten widok budzi w tobie takie ożywienie. Jednak najlepsze jeszcze przed tobą.
- A tak. W telewizji mówili coś o jakichś anomaliach.
- W rzeczy samej? – odpowiedział Benjamin z rozmarzonym wzrokiem i ruszył wzdłuż rampy, w kierunku pomieszczenia z dużą ilością aparatury, o której Alex wiedział tyle, że musi być warta więcej, niż jego mieszkanie. – A czy powiedzieli coś więcej o tych... hmm... anomaliach?
- Nie.
- W takim razie moi chłopcy spisali się na medal. Przedstawiam ci Richarda Tarskiego – dodał po chwili, kładąc dłoń na ramieniu siedzącego przed monitorem chłopaka, zdecydowanie bardziej Ricka niż Richarda, o mysich włosach i grubych okularach. Jednak nie sztywnego mózgowca. Coś w tym człowieku kazało myśleć, że po laboratorium porusza się na deskorolce.
- Siemka, jestem Rick – powiedział Rick.
- Alex – powiedział Alex.
- No więc, skoro już dokonaliśmy prezentacji, Richard wprowadzi cię w osobliwą naturę naszego odkrycia. – wrzucił doktor Coleman i usadowił się na jednym z obrotowych krzeseł, tak, by mieć dobry widok i na prace na zewnątrz pomieszczenia, i na rozmówców. Czekał na przedstawienie.
- Spoko. Po pierwsze, średnica tego obiektu, który ci w telewizji szumnie ogłosili meteorem, wynosi dokładnie...- tu zerknął na monitor, a Alex podpowiedział machinalnie.
- 23 metry, 70 centymetrów.
- ...tak, zgadza się – odpowiedział po chwili Rick, spoglądając to na Alexa, to na doktora Colemana z wyrazem uprzejmego niezrozumienia. Wyraz twarzy doktora był nieodgadniony.- W każdym razie, takie maleństwo powinno rozpaść się w górnej atmosferze, nie dotykając nawet ziemi. Meteory trafiają w ziemię, gdy mają około 70 metrów średnicy i więcej, w zależności od tego, z czego są zbudowane. I tu mamy kolejne dziwactwo naszego obiektu. Typowy meteoryt składa się albo z żelaza i niklu, albo chondrytu, albo najczęściej, po prostu z kamienia. A nasza perełka budowana jest na bazie chromu, jednego z najtwardszych zasrańców na tablicy okresowej.
- To tłumaczy, dlaczego nie spalił się w atmosferze – podpowiedział uprzejmie doktor Coleman, poprawnie odczytując puste spojrzenie Alexa.
- Mało tego, skurczybyk leży tu sobie w stanie praktycznie nienaruszonym, mimo, że niedawno przypatolił w ziemię z drugą prędkością kosmiczną, ziom!
- Rozumiem, że normalnie rozpadają się?
- Bingo. 96% tych, które docierają na ziemię, w momencie zetknięcia z nią przestaje istnieć. Razem z częścią ziemi, oczywiście.
- A jaki kształt mają normalne meteory?
- Najczęściej nieregularny. Czasem, bardzo rzadko, zdarza się taki, jak ten, przypominający kulę.
- To jest kula.
- Eee, oczywiście, tak wygląda – Rick Tarski odparł, tonem ojca, tłumaczącego dziecku, że psiej kupki się nie wkłada do kieszeni – ale nic, co weszło w atmosferę w prędkością 45 km/s nie może pozostać w tym samym kształcie.
- A jednak, to jest idealna kula. Proszę sprawdzić.
- A po kiego grzyba? Jak mówię, że to niemożliwe, to niemożliwe, i nie ma sensu nawet tego sprawdzać.
- Rick, myślę, że dobrze będzie, jeśli to zbadasz – wtrącił doktor Benjamin, ignorując dziwne spojrzenia rozmówcy – a my tymczasem zrobimy z Alexandrem krótki spacer.
- Jesteś pewien, że to idealna kula? – zagadał doktor Coleman, gdy tylko znaleźli się na zewnątrz pomieszczenia, trafiając z powrotem do wielkiej hali.
- Mówię to, co mówi mi serce, doktorze, wie pan przecież.
- Racja, racja. To istotne odkrycie, hmm, powiem szczerze, że nikt nie pokwapił się, by to sprawdzić.
- Skoro takie rzeczy się nie zdarzają, to nie dziwię im się.- odparł Alex, przerzucając spojrzenie na „meteor”. Teraz dopiero zauważył, że wokół jego podstawy krzątają się mądrze wyglądający ludzie z notesami i w ubraniach ochronnych.
- Widzisz, jesteś tu od 5 minut, a już dokonałeś odkrycia, które niejeden z nich chciałby przypisać sobie.
Alex nie odpowiedział. Wiedział, co doktor ma namyśli. Gdy dorastał, doktor często zagadywał go, pytając o plany na przyszłość. Skrycie bardzo mu zależało na zatrzymaniu Alexa w laboratorium, choć nigdy mu tego nie powiedział. Nie musiał. Alex wiedział. Wiedział dużo. Często wiedział rzeczy, których inni nie chcieliby mu wyjawiać. Jego samego atmosfera panująca w laboratorium napawała niepokojem. Za dużo było wokół ludzi, pragnących poznać jego i jego sekrety, jednocześnie starając się bezskutecznie chować własne.
Przemierzyli już kilkadziesiąt metrów po rampie, gdy oczom Alexa ukazało się to, czego nie widział z drugiej strony hali. Sporej wielkości maszyna, sterowana przez jednego z ludzi na dole, nacinała powierzchnię meteoru czymś, co musiało być laserem.
- Odkrawamy kolejne warstwy meteorytu, żeby dowiedzieć się, co jest wewnątrz – pośpieszył z wyjaśnieniem doktor Coleman, śledząc wzrok Alexa.
- A co może być ciekawego wewnątrz meteorytu, poza samym meteorytem oczywiście?
- Tego właśnie miałem nadzieję dowiedzieć się od ciebie.

-=-^-=-

Poniżej rozmawiających, Dyke Robinson przypatrywał się pomiarom, wyświetlanym przez komputer centralny lasera pomiędzy kolejnymi etapami nacinania chromowej bryły. O ile powierzchnia była zaskakująco (jak na coś co spadło z nieba, zapalając się przy tym) lodowata, o tyle w miarę zagłębiania się w meteor temperatura szybko rosła. Odczyty wskazywały też, że gęstość maleje. Przy tym tempie jej obniżania się, pomyślał Dyke, jądro będzie płynne.
- Jak jajko...-mruknął.

-=-^-=-

- Zrobię, co w mojej mocy, doktorze, ale nic nie obiecuję.
- Naturalnie, hmm, naturalnie. Rozumiem, że będziesz chciał dotknąć znaleziska?
- Będę musiał.
- Tu będzie mały problem – doktor wyglądał na smutnego – temperatura na powierzchni wynosi – 27℃. Co więcej, sześciowartościowy chrom posiada zdolność penetracji błon komórkowych i przedostawania się do wnętrza komórki, uszkadzając w wyniku rozpadu strukturę DNA.
- A po ludzku?
- Będziesz musiał założyć rękawice ochronne, bo albo odmrozisz sobie palce, albo niedługo wyrośnie ci jeden więcej.
- Rękawice nie przeszkadzają.
- Znakomicie. Teraz zapraszam cię na kawę w naszym bufecie, a za godzinę dokonamy naszego małego, hmm, eksperymentu. Ach, jest i Rick. – Dodał, dostrzegając pędzącego ku nim po rampie chłopaka. – Idziesz z nami?
Rick Tarski zatrzymał się przed nimi, jednak zamiast potoku przełomowych informacji, jakich podświadomie spodziewał się Alex, z jego ust wydobyło się tylko, poprzedzone nieufnym i zmieszanym spojrzeniem:
- ..Skąd wiedziałeś?..
- Jestem pewien, że Alexander udzieli ci rzeczowej odpowiedzi w drodze do bufetu.- odparł po chwili niezręcznej ciszy doktor Benjamin rześkim tonem człowieka, który wie, jak świat pracuje.

-=-^-=-

W dole Dyke Robinson zagadał się z kolegą po fachu. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na niepokojąco chwiejne odczyty na terminalu lasera. Przeto żaden z nich nie skojarzył pulsujących zmian temperatury wewnątrz meteorytu z biciem serca. Gdyby któryś z nich spojrzał na monitor, tak by się zapewne stało. Ale żaden nie spojrzał.

-=-^-=-
[Image: http://img510.imageshack.us/img510/5030/vincent2.gif]
Teppic[547] | Valence[5829] Jon Doe[6206] | Vlad[2392] | Burch[878] | Lord Myron[602]
[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]
This post was edited 2 times, last on 2008-10-10, 00:08 by Teppic d'Villazon.
Avatar
Teppic d'Villazon #3
User title: Złowrogi Tłumacz
Member since Jan 2007 · 3183 posts · Location: Półleżące
Group memberships: Animatorzy, Global Makers, Graficy, Skrybowie Mod, Użytkownicy, Zdarzeniowcy
Show profile · Link to this post
Proszę cię bardzo, choć uprzedzam, że rozdział trzeci był króciutki. Ale musiał taki być, dla dobra spójności faktów.

3. czyli chwile błogiej nieświadomości
-=-^-=-

- Uderzenie nastąpiło o 5.25 naszego czasu, około 30 mil od granic aglomeracji Los Angeles, w miasteczku Lancaster – poinformował doktor Coleman pociągając łyk swojej czarnej espresso, gdy już usadowili się wygodnie w niewielkiej kafejce, zaprojektowanej tak, by przebywający zapominali o znajdowaniu się wewnątrz laboratorium. W futrynie prowadzącej do kuchni wisiały sznury bursztynowych i drewnianych paciorków, a całe pomieszczenie pachniało zwietrzałą herbatą, lawendą i kapustą. Gdyby istniała potrzeba zdefiniowania zapachu babcinego salonu, byłby to ten zapach.
- Z punktu widzenia dotychczasowych przypadków tego typu, zadziwiająca jest znikoma skala zniszczeń spowodowanych uderzeniem tego klocka – podjął z entuzjazmem Rick - normalny meteor, gdyby dotarł do ziemi, przy tej masie wywaliłby około 80 milową połać ziemi, łącznie z górą Wilsona i północnym Los Angeles, gdzieś do żółtków. A krater tego, co mamy tam, na magazynie, nie dotarł do podnóża góry. Cholera, nie dotarł nawet do najbliższego McDrive’a!
- A gdzie dotarł? – spytał Alex, wpadając niemal automatycznie w tryb reporterski. Ręce świerzbiły go do sięgnięcia po notes.
- Ledwo do granicy hrabstwa. W okolicy nie ma dużo terenów zamieszkałych, głównie lasy i góra Wilsona właśnie. Wybuch zjadł większą część Lancaster i połowę Palmdale. Straty w ludziach są dość znaczne, prawdopodobnie teraz, gdy tu siedzimy, wielki George wygłasza jakieś oświadczenie w tej sprawie. Jakby go to interesowało… podejrzewam, że nie wiedział dotąd nawet gdzie leży Lancaster. Teraz pewno też nie wie. Może za to mocno namieszać, jeśli potraktuje to jako jakiś zamach terrorystyczny. A ma ku temu jakieś tam powody, bo tak się składa, że niedaleko na północ…
- … jest baza powietrzna Edwards, wiem – ożywił się Alex. Gdy w sprawę zaangażowane jest wojsko, artykuł zawsze jest długi a ludzie go naprawdę czytają – czy ją także objął krater?
- No więc właśnie nie – uśmiechnął się doktor Coleman – mięli stamtąd piękny widok na całe zajście, hmm, tym bardziej, że monitorują tam niebo okrągłą dobę, aparaturą niewiele gorszą od naszej. Można powiedzieć, mięli miejsca dla VIPów… jak mniemam, mają tam sporo informacji na temat pojawienia się obiektu, możliwe, hmm, że więcej niż my. Niestety, jakoś nie chcą się nimi podzielić.
- Podzielą się, prędzej czy później – mruknął Rick, uśmiechając się do własnych myśli i rozsiadając wygodniej, jak człowiek, który wie lub może coś, czego inni nie wiedzą, bądź nie mogą – jak nie z własnej woli, to z mojej…




-=-^-=-

…dum*dumdum*dumdum*dumdum*dum…

Dyke Robinson opowiedział właśnie swój ulubiony dowcip dwóm kolegom, ten o chomiku i taśmie klejącej. Parsknęli śmiechem. Był zadowolony. Lubił „brylować”, jak to opisywała jego żona. Ach, Helen… zawsze była po jego stronie, nawet, gdy wiedzieli oboje, że plecie głupoty. Spotkali się 4 lata temu, na imprezie u kolegi Dyke’a. Siedziała tam z koleżankami, pijąc cherry, a potem śmiała się z absolutnie wszystkich jego dowcipów. A potem poszli na górę.
Musi mnie kochać, pomyślał. I pomyślał jeszcze, że zabierze ją dziś na kolację do włoskiej Ciao Trattoria przy siódmej alei, mają tam lasagne, za które warto umrzeć…
Był zadowolony.

…dum*dumdum*dumdum*dumdumdum…


-=-^-=-

- Richardzie, nie myślisz chyba włamać się do rządowego komputera, prawda? – powiedział doktor Coleman unosząc ostrzegawczo palec do góry. Jego oczy jednak nie zdradzały zaniepokojenia, wręcz przeciwnie.
- Nie no, ależ skąd, szefie! – odparł Rick, niewinnie przewracając oczami i parskając śmiechem – przecież to nielegalne…
Obaj zaczęli się śmiać. Alex postanowił nie komentować, wiedział, że nie ma co drążyć takich tematów. Co więcej, zaczynała go boleć głowa, prawdopodobnie zaczęła działać wypita nieco za szybko poranna kawa. Widział jakby więcej światła, w dodatku mógłby przysiąc, że wyczuwał prawie niezauważalne drgania wszystkiego wokół.
- Wszystko w porządku, Aleksandrze? – spytał doktor – wyglądasz na nieco, hmm, zmarnowanego…
- Nic nic, najwidoczniej zaczyna mnie doganiać zmęczenie. Dość szybko mu dziś uciekałem rano.
- Potrafię sobie wyobrazić…
- A właśnie… Alex, tak? – Rick zwrócił się do niego swoimi żywymi oczyma – miałem ponoć uzyskać jakieś wyjaśnienia co do twojego niezwykle trafnego spostrzeżenia, tam, w hali. Możesz mi wytłumaczyć, jakim cudem wiedziałeś, że ta kula to kula?
- To nieco skomplikowane – Alex przetarł dłonią czoło w mieszaninie zmieszania i zmęczenia. Kiedyś było to nawet fajne, móc niby „przypadkiem” pochwalić się swoimi zdolnościami. Dziewczynom się podobało, gdy zgadywał ich wymiary. Teraz, po raz kilkutysięczny z rzędu, pomysł stracił nieco na uroku. Kiedyś naprawdę nagram to na dyktafon i będę puszczał wszystkim chętnym, pomyślał – mam już tak, że całkiem nieźle radzę sobie z liczbami.
- A bardziej konkretnie? Jesteś genialnym matematykiem, czy jak?
- Zależy co przez to rozumiesz. Genialny matematyk to raczej ktoś, kto wykonuje skomplikowane obliczenia w kilka sekund i spędza wolne chwile na budowaniu dwustronicowych równań różniczkowych, prawda?
- Noo, możnaby to tak ująć.
- No to nim nie jestem. Ja raczej… widzę gotowe rozwiązania. Siedzą tam sobie, i po prostu je czytam.
- Nie bardzo kumam, prawdę powiedziawszy – rzekł niepewnie Rick – znaczy się, jak my widzimy równanie, to ty widzisz jego odpowiedź?
- To znaczy – wtrącił doktor Coleman z rozmarzeniem – że gdy Alexander widzi cokolwiek, co można wyrazić liczbami, nie tylko same równania, ale i wysokości, szerokości, masę, ciężar, prędkość i wiele, wiele innych – widzi owe liczby. To tak, jakby świat to była strona internetowa, widziana z poziomu użytkownika, a nasz przyjaciel widział też kod źródłowy.
- A… ale to daje nieograniczoną ilość możliwości! – obruszył się Rick - Przecież w równaniach, mniej lub bardziej złożonych, da się wyrazić praktycznie wszystko!
- Dokładnie – odparł doktor z szerokim uśmiechem.
- O… okej, teraz załapałem ideę, choć jeszcze nie uwierzyłem. W takim razie, panie matematyk…
-… 6,51.
- Słucham?
- 6,51. Masz 6,51 funtów niedowagi, inaczej 2,95 kilograma. A do tego 5,873 stóp wzrostu, czyli 179 centymetrów. Ponadto dwie dioptrie w lewym oku i 1,5 w prawym. Bo o to chciałeś spytać, prawda?
- …
- Podaje wyniki również w Europejskich jednostkach, bo wiem też, że urodziłeś się w Polsce i zawsze miałeś problem z milami i tym wszystkim. To tłumaczy, dlaczego używasz tych jednostek na swoim komputerze osobistym.
- Ale przecież ty…
- Masz rację, nie widziałem go. Ale to naprawdę nie ma większego znaczenia.
Teraz to Alex rozsiadł się wygodniej na krześle, kręcąc młynki kciukami i patrząc na całkowicie rozbitego rozmówcę. Głowa bolała go coraz mocniej, ale nie mógł zaprzeczyć, że sytuacja sprawiała mu przyjemność. Chyba jestem trochę próżny, uznał.
- W mordę jeża!
- Richardzie!
- Przepraszam doktorze, ale ten ziom jest lepszy niż najszybsza dwurdzeniówka Microsoftu!


-=-^-=-

...dumdumdumdum*dumdumdumdum*dumdumdumdum…

- Dyke, Scott, będziecie jeszcze długo tak stać? Mamy cholernie duży kawał skały do pocięcia, wiecie?
- Się zrobi, się zrobi…- mruknął Dyke Robinson i zerknął na monitor swojej maszyny.

...dumdumdumdumdumdumdumdum*dumDUMDUMDUM…chrup.

- Ojej.

-=-^-=-
[Image: http://img510.imageshack.us/img510/5030/vincent2.gif]
Teppic[547] | Valence[5829] Jon Doe[6206] | Vlad[2392] | Burch[878] | Lord Myron[602]
[Image: http://images30.fotosik.pl/165/9d3e0c1867174e9fm.jpg]
This post was edited on 2008-05-27, 20:16 by Teppic d'Villazon.
Close Smaller – Larger + Reply to this post:
Verification code: VeriCode Please enter the word from the image into the text field below. (Type the letters only, lower case is okay.)
Smileys: :-) ;-) :-D :-p :blush: :cool: :rolleyes: :huh: :-/ <_< :-( :'( :#: :scared: 8-( :nuts: :-O
Special characters:
Go to forum
This board is powered by the Unclassified NewsBoard software, 20120620-dev, © 2003-2011 by Yves Goergen
Page created in 395.6 ms (341.2 ms) · 50 database queries in 5.5 ms
Current time: 2020-10-31, 12:06:00 (UTC +01:00)