News from Idarionis world - text mmorpg

09.9.1312 Drużyny turnieju - Łowcy

Niebo szarzało już nad leśnym obozem, kiedy Filavandrel wspinał się na wieżę wartowniczą umiejscowioną w rogu palisady. Choć strażnica była wysoka, niewiele z niej widział. Obserwacja terenu ma sens, pod warunkiem, że punkt obserwacyjny nie został zbudowany w centrum lasu. Gdyby wróg wdarł się do obozu - to co innego, ale wówczas rola wartownika ograniczyłaby się do ostrzału przeciwnika, który dotarł o wiele za daleko, aby dało się go w ten sposób powstrzymać. Wieża stanowiła nie tyle rodzaj zabezpieczenia obozowiska, co odgrywała rolę szkoleniową. Elf, który danego dnia zawiódł, bądź spisał się poniżej oczekiwań, lądował na górze i miał bez snu czy posiłku “pilnować” ostrokołu do czasu, w którym dnia następnego zastąpi go kolejny nieudacznik. Filavandrel, rzecz oczywista, nie był zadowolony z faktu, że odpadł jako jeden z pierwszych kandydatów na reprezentanta Łowców. Elfy już od kilku klepsydr strzelały do tarcz z wyrysowanymi okręgami. Filavandrel miał pecha - jako jeden z nielicznych nie trafił w tarczę w ogóle. Jego los przypieczętował fakt, że strzała tak nieszczęśliwie zarykoszetowała od jej brzegu, że o mały włos nie trafiła w Ralandirla, stojącego w dość nieodpowiednim dla widza miejscu. Klnąc na czym świat stoi elf zdjął łuk z pleców i zaczął bacznie obserwować korony drzew. W końcu odwrócił się - kolejna tura zakończyła się i na placu boju pozostała czwórka strzelców. Prowadzący całą tę farsę elf usiadł wygodnie na skalistej skarpie znajdującej się wewnątrz obozu i nakazał rozpocząć przedostatnią rundę.

W tym samym czasie z groty wykutej we wnętrzu skarpy dobiegł niski ryk wielu gardeł. Oto w środku krasnoludzkich podziemi ukrytych głęboko pod elfim obozowiskiem wyznaczono zwycięzcę. Po chwili grupa krzepkich karłów wyszła z podziemnego mroku, skandując imię Gronrida.
- Powinniście wziąć z nas przykład, szyszkożercy - zabasował jeden z nich. - wybieranie idzie znacznie szybciej, gdy wszyscy walczą ze wszystkimi naraz. Nie trzeba rund, nie trzeba powtórzeń, ot ostatni na nogach wygrywa.
- Mądrze rzeczesz, Gronridzie - odparł elfi przywódca - wezmę twą radę pod uwagę, gdy zechcę, by moi podkomendni wystrzelali się wzajemnie, lub gdy uznam, że okładanie się po mordzie gołymi pięściami wskaże najlepszego łucznika lepiej, niźli turniej strzelecki.
Krasnolud nie wyglądał na obrażonego elfią wyniosłością, ale trudno było powiedzieć to na pewno - twarz puchła mu już nielicho, a krew spływająca z pękniętego łuku brwiowego zalewała jedyne oko krasnoluda. Drugie, ślepe, skrywał za czarna opaską. Nie był to jeden z tych krasnoludów, z których można bezkarnie zażartować przy piwie, ale wewnętrzna polityka Łowców miała swoje własne prawa, w związku z czym elf mógł bez przeszkód nakazać ostatniej parze oddać decydujące strzały.

Łuki stęknęły cicho, strzały świsneły. Gromada elfów krzyknęła nie mniej donośnie, niż uczyniły to wcześniej krasnoludy, za nic sobie mając dyskrecję i umowną tajność lokalizacji leśnego obozowiska. Ralandirl został bezapelacyjnym zwycięzcą. Już miał się zbliżyć do Gronrida, by uścisnąć prawicę swemu turniejowemu partnerowi, kiedy z góry dobiegł głos.
- Oszust! Majstrował przy tarczach, wygrał przez szwindel, oszust, śmierć oszustom!

Ralandirl skulił się, gotów wyprostować się jak gałązka trzcinowa i wystrzelić w bok, kiedy czas nagle zwolnił swój bieg. Elf obserwował, jak Filavandrel docisnął cięciwę do policzka i zwalniał naciąg. Sobie znanym sposobem oszacował trajektorię strzały, i podskoczył, skręcając gwałtownie tułowiem. Postronny obserwator zauważyłby tylko obracającego się w powietrzu elfa, który cudem unika śmierci z pewnie posłanej strzały. Ralandirl wylądował miękko na przygiętych nogach i wciąż obracając się jedną ręką zdjął z pleców łuk, drugą zaś złapał wbitą w ziemię strzałę, która jedynie lekko musnęła jego lnianą koszulę. Niemal w tej samej chwili stał już, mierząc w górę z pełnym naciągiem swego wiązowego łuku. Był tak szybki, że zarówno krasnoludy, jak i elfy od momentu gdy wylądował, do chwili w której wypuścił strzałę widziały jedynie smugę. Filavandrel nie był wyjątkiem. Po chwili przechylił się przez barierkę wieży i z trzaskiem łamanych żeber nabił się na sterczące kilka łokci poniżej ostrza palisady.

- Zdrada! - Pojedynczy głos zabrzmiał w tłumie.
- Została ukarana. - Spokojnie odparł elf dowódca, krótko i definitywnie kończąc sprawę bratobójstwa. - Oto zwycięzcy, oto reprezentanci Łowców! Zgodnie z danym mi rozkazem wyłoniłem najlepszych spośród nas, a oni zgodnie z moim rozkazem ruszą na turniej do Kathanorn!
- Ci głupcy za byle błyskotkę przyjmą wyzwanie od każdego wroga! - zabuczał Gronrid - Pokażemy im, że nie są warci tyle, na ile się wyceniają, o nie!
- Zważcie, że nie brak w tej krainie bohaterów, elity wśród swoich gildii, zabójców potężnych potworów. Przyjdzie wam się mierzyć z najlepszymi wśród najlepszych. - Zabrał głos przywódca obozu. - Weźcie swą najlepszą broń, miecz, łuk, topór, pawęż. Nie jesteśmy znani w tamtych rejonach. Macie to zmienić!
Krasnoludy zabuczały gromkimi głosami, elfy zawtórowały i nikt nie usłyszał cichego głosu Ralandirla.
- Czas zabić kilku Kathanornczyków.

Tej nocy nikt już nie wszedł zastąpić wartownika. Ciało Filavandrela zdjęto dopiero następnego dnia, a stercząca z jego głowy strzała przyozdobiła bezimienny grób Łowcy, który był zbyt wolny i zbyt niecelny, aby żyć.

09.9.1312 Drużyny turnieju - Strażnicy kanałów

Te panny w stolicy, przesiadujące w karczmie, to jednak głupiutkie strasznie. Z wypiekami na policzkach słuchały, jak jakiś wędrowiec opowiadał o pojawieniu się wielkich szczurów w kanałach miejskich. Piszczały przy tym nie gorzej od zwykłych gryzoni w piwnicy Hodgara, wprawiając w doskonały nastrój ich rozmówcę. A ten, to chyba niezły bajarz, bo historyje które opowiadał brzmiały jak fantazje przy kilku głębszych. No, ale żem człek ciekawy to i poszedłem sprawdzić. Gdy już pokonałem drabinę, przypomniałem sobie, jakiż to labirynt korytarzy jest pod miastem. Nie znając drogi i nie do końca wierząc w opowieści poszedłem za nosem, czyli tam gdzie najbardziej śmierdziało. Wszak duży szczur musi wydzielać gorszy zapach niż ten mały. No i nie pomyliłem się. Tyle, że te szczury to na dwóch łapach tylnych chodziły, a ryjki miały jakieś takie bardziej ludzkie. Obwąchały mnie dokładnie, aż w końcu jeden odezwał się.

"Panie, nie przeszkadzajcie nam. My tu na turniej. Nie chcemy nikogo niepotrzebnie poturbować, tedy niech tu mieszkańcy nie złażą."

Kiwnąłem głową, przyglądając się wojownikowi. Moją uwagę przykuł fakt, że nawet ogony pokrywała ich łuskowa zbroja. Ciekawe uzdolnienia muszą mieć ich kowale, pomyślałem. A i inteligentne być muszą, skoro język wspólny opanowały tak dobrze. A, że wyglądały dokładnie jak szczury, to już insza sprawa. Oby tylko plagi wesz nie sprowadzili.

Redakcja

08.9.1312 Drużyny turnieju - Kły bagien

Słyszałem od ludzi, że w lesie pojawiła się kolejna drużyna gotowa wziąć w udział w turnieju. Może zwyczaje insze ale nie zaszczyciła swą obecnością stolicy. Wiedzony ciekawością postanowiłem więc to zbadać. Z duszą na ramieniu, nie wiedząc co ujrzę podążyłem do lasu, a właściwie nad brzeg rzeczki naszej, Mgistą zwanej. Zasadziłem się w krzakach i czekałem, aż mieszkańcy ustawionego nieopodal wody szałasu obudzą się. Długo nie trwało nim trzcinowa zasłona odsłonięta ostała, a moim oczom ukazał się najprawdziwszy Ssluss. Przeciągnął się, aż trzask kości rozniósł się po okolicy, kłapnął paszczą i łypnął w kierunku rzeki. Szczęściem, byłem dobrze schowany, bo nie chciałbym przejść z tym panem do bliższej znajomości. Wielki jak stodoła się zdawał z tym swoim umięśnionym ogonem, a co dziwne poruszał się z nielada gracją. Zmierzał chyba skorzystać z kąpieli, bo jeno przepaską na biodrach skórzaną opasany był. Może też być, że oni zbroi nie noszą, co byłoby całkiem zrozumiałe zważywszy na grubą łuskę pokrywającą ich grzbiet. No i ten pysk... Choć sam pysk to nic, te zębiska, ostre jak brzytwy i język ruchliwy jak wąż jaki, co to w pułapkę złapany ostał i kąsa wszystko co znajdzie. Straszny to potwór, aż dziw bierze, że król nam miłościwie panujący takie monstra do stolicy zaprasza. Tymczasem mój obiekt zanurzył się już we wodzie. Gdy machnął łapami pół długości Mglistej przepłynął w poprzek. Bo i łapy trzeba przyznać miał wielkie, zaopatrzone w pazury, a przysiągłbym że i błonę widziałem. Zażywał Wojownik kąpieli, a w tym czasie z szałasu wyłonił się drugi, wręcz identyczny. Po chwili oba stały na przeciw siebie mierząc się wzrokiem, znaczy chyba trenować im się zachciało. Jakież było moje zdziwienie, gdy nie dostrzegłem broni w ich łapach. Jaszczury na dwóch nogach poczęły rzucać sobą nawzajem, drzeć skórę pazurami i rozrywać mięso paszczą. Wtedy uciekłem, zdjęty strachem. Może jak się same pookaleczają, to na turnieju osłabione wystąpią. Kto ich tam wie.

Redakcja

08.9.1312 Drużyny turnieju - Orcza zaraza

- Widziałech ich! Widziałech!
Zdyszany młodzian, wpadł do redakcji wieści.
- Już są w lesie. Jadą tu!
Nie mogąc złapać tchu, przeżywał jakby co najmniej króla i jego świtę spotkał. No, ale tym razem nie o władcę miłościwie nam panującego, chodziło. Gdy młodzik uspokoił nieco dech, przepłukawszy gardło krasnoludzkim piwem, mówić zaczął.
- Uch, nigdy, przenigdy żech niczego tak strasznego nie widzioł. Jadą na dwóch wielkich wilkach, z których każdy mógłby spokojnie cielaka w zębiska złapać. Niby takie nie cywilizowane, a wyglądają jak paniska jakie. Skórzane pancerze, ledwie się mieszczą na tych ich umięśnionych cielskach. No, mówię... Wielkie zielone, umięśnione brytany.
Wyrzucił jednym tchem.
- Chłopi opowiadali mi o orkach, ale żech nie sądził, że to aż takie wielkie. A te karki, panie... Łohhh...
Pokazał łapkami odległość .
- Takie wielgachne. Zrośnięte głowy z tułowiem normalnie, szyi nie widać. A kły jakie wielkie, sterczą każdy po jednym, po bokach ich mord. Zaiste, sam widok przyprawia o drżenie łydek, ale kiedy jeden z nich spojrzał, to już nie przelewki. Już miałem uciekać, ale tych żółtych ślepisk nie zapomnę nigdy. Mordercze, łypiące spojrzenie nienawistnych stworów. Ech, że też mnie do lasu ciągnęło. Ja jeno, nie wiem po kiego im te zbroje. Skóra ich pokryta parchami i guzami, zdawała się być grubsza i wytrzymalsza, od niejednej kolczugi. I te młoty przy pasie. Nasi kowale to takich nie robią. Znać, że robota ichniejsza być musi.

I tyle relacji naocznego świadka. My jako redakcja dodać możemy, że przybycie ów drużyny rasy orczej, poprzedziła wizyta posłańca, od samozwańczego władcy tej rasy. Łamanym językiem wspólnym przekazał on, iż na turniej wytypowano dwóch najznakomitszych kapitanów orczych, którzy zapowiedziane mają, że albo wygrają, albo zginą w męczarniach. Cóż, co kraj to obyczaj. Nam jeno, wypada stwierdzić, że bój z tą drużyną będzie ciężką przeprawą, bo i mają oni o co walczyć.

Redakcja

07.9.1312 Zapisy na IV Drużynowy turniej Wanderera otwarte!

3 miesiące temu w karczmie w Wadrze...

- I mówię wam, jakżem rąbnął z miecza takiemu jednemu rycerzowi, to do końca walki się na nogach słaniał, a tych którzy stali z boku myśląc, że wezmą mnie na przetrzymanie, to ja ich bach, bach i jeszcze raz bach świetlistym pociskiem, ha, ha, ha! - radośnie wykrzykiwał Sir Gaetchaa, świętując w karczmie miejsce na podium w turnieju drużynowym.
- I nie mówcie, że widzieliście lepszych, bo właśnie cożem wrócił mocno obłowion z pustyni skalistej, gdzie to orki rabusie zrobiły sobie magazyn. I powiem wam, że nie ma tam nikogo, kto by mógł mi stawić czoła, a całe orki to jakieś nieporozumienie przyrody. Niby one duże, niby szerokie w barach, ale tacy jak ja zjadają je na pierwsze śniadanie, nie otwierając nawet jednego oka. - kontynuował Gaetchaa, rechocząc po całej karczmie, a zebrani obok niego biesiadnicy zachęceni opowiastką dokładali swoje przeżycia z orkami ku uciesze wszystkich.

Siedząca w ciemnym kącie olbrzymia, zakapturzona postać zawarczała złowrogo do siebie i nie zwracając na nikogo uwagi wyszła z karczmy. Po kilku godzinach podróży dotarła do ogrodzonego zaostrzonymi palami obozu położonego w południowej części Płaskowyżu Wyczerpania. Zdając relację ze swojej misji rozpoznania szlaków handlowych pomiędzy Jazną a Wadrą zdecydowanie podkreślała zaobserwowaną wszędobylską wyniosłość Kathanornczyków, czego przykładem było zdarzenie w Wadrze właśnie. W odpowiedzi szpieg usłyszał:
- Grrr, czara nienawiści się przelała... Waaagh! Nadszedł czas, żeby,sprowadzić Kathanorn na ziemię, harhh!
Następnego dnia posłańcy z jedną, identyczną treścią wiadomości wyruszyli w trzech różnych kierunkach: na południowy-zachód w kierunku Minotaurów, na północ do Elfów Cienia z Ozd oraz północny-zachód w kierunku bagien Byromii:
“Nadszedł czas aby dać nauczkę Kathanorn! Wzywamy do połączenia sił i sprowadzenia ich na ziemię w wyobrażeniach o ich sile i mocy! Niech terror i strach zapanują w miejscach, które już tak dawno nie zaznały wojny!

Herszt połączonych Gildii Orczych
Uzarg Morork”

Potrzeba była trzech miesięcy na to, aby plotki oraz coraz większe niepokoje na obrzeżach Kathanorn dotarły do odpowiednich uszu w Utreed. Wychodząc naprzeciw zaostrzającej się sytuacji władze postanowiły zorganizować turniej na który zaprosili wszystkich, którzy pragną coś udowodnić bohaterom Kathanorn. Organizatorzy liczą też, że i sami Kathanornczycy licznie stawią się na turniej i pokażą, że nie na darmo zwą się najmocniejszą siłą militarną w Idarionis.

Szczegóły turnieju oraz zapisy na forum, czyli tutaj: http://idarionis.com/for...?req=thread&postid=84105.

08.8.1312 Goście w Utreed?

Choć Redakcja zawsze stara się informować tylko o faktach, tym razem musimy zniżyć się do poziomu plotek i zasłyszanych informacji. Mianowicie od kilku tygodni zaczęto mocno poszukiwać w Utreed tłumaczy języków wszelakich. Choć osoby władające elfim nie są oczywiście niczym niespotykanym, to pojawiło się również zapotrzebowanie na języki takie jak orczy, języki plemion minotaurów a nawet jaszczuroludzi! Prawie w tym samym czasie podpytywano okolicznych karczmarzy o możliwości zapewnienia dyskretnych kwater dla “niespotykanych” gości. Doświadczenie zespołu Redakcji podpowiada, że te dwie sprawy mogą być ze sobą połączone i że miasto Utreed spodziewa się w niedługim czasie odwiedzin rzadko widywanych w tych okolicach osobników.
O dalszym rozwoju sytuacji z pewnością będziemy informować...

06.8.1312 Poszukiwane lisie skórki

Na Kowdzkiej tablicy ogłoszeń, taka oto wieść zawisła (zanim, jak plotka niesie, jakiś skąpy zawistnik nie zerwał jej, by samemu się dzięki cennej wiedzy obłowić):

Szczodry Kupiec Kowdzki, Znamienity Krasnolud Olaf Crustalogi, ogłasza, że dokona zakupu skór lisich. Skóry tylko w dobrej jakości, nie dziurawe, nie parchate, nie wyłysiałe, nie zakrwawione, krótko mówiąc, o wartości rynkowej, kupione będą za 34 miedziaki od sztuki. Skup do wykończenia miejsc w magazynie!

26.7.1312 "Dzienniki Wędrowca" - Zawieszone do odwołania

Z przykrością informujemy że z powodu niedoborów kadrowych kolumna - "Dzienniki Wędrowca" zostaje tymczasowo zawieszona.

10.7.1312 Dziennik wędrowca - Durin 4

Z tym samym toporem, w tej samej kolczudze…kolejny dzień mojej wędrówki.

My, krasnoludy jesteśmy znani z chęci do działania, z tego, że nigdy się nie poddajemy i zawsze znajdujemy rozwiązanie problemu. Skoro nie mogę kupić porządnej broni a postawienie własnego warsztatu jest równie niemożliwe jak brodaty elf muszę…napisać podanie. Słyszałem, że król Rdawizy II postanowił usprawnić władzę w swoim królestwie i zamiast rozmów z urzędnikami ( jeśli czekanie czterech godzin w kolejce i zderzenie z zamkniętymi drzwiami można nazwać rozmową) wystarczy napisać podanie. Jeszcze nie wiem co to takiego ( mam nadzieję, że nie trzeba tego śpiewać) ale się dowiem. Mój przyjaciel Jantir pracował kiedyś w urzędzie miejskim i musi wiedzieć z czym to się je. Czymkolwiek by to nie było kosztuje pewnie dużo pieniędzy, ale sprawa jest poważna a i możliwe zyski nie są małe. Po napisaniu podobno wystarczy wysłać i juu…sprawa załatwiona. Tak przynajmniej mówił herold, którego wczoraj poznałem. Czego to ludzie nie wymyślą by nie używać słowa łapówka…
Tyle się mówi o równouprawnieniu ras, że nie ma lepszych i gorszych i każdy ma równe prawa. Skoro innym się udaje to czemu nie mi? Już widzę mój własny warsztat, porządne, kamienne mury i murowane palenisko z dwoma skórzanymi miechami. Oczywiście nie stałbym przy nich od razu zatrudniłbym młodych wędrowców, tak bym pod moim okiem mogli się wszystkiego nauczyć. Prawdziwy mistrz w swoich fachu nie boi się konkurencji…to dzięki niej ma okazję pokazać jak wielkim jest fachowcem. Narzędzia i kowadło sprowadzone z zak-humskiej twierdzy…tak, to będzie naprawdę piękne miejsce w którym powstaną wyjątkowe cuda.
Wprawdzie kuźnia w ludzkim mieście to nic wielkiego i nie miałbym się czym chwalić w domu ale to pierwszy krok. Jak każdy krasnolud powoli zdobędę to czego nikt za darmo mi nie da.

08.7.1312 Aingaleandur - Opowieści z dawnych czasów

Jeden z wędrowców znany jako Aingaleandur przesłał do redakcji poruszającą opowieść, którą miał usłyszeć od jednego z wiejskich bajarzy podczas swoich podróży. Ponieważ historia ta bardzo przypadła nam do gustu postanowiliśmy ją opublikować, a także prosić innych podróżników, żeby na łamach Wieści podzielili się z czytelnikami zasłyszanymi przez siebie opowieściami.

"Dobrzy ludzie posłuchajcie opowieści o wielkim męstwie i miłości silniejszej od śmierci. Jeśli Was ona wzruszy raczcie nagrodzić starego bajarza ciepłą strawą i kilkoma miedziakami.

W zamierzchłych czasach pewne królestwo cierpiało z powodu pustoszącego jego ziemie smoka. Król obiecał, że odda rękę księżniczki oraz połowę swojej dziedziny temu, który pokona bestię. Mimo, że wielu próbowało żaden rycerz nie podołał zadaniu, a rozgniewany smok zapowiedział, że za karę pożre królewską córkę. Jeden z giermków, który skrycie podkochiwał się w księżniczce postanowił do tego nie dopuścić. Odbył długą i niebezpieczną podróż do wieży złego czarnoksiężnika żeby tam szukać pomocy. Wiedział, że ten nie zrobi nic za darmo, dlatego sprzedał cały swój dobytek i kupił drogie kamienie. Czarnoksiężnik znając obietnicę króla nie przyjął kamieni, ale wymógł na młodzieńcu przysięgę, że gdy ten pokona smoka w tedy odda mu to czego zażąda. Potem dał mu magiczny miecz dzięki, któremu giermek pokonał smoka. W przeddzień planowanego ślubu z księżniczką do zamku przybył czarnoksiężnik i zażądał jej ręki. Wiedząc, że jego potęga jest nie zmierzona giermek wziął swój miecz i wyciął nim sobie serce. Nim skonał powiedział „jeżeli chcesz mi odebrać moją miłość to bierz, jest tutaj”.